Następnego dnia przedstawiono Mazurkiewiczowi ekspertyzę: siostry zostały zabite z tej samej broni, z której strzelano do Łopuszyńskiego. Mazurkiewicz przyznał się do zabójstwa sióstr i do próby zabójstwa Łopuszyńskiego. Powiedział, że w 1950 r. Jadwiga de Laveaux w obawie przed rewizją i konfiskatą (na mocy ogłoszonego dekretu Polacy musieli oddać wszystkie posiadane waluty obce, za ich posiadanie groziło więzienie) dała mu na przechowanie 470 dolarów papierowych i 8 złotych dwudziestodolarówek. Po kilku latach chciała odebrać swoją własność, tymczasem Mazurkiewicz dewizy już dawno sprzedał. Wielokrotnie nagabywany o zwrot waluty, postanowił zabić Jadwigę de Laveaux i jej siostrę. Poprosił mechanika samochodowego o zrobienie dziury w betonowej podłodze, pod pozorem zainstalowania maszyny do produkcji gumowych zelówek do butów. 16 maja 1955 r. na godz. 18 zaprosił do garażu Jadwigę de Laveaux, a Zofę Suchową na godzinę 22, bo o tej porze wracała z pracy. Zastrzelił Jadwigę, a potem Zofię (jak wykazała sekcja, kobieta została ciężko ranna i zginęła, dusząc się, gdy Mazurkiewicz owinął jej głowę płaszczem), zakopał je w dole, który następnie zalał cementem.

Mecenas Wallisch dwa dni po odkryciu ciał kobiet w garażu użytkowanym przez Mazurkiewicza wystosował do prokuratora pismo, zawiadamiające, że jego wiara w niewinność klienta „była głęboka” i zamierzał go bronić „nawet na przekór bezlitosnej opinii publicznej”. Jednak – napisał mecenas – „wobec, wydawałoby się nieprawdopodobnego, wstrząsającego faktu wykrycia i ujawnienia zwłok ludzkich w garażu Władysława Mazurkiewicza nie czuję się w możności pełnienia nadal obowiązków jego obrońcy”. Tymczasem po kilku dniach Mazurkiewicz odwołał zeznania, a potem przestał odpowiadać na pytania. Przewieziono go więc do Warszawy i śledztwo przejęła Komenda Główna MO. W Warszawie Mazurkiewicz zmiękł i przyznał się do kolejnych zabójstw: otrucia w grudniu 1943 r. kompana od kart i handlu Wiktora Zarzeckiego oraz zastrzelenia 26 lipca 1945 r. Władysława Brylskiego, którego wiózł do nieistniejącego zakonnika z klasztoru kamedułów, oferującego rzekomo dolary za 200 tys. zł. Wkrótce pojawiły się kolejne zaskakujące informacje: 28 maja 1946 r. podejrzany zastrzelił swego sąsiada Jerzego de Laveaux.

Był to zamożny człowiek, przedwojenny urzędnik – dorobił się majątku podczas wojny na dostawach dla armii niemieckiej. Miał sztabki złota, brylanty, dolary. Pewnego dnia zapytał Mazurkiewicza, czy nie zna kogoś, kto ma do sprzedania dużą partię skóry na podeszwy. Mazurkiewicz powiedział, że taka skóra zmagazynowana jest w klasztorze na Bielanach, dysponuje nią pewien zakonnik, jego dobry znajomy, i może ją sprzedać za 2 mln zł, pod warunkiem wpłacenia zaliczki w wysokości połowy ceny. Jerzy de Laveaux wziął banknot tysiącdolarowy i wyruszył z Mazurkiewiczem do klasztoru. Ten drugi zastrzelił go w samochodzie, zabrał ofierze dolary, złoty zegarek i obrączkę, zaś ciało włożył do worka i utopił w Wiśle.

 

I TAK WSZYSCY SIĘ TAM SPOTKAMY

Proces Władysława Mazurkiewicza rozpoczął się 6 sierpnia 1956 r. w Krakowie, w największej sali nr 16 sądu przy ul. Senackiej 1. Po Krakowie krążyły fantastyczne plotki – m.in. opowiadano, że sądzony jest sobowtór Mazurkiewicza, natomiast on sam przebywa w Stanach Zjednoczonych. Pierwszego dnia procesu sąd zapytał oskarżonego, czy przyznaje się do winy. Mazurkiewicz wstał i spokojnym, pozbawionym emocji głosem, oświadczył: „Wysoki Sądzie! Przyznaję się w całej rozciągłości do zarzucanych mi czynów. Zrobiłem to już w śledztwie. Proszę o poinformowanie, czy mogę odmówić powtarzania tego, co już raz powiedziałem. Chciałbym ograniczyć się w procesie do roli biernej”. Prokurator zażądał dla Mazurkiewicza ośmiokrotnej kary śmierci. On sam w ostatnim słowie powiedział między innymi:

„Słuchając procesu, wydawało mi się, ze jestem na nim tylko widzem, że mnie to nie dotyczy. (…)

Cokolwiek mnie spotka, będę spokojny nie przez cynizm, a dlatego, że wiem, co zrobiłem, a czego nie zrobiłem”.

30 sierpnia 1956 r. sąd ogłosił wyrok: kara śmierci. Mordercę powieszono 27 stycznia 1957 r., w dwa dni po jego 46. urodzinach. Podobno zanim założono mu pętlę na szyję, powiedział do uczestników egzekucji: „Do widzenia, panowie, i tak wszyscy tam się spotkamy”. Mecenas Hofmokl-Ostrowski, który był obecny przy egzekucji, opowiadał później, że Mazurkiewicz pod szubienicą powierzył mu „straszną tajemnicę”. Ale sędziwy adwokat, który zmarł w 1963 r., dożywszy 90 lat, nigdy jej nie ujawnił.