Spotkali się w kawiarni w hotelu Bristol, obgadali interes i Łopuszyński z 50 tys. zł w kieszeni pojechał do grodu Kraka. Dalej była opowieść o wyjeździe do Zakopanego, biesiadach i rzuconej „żabce”. Łopuszyński miał spisany w Krakowie akt notarialny kupna samochodu za 30 tys. zł. Mazurkiewicz zobowiązał się też, że zwróci Łopuszyńskiemu 20 tys. zł zabezpieczone złotym zegarkiem marki
Doxa. Kwotę tę kupujący miał pożyczyć sprzedającemu.

 

DŁUGA LISTA

Materiały zagadkowej sprawy zostały przekazane krakowskiej milicji. 3 października podjęto decyzję o rozpoczęciu śledztwa. Okazało się bowiem, że żyje człowiek, który twierdzi, że Mazurkiewicz usiłował go otruć w 1944 r. Był to Tadeusz Bommer, przedwojenny oficer żydowskiego pochodzenia, który podczas wojny ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem. Twierdził, że Mazurkiewicz chciał go zgładzić, aby zabrać 200 dolarów w złocie. Znaleziono też stare akta sprawy, z których wynikało, że Mazurkiewicz w 1945 r. był podejrzewany o zastrzelenie Józefa Tomaszewskiego. Tomaszewskiemu zrabowano ponad milion złotych. Mazurkiewicz nawet był aresztowany, ale sprawa została umorzona. Wyszło też na jaw, że 15 maja 1955 r. zniknęły nagle dwie kobiety: Jadwiga de
Laveaux i jej siostra Zofa Suchowa, zamieszkałe w tym samym domu co Mazurkiewicz, na tym samym piętrze. Zaginięcie ich zgłaszał m.in. właśnie Mazurkiewicz. W 1946 r. zaginął mąż Jadwigi, Jerzy de Laveaux.

Kiedy milicja chciała przesłuchać Mazurkiewicza, ten zniknął. Do prokuratury wojewódzkiej w Krakowie zgłosił się za to znany w mieście mecenas Henryk Wallisch, który przedstawił pełnomocnictwo Władysława Mazurkiewicza do reprezentowania go i wręczył liczące 23 strony maszynopisu „oświadczenie” klienta. Była to drobiazgowo opisana historia wizyty Łopuszyńskiego u Mazurkiewicza w celu kupna samochodu, eskapady do lokali w Krakowie i Zakopanem, z relacjami, co i gdzie jedli i pili. Ranę głowy Łopuszyński miał odnieść w Zakopanem, nie wiadomo gdzie, za to na pewno w stanie nietrzeźwym. Mecenas Wallisch do pisma Mazurkiewicza dołączył własne, adresowane do prokuratora wojewódzkiego. Mecenas zawiadamiał, że podjął się obrony Mazurkiewicza „w nieomylnym przekonaniu, że nie jest on winien czynu, którego według sugestii Łopuszyńskiego miał się dopuścić”. Mimo to 12 października 1955 r. prokuratura ogłosiła list gończy za Mazurkiewiczem.

Ten, jak się potem okazało, ukrywał się w Zakopanem, w pensjonacie Nella, należącym do Karoliny Raczyńskiej. Mazurkiewicz należał do stałych bywalców. Zajeżdżał samochodem, towarzyszyły mu panie, przyjaciele. „Zawsze zachowywał się bez zarzutu – zeznała pani Raczyńska. – Bawił się, chodził po cukierniach, kawiarniach, dancingach”. Ostatni raz przyjechał 12 października 1955 r.
Właścicielka przyjęła go w drodze wyjątku, bo trwała przerwa między sezonem letnim a zimowym. Mazurkiewicz tym razem przyszedł piechotą późnym wieczorem, w kurteczce, bez bagażu, jedynie z teczką, opowiedział, że został okradziony w pociągu i potrzebuje kilkudniowego odpoczynku. Paczkę z garderobą dostarczono mu później. Rzadko wychodził do miasta. Służąca miała wołać go do
telefonu jedynie, gdyby dzwoniący poprosił o połączenie z panem Trojanowskim.

 

INTERES NA ZEGARKACH

Mazurkiewicz opuścił pensjonat 1 listopada. Został zatrzymany tego samego dnia po godz. 10 w kawiarni hotelu Orbis. Natychmiast przewieziono go do Krakowa. W komendzie MO sfotografowano Mazurkiewicza: na zdjęciu ma zmęczoną twarz, z zarysowanymi głębokimi bruzdami na policzkach, patrzy ponuro w obiektyw. Na wieść o zatrzymaniu Mazurkiewicza Łopuszyński sprostował dotychczasową wersję wydarzeń. Tym razem zeznał, że spotkany na wyścigach znajomy wystąpił jako pośrednik, mówiąc, że Mazurkiewicz szuka kupca na zegarki z przemytu. Mazurkiewicz oferował partię czasomierzy za 200 tys. złotych, przy czym był pośrednikiem, bo zegarki sprzedawał jakiś młynarz. Łopuszyński też miał być pośrednikiem, jak później wyznał dziennikarzowi „Życia Warszawy”. Liczył, że na zegarkowej transakcji zarobi 150 tys. zł, ale gotów był wyłożyć tylko 50 tys. zł.