Na początku roku w Arabii Saudyjskiej uroczyście witano statki z transportem ryżu. Ceremonię uświetnił swą obecnością król Abdullah, co świadczyło o wyjątkowej randze zdarzenia. W tym samym czasie na Madagaskarze trwały zamieszki, które doprowadziły do upadku prezydenta Marca Ravalomanany.

Żadne z tych wydarzeń nie zainteresowało świata, nikt też ich ze sobą nie łączył. Tymczasem miały ze sobą wiele wspólnego. Saudyjczycy fetowali pierwsze zbiory z kupionych za 100 mln dolarów pól uprawnych w Etiopii. A mieszkańcy Madagaskaru zbuntowali się przeciwko władcy, który sprzedał cudzoziemcom 1,3 mln hektarów.

Madagaskar to olbrzymia wyspa, lecz pod uprawę nadaje się tylko 2,5 mln hektarów. Prezydent, prywatnie multimilioner, pozbył się więc ponad połowy krajowych zasobów ziemi. Na taki eksces nie pozwolił sobie jeszcze żaden współczesny polityk. Ravalomanana przesadził, więc stracił władzę. W wielu rejonach Afryki i Azji ma jednak licznych, tyle że bardziej zręcznych, naśladowców. Jacques Diouf, dyrektor generalny ONZ-owskiej Organizacji ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), alarmuje, że „na naszych oczach powstaje nowy system neokolonialny”, a proces ten „przebiega tak szybko, że agendy ONZ nie nadążają ze zbieraniem danych o jego skali”.

SZEJKOWIE W KŁOPOTACH


Kryzys finansowy przysłonił inne problemy gospodarcze. Dziś już nikt nie pamięta, że zanim zaczęły padać amerykańskie banki, za największe zagrożenie uważano gwałtowny wzrost cen żywności. Ryż podrożał trzykrotnie, a mimo to brakowało go na światowych giełdach. Od Brazylii po Indonezję wybuchały rozruchy, chwiały się rządy. Sytuację z niepokojem obserwowali przywódcy biednych krajów, zadrżeli też krezusi z Zatoki Perskiej.

Pustynne piaski rodzą bowiem petrodolary, ale zboża czy owoce na nich nie urosną. Katar musi sprowadzać z zagranicy 99% żywności, Zjednoczone Emiraty Arabskie – 95%, Arabia Saudyjska – 90%.

Dopóki ropa drożała, a żywność taniała, import nie stanowił problemu. Gdy trend się odwrócił, pojawiły się kłopoty, i to bardzo poważne. Dobrobyt naftowych potentatów zależy bowiem w decydującej mierze od wykonujących najcięższe prace dziesiątków tysięcy gastarbeiterów. Jeśli tej rzeszy Pakistańczyków, Hindusów, Filipińczyków zabrakłoby środków na przysłowiową miskę ryżu i zaczęli się buntować, skutki mogłyby być katastrofalne. Próbowano im zapobiec, przeznaczając miliardy dolarów na dotowanie żywności. Szybko się jednak okazało, że nawet dla budżetów tak zamożnych krajów jest to zbyt wielkie obciążenie. Znaleziono więc inne, bez porównania tańsze rozwiązanie.

NA CHIŃSKĄ SKALĘ


„Po co kupować coraz droższą żywność, jeśli można ją wyprodukować samemu, kupując za bezcen ziemię” – ta zasada przyświecała wysłannikom naftowych szejków, których rozesłano po świecie na poszukiwanie gruntów pod uprawę. Mieli do dyspozycji olbrzymie pieniądze, więc niemal wszędzie byli witani z otwartymi ramionami. Efekty ich działalności przedstawiamy wyżej na mapie. W tym roku inwestycje zaczęły już dawać pierwsze plony. Ryż, którego przybycie tak uroczyście fetowano w Arabii Saudyjskiej, wyrósł na kupionych w 2008 r. plantacjach w Etiopii.

W penetracji najbiedniejszych zakątków świata Arabowie napotkali jednak konkurenta. Niemal co czwarty mieszkaniec naszej planety jest Chińczykiem, tymczasem w Chinach znajduje się zaledwie co piętnasty hektar ziemi nadającej się pod uprawę.

Do łagodzenia skutków tej dysproporcji Pekin przystąpił już kilkanaście lat temu. Jego emisariusze działali zgodnie z odwieczną chińską tradycją – dyskretnie, cierpliwie, powoli. Zaczęli od budowy dróg, małych fabryk, dostaw prostych narzędzi. Gdy zyskali zaufanie lokalnych władców i mocno usadowili się w wielu krajach Trzeciego Świata – rozwinęli skrzydła. Rozmiary ich przedsięwzięć przyprawiają o zawrót głowy – 2,8 mln hektarów kupione w Kongu, 2 mln w Zambii, 1,2 mln na Filipinach…

REPUBLIKI RYŻOWE


Tak gigantyczne transakcje wywołują protesty i oskarżenia o prowadzenie przez państwo komunistyczne polityki imperialistycznej. „Nasz kraj nie zabiega o ziemie za granicą, jeśli jednak zostanie poproszony o ich zakup, rozważy ofertę i chętnie ją przyjmie” – odpowiedział w marcu br. na te zarzuty chiński minister rolnictwa.

Brzmiało to niemal identycznie, jak składane pół wieku wcześniej deklaracje prezesów koncernów, które podporządkowywały sobie słabsze państwa i przekształcały je w „republiki bananowe”. Proceder międzynarodowego handlu ziemią nie jest nowy, nigdy jednak nie odbywał się na taką skalę jak dziś. Zmienił się też jego cel. Nie chodzi już o plantacje tropikalnych przypraw, warzyw czy owoców, lecz o podstawowe produkty rolne – ryż, pszenicę, kukurydzę. Na to potrzeba nie tysięcy, lecz milionów hektarów.

Politycy, którzy godzą się na tę wyprzedaż, zapewniają, że ich kraje są ogromne i handel odbywa się bez uszczerbku dla rodzimego rolnictwa. Byłoby tak, gdyby większości obszaru nie zajmowały pustynie, góry czy bagna. Ale zajmują, więc wystarczy sprzedać niewielki ułamek terytorium, by – tak jak stało się to w Sudanie – pozbyć się 1/5 użytków rolnych.

A co z ludźmi, którzy się z nich utrzymywali? „Drobni rolnicy zostaną prawdopodobnie wyparci ze swych ziem” – odpowiada prof. Alex Evans z Centrum Współpracy Międzynarodowej (CIC) uniwersytetu nowojorskiego.

Szczegóły większości umów są utrzymywane w tajemnicy, więc nie wiadomo, czy zawierają klauzule gwarantujące afrykańskim i azjatyckim chłopom bezpieczeństwo. Niedawne zamieszki w Peru, na Madagaskarze i Zambii pokazały, że raczej nikt ich o zdanie nie pyta.

BĘDZIE KATASTROFA