Pierwsza rzecz – lubię festiwale za ciekawe line-upy, ale chyba jeszcze bardziej lubię je za ludzi. Za dziewczyny w błyszczących topach i tych przepięknych, niecodziennych makijażach. Za facetów w koszulkach zespołów i genialnych outfitów. Za te grupy znajomych, które od razu rozpoznaje się po wspólnym tempie chodzenia i roześmianych twarzach. Orange Warsaw Festival ma tę przyjemną cechę, że nie próbuje być festiwalem jednej estetyki. Tu obok siebie mogą stać osoby, które przyszły dla FKA twigs, Lewisa Capaldiego, Olivii Dean, Dominica Fike’a, Pezeta, Sokoła, TV Girl czy Blood Orange – i każda z nich naprawdę ma powód, żeby zostać do końca. Serio – ja naprawdę nie znalazłam chwili na nudę.
Czytaj też: Muzyka poprawia czy pogarsza koncentrację? Eksperci zidentyfikowali kluczowe zmienne
Line-up był dla każdego. I właśnie dlatego działał
Tegoroczny line-up miał w sobie coś bardzo wygodnego – nie w nudnym sensie, tylko w takim, że trudno było czuć się wykluczoną muzycznie. Jeśli ktoś chciał emocjonalnego, dużego popu, miał Lewisa Capaldiego i Olivię Dean. Tak nawiasem mówiąc, Matylda (czyli ja he-he) sprzed ośmiu lat nie wytrzymałaby ze szczęścia, że w końcu mogła posłuchać tego dramatycznego, ale ukochanego “Someone You Loved”.
Jeśli ktoś szukał bardziej alternatywnego napięcia, był Blood Orange i FKA twigs. Jeśli ktoś chciał polskich akcentów, mógł posłuchać Pezeta, Sokoła, Kasię Lins czy Jana-rapowanie. Ale też gościnnie Bedoesa, który zaskoczył swoją obecnością na scenie u bbno$. Jeśli ktoś przyszedł z myślą o lżejszym, bardziej wakacyjnym klimacie, mógł zatrzymać się przy TV Girl albo Dominicu Fike’u.
Dla mnie najbardziej w pamięci zapisze się fenomenalna FKA twigs. I chyba dokładnie tego oczekiwałam po jej występie – czegoś, co nie będzie po prostu koncertem, tylko małym spektaklem. Ona ma w sobie rzadką umiejętność budowania napięcia bez oczywistego dopowiadania wszystkiego. Jej występ był cielesny, dziwny, elegancki, momentami niemal teatralny. To nie był koncert do przypadkowego słuchania w tle, z frytkami w ręce i rozmową o tym, gdzie później idziemy. To było coś, co wymagało uwagi.
Mogłabym opowiadać godzinami, jak bardzo lubię takie momenty na festiwalach. Gdy nagle tłum przestaje być tylko tłumem, a zaczyna wspólnie patrzeć w jedną stronę. My się dosłownie całym tłumem wpatrywaliśmy (mam wrażenie, że niemal bez mrugania) w to, co ta brytyjska artystka nam prezentowała. I nagle ludzie na chwilę mniej nagrywają, mniej rozmawiają między sobą, rzadziej sprawdzają godzinę. FKA twigs miała w sobie właśnie ten rodzaj magnetyzmu. Nie musiała walczyć o uwagę – ona ją po prostu ją dostała od samego początku.

Festiwal zaczyna się wcześniej niż pierwszy koncert
Moje wspomnienie Orange Warsaw Festival 2026 zaczyna się dużo wcześniej niż przy scenie. I zaczyna się zaskakująco pozytywnie. Przede wszystkim barwa za bardzo dobrą organizację ruchu ulicznego. Kierowanie taksówkami, autami, ruchem jeszcze przed wejściem odbywała się bardzo sprawnie.
I przy wejściu, znowu zaskoczenie: wszystko idzie sprawnie. Nie było kolejek – nawet po opaski – które potrafią zepsuć humor jeszcze zanim człowiek zdąży wejść na teren wydarzenia. Nie było poczucia chaosu, w którym każdy pyta każdego, gdzie właściwie ma iść. Droga została właściwie oznakowana. Było po prostu szybko, normalnie i bez napięcia.
To może brzmieć jak mały szczegół, ale dla mnie takie rzeczy bardzo wpływają na odbiór wydarzeń. Bo jeśli zaczynam je od stania w kolejce, przepychania się i poczucia, że organizacja nie nadąża za liczbą ludzi, to później trudniej mi wejść w dobry nastrój. Tutaj wejście było jednym z tych rzadkich momentów, kiedy duża impreza naprawdę zachowuje się jak duża impreza, która wie, ilu ludzi przyjmuje. I właśnie to jest dla mnie najprzyjemniejsze. Orange Warsaw Festival nie działa tylko wtedy, kiedy ktoś stoi na scenie. On działa też pomiędzy koncertami.
Służewiec miał swój letni puls
Tor Wyścigów Konnych Służewiec jest miejscem, które samo w sobie dało festiwalowi dużo oddechu. Lubię, gdy na dużej imprezie nie mam poczucia, że wszyscy jesteśmy ściśnięci w jednej klaustrofobicznej przestrzeni, a każdy ruch wymaga interakcji z tłumem. Tutaj było dużo chodzenia, dużo patrzenia, dużo przypadkowych spotkań. Można było na chwilę odejść od sceny, złapać dystans, usiąść, poprawić makijaż, sprawdzić telefon, wrócić.
A to jest bardzo istotne, szczególnie gdy spędza się na festiwalu kilka godzin. Bo nawet jeśli przychodzę dla muzyki, to nie chcę przez cały czas walczyć o przetrwanie. Chcę mieć miejsce na zachwyt, ale też na zmęczenie. Chcę móc wejść w tłum pod sceną, a potem z niego wyjść i nie czuć się, jakbym opuszczała najważniejszą część wydarzenia. Na Orange Warsaw Festival to działało całkiem naturalnie.
Było też coś bardzo przyjemnego w obserwowaniu, jak ludzie traktują festiwal jako okazję do wyrażenia siebie. Nie tylko muzycznie. Modowo też. Widziałam dużo srebra, przezroczystości, koronek, sportowych butów zestawionych z czymś totalnie wieczorowym, mocnych makijaży, prostych białych topów, skórzanych kurtek, długich spódnic i stylizacji, które wyglądały tak, jakby ktoś planował je od tygodni. I właśnie za to kocham festiwale – za ten moment, w którym codzienność trochę odpuszcza.
Strefa Orange była dobrą przerwą między koncertami
Strefa Orange była jednym z tych miejsc, do których naturalnie wracało mi się między występami. Nie tylko dlatego, że można było tam po prostu odpocząć w pięknie zaprojektowanym miejscu, ale też dlatego, że dawała mi ona inną energię niż przestrzeń pod sceną. Była bardziej zabawowa, trochę technologiczna, trochę instagramowa, ale nie w sposób, który męczy. Można było zrobić zdjęcie, sprawdzić atrakcje, wejść na chwilę do świata VR, pograć albo po prostu pobyć przez moment w miejscu, które miało własny rytm. I to wśród fantastycznych ludzi.
A o co chodziło w tych goglach VR? I to jest naprawdę bardzo ciekawe – one oferowały coś, czego zwykły festiwal nie daje – widok ze sceny. Już tłumaczę. Nagle nie patrzyłam na artystę z tłumu, tylko na tłum z perspektywy artysty. To było zabawne, trochę nierealne i jednocześnie bardzo proste w odbiorze. Nie trzeba było się zastanawiać, co właściwie mam czuć. Po prostu zakładałam gogle i przez chwilę byłam w miejscu, gdzie zazwyczaj… no, trudno jest się dostać. I mógł z tego skorzystać każdy uczestnik festiwalu.

Ale podobało mi się też to, że strefa nie była tylko o jednej atrakcji. Był gaming, były kreatywne aktywności, był wielki dotykowy ekran, na którym można było tworzyć coś bardziej wizualnego i trochę abstrakcyjnego. W takim miejscu łatwo spędzić więcej czasu, niż planowało się na początku – szczególnie kiedy jedna osoba z grupy chce zdjęcie, druga chce zagrać, trzecia chce zobaczyć VR, a czwarta mówi, że tylko na chwilę, ale potem też zostaje.
Najlepsze momenty były między wielkimi nazwiskami
Oczywiście, największe koncerty są najłatwiejsze do opisania. To one mają wykreowaną scenę, zbierają tłum i zyskują najwięcej relacji. Ale po takich wydarzeniach często najbardziej pamiętam nie tylko same występy, ale małe sceny pomiędzy nimi. Kogoś, kto tańczy trochę za wcześnie, zanim jeszcze zacznie się koncert. Dziewczynę poprawiającą brokat na policzku koleżanki. Grupę znajomych, którzy zgubili jedną osobę i przez piętnaście minut próbują ustalić, czy „przy wejściu” oznacza to samo dla wszystkich. Ten moment, kiedy wszyscy nagle idą w jedną stronę, bo zaraz zaczyna się koncert, na który czeka pół festiwalu. Ach, kocham ten klimat, serio!
Na Orange Warsaw Festival 2026 takich momentów było dużo. I chyba dlatego całość miała w sobie lekkość. To nie był festiwal, na którym czułam, że muszę cały czas gdzieś pędzić. Raczej taki, w którym mogłam płynąć z planem dnia – raz bliżej sceny, raz bliżej strefy Orange, raz po prostu gdzieś pomiędzy.
Podobało mi się też, że line-up naprawdę mieszał odbiorców. Przy jednych koncertach widziałam więcej osób nastawionych na popowe propozycje, przy innych bardziej awangardowy tłum, przy polskich występach zupełnie inną energię. I właśnie to jest zdrowe dla festiwalu. Dzięki temu nie miałam poczucia, że uczestniczę w wydarzeniu dla jednego typu odbiorcy.

Po FKA twigs trudno było wrócić do zwykłego trybu
Jak już wspomniałam (ale muszę to podkreślić), najmocniej została ze mną cudowna FKA twigs. Było w jej występie coś z pokazu mody, coś z performansu, coś z koncertu i coś z intymnego rytuału, choć przecież oglądałam go w festiwalowym tłumie. To dziwne połączenie – bardzo publiczne, a jednocześnie osobiste. Czułam, że to jest artystka, która nie wchodzi na scenę tylko po to, żeby odtworzyć setlistę. Ona buduje świat i jej się to udaje.
I chyba dlatego tak dobrze pasowała do tego festiwalu. Bo Orange Warsaw Festival 2026 też nie był dla mnie tylko zbiorem koncertów. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że był światem na dwa dni. Z własną modą, własnym tempem, własnym językiem i własnymi małymi rytuałami. Z opaską na ręce, której nie chce się odcinać od razu po powrocie do domu. Z filmami w telefonie, których pewnie nigdy nie obejrzę w całości, ale których i tak nie usunę. Z piosenkami, które przez kilka kolejnych dni brzmią inaczej, bo przypominają konkretny moment, konkretny wieczór, konkretną wersję mnie.
Wyszłam zmęczona, ale dokładnie tak, jak lubię
Po festiwalu zawsze jestem trochę przebodźcowana. Bolą mnie nogi, mam wrażenie, że nadal słyszę bas, telefon jest już dawno rozładowany, a w głowie mieszają się refreny, obrazy i rozmowy. Ale to jest dobre zmęczenie, je naprawdę lubię. Takie, które mówi, że przez kilka godzin naprawdę byłam gdzieś indziej, ale tam gdzie chcę być.
Orange Warsaw Festival 2026 dał mi właśnie takie uczucie. Było żywe. Z koncertami dla bardzo różnych osób, z organizacją, która nie przeszkadzała w dobrej zabawie, ze strefą Orange, która dawała dodatkowe doświadczenia, i z występem FKA twigs, który jeszcze długo będzie wracał mi w głowie.
A chyba o to chodzi w dobrym festiwalu. Prawda? Nie tylko o to, żeby zobaczyć artystów, których ma się na playliście. Bardziej o to, żeby przez chwilę wejść w miejsce, w którym muzyka, ludzie, styl i przypadek układają się w coś większego. A potem wrócić do domu z poczuciem, że ten weekend naprawdę był warty zapamiętania.
