Panowie dogadali się i 23 września Łopuszyński późnym wieczorem przyjechał pociągiem do Krakowa. Przekazał Mazurkiewiczowi pieniądze na przechowanie. Następny dzień panowie zaczęli śniadaniem u Wierzynka. Łopuszyński chciał jak najszybciej sfinalizować transakcję, Mazurkiewicz mnożył przeszkody; najpierw powiedział, że musi wymienić złotówki na dolary, bo taki jest warunek młynarza. Potem rzeczony młynarz nie pojawił się w umówionym miejscu, obaj panowie zjedli więc obiad u Hawełki. Pojechali na peryferie miasta. Jakaś kobieta, którą Mazurkiewicz przedstawił jako siostrę młynarza (później okazało się, wykorzystał do tej roli przyrodnią siostrę), zapewniała, że transakcja jest pewna, ale wystąpiły trudności, kogoś zatrzymało UB. Wreszcie Mazurkiewicz miał się dowiedzieć, że zegarki są w Zakopanem u rodziny młynarza. Obaj pośrednicy w handlu poszli zabawić się w „Murowanej Piwnicy”, pili, tańczyli. Spali w garażu Mazurkiewicza przy ul. Marchlewskiego 49 (dziś ul. Beliny-Prażmowskiego), na tzw. Osiedlu Oficerskim.

Rano Łopuszyńskiego obudził głośny huk; Mazurkiewicz, który spał obok niego na łóżku, tłumaczył, że to zapewne chłopcy wrzucili do wnętrza przez uchylone okno tak zwaną żabkę. (Mazurkiewicz potem wyjaśnił, że wtedy chciał zabić Łopuszyńskiego, ale wyjmując z kieszeni pistolet, spowodował wystrzał). Potem pojechali do Zakopanego, gdzie miały czekać zegarki. Tam balowali, popijali, a ponieważ nie doczekali się wysłannika młynarza, postanowili wrócić do Krakowa. Łopuszyński spał, Mazurkiewicz prowadził auto. W pewnej chwili Łopuszyńskiego obudził huk i ból w głowie. Drzwi od auta były otwarte, na zewnątrz stał Mazurkiewicz i opowiedział o rzuconej „żabce”. Wrócili do Krakowa, Łopuszyńskiego opatrzono na pogotowiu ratunkowym. Mazurkiewicz powiedział, że młynarz czy też jego wspólnik zostali aresztowani przez UB i zegarków nie ma. Łopuszyński wściekł się, zarzucił Mazurkiewiczowi krętactwo i zażądał zwrotu pieniędzy. Wtedy Mazurkiewicz zaczął płakać, klękał i przepraszał Łopuszyńskiego, wyznał, że pieniędzy już nie ma, bo musiał spłacić pilnie dług. Zaoferował auto, Łopuszyński zabrał mu zegarek, dowód rejestracyjny, książkę pojazdu i części zapasowe z garażu. Uzgodnili cenę samochodu na 30 tys. zł. Pozostałe 20 tys. Mazurkiewicz miał zwrócić, kiedy sprzeda pianino i obrazy. Pojechali do notariusza, gdzie została spisana umowa. Łopuszyński pojechał do Warszawy z kulą w głowie, a Mazurkiewicz zastanawiał się, co teraz ma zrobić. Znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Ujawnienie pocisku w głowie Łopuszyńskiego było tylko kwestią czasu.

 

BETONOWA PODŁOGA SKRYWA TAJEMNICĘ

W Krakowie przesłuchiwali Mazurkiewicza śledczy: Wojaczek z krakowskiej MO i Pakosz z Komendy Głównej. Przeprowadzono rewizję w jego mieszkaniu i w wynajmowanym garażu. W garażu znaleziono łuskę pocisku, denko i fragment podajnika magazynka od pistoletu Walther o kalibrze 6,35. Gdy mu to pokazano, Mazurkiewicz wzruszył ramionami. Wiedział, że przedmioty wygrzebane ze śmieci w miejscu garażowania auta nie będą żadnym istotnym dowodem. Mazurkiewicz nie przyznawał się do postrzelenia Łopuszyńskiego. Groził milicjantom, że jeszcze go będą przepraszać. Zdesperowani funkcjonariusze postanowili przeszukać garaż ponownie: kiedy zdjęto dywan z betonowej podłogi w „garsonierze”, okazało się, że kawałek podłogi był jaśniejszy od reszty. Kiedy rozkuto beton, rozszedł się charakterystyczny trupi zapach. Po odgarnięciu ziemi ukazały się leżące jedno na drugim ciała kobiece, z głowami owiniętymi płaszczami.

Wezwano specjalistów z Zakładu Medycyny Sądowej. Był 13 grudnia 1955 r. Wieczorem przywieziono Mazurkiewicza z aresztu do garażu. Dr Jan Kobiela, który uczestniczył w ekshumacji zwłok, był świadkiem jego reakcji. „Mazurkiewicz wszedł do garażu skuty. Zarówno dół, jak i wyjęte zwłoki były dobrze oświetlone reflektorami. Stanął, spuścił głowę i przymknął oczy. Zrobił się szarozielony na twarzy. Na pytanie, czy wie, kto to jest, niemal szeptem odpowiedział: »Nie znam«”. Gdy zapytano go, czy chce, aby zdjąć z głów zwłok płaszcze, według świadka wycharczał: „Nie, nie trzeba”. Na kolejne pytanie: skąd zwłoki w jego garażu, odpowiedział łamiącym się głosem: „Nie wiem”. Po wyprowadzeniu Mazurkiewicza przywieziono jego byłą żonę. Na widok ciał rozpłakała się histerycznie. Rozpoznała zabite kobiety. „Myślałam, że to tylko plotki o moim mężu. Teraz jestem przekonana, że to on zamordował te kobiety” – powiedziała. Znalezienie zwłok sióstr stało się przełomem w śledztwie.