Magydos w Pamfilii, południowej krainie Azji Mniejszej. Koń zarządcy świątynnego Naodorosa na rzemiennym pasku wlecze Konona – ogrodnika z cesarskiej posiadłości. Mężczyzna staje przed namiestnikiem Atticusem. „Kim jesteś i skąd pochodzisz?” – pyta Rzymianin. „Pochodzę z miasta Nazaret w Galilei, jestem spokrewniony [gr. syngenes] z Chrystusem. Wiarę [chrześcijańską – dop. P.N.] odziedziczyłem po moich przodkach”. Atticus miał powody do zadowolenia – prawdopodobnie schwytał ostatniego krewnego założyciela kłopotliwej sekty chrześcijan. 

Moment wyboru

W latach 250–251 imperium rzymskie  stało u progu zagłady. Niepowstrzymane fale barbarzyńców parły z północy, a ostatnie legiony, rzucane na front, przepadały jak kamień w wodę. Na Wschodzie Persowie tylko czekali na moment, kiedy Rzymianom ostatecznie powinie się noga, a i wewnątrz kraju sytuacja była niespokojna. Ambitni dostojnicy już snuli plany, jak na gruzach tysiącletniego państwa wykroić własne małe władztwa.

Zdesperowany cesarz Decjusz uznał, że nie ma innej nadziei na ocalenie kraju jak powszechne składanie ofiar, które zjednają utraconą łaskę bogów. Decyzja ta uderzyła pośrednio w chrześcijan. Pierwszy raz na tak wielką skalę musieli wybrać: czy uczestniczyć w pogańskim kulcie państwowym, czy poddać się prześladowaniom. Wcześniejsze przypadki atakowania chrześcijan miały bowiem charakter lokalny i krótkotrwały. Poza tym nie prowadzono ich w sposób skoordynowany, opierały się na indywidualnych donosach. Teraz wszyscy, nawet mieszkańcy najmniejszych osad, zostali zobowiązani do złożenia ofiary za pomyślność cesarza. Głowy padały gęsto.

I właśnie w tym czasie do Magydos na polecenie cesarza przybył senator Atticus. Z zachowanych akt sądowych wynika, że szukał kogoś szczególnego. Jak sam przyznał, zawczasu dokładnie dowiedział się, na czym polega chrześcijaństwo i kto należy do rodu (gr. genos) Jezusa. Cesarze rzymscy od dawna bowiem wyszukiwali członków rodziny zbawiciela – tzw. despozynów. Zarządca świątynny Naodoros także wiedział, dokąd poprowadzić gwardię przyboczną Atticusa. Po kilku godzinach żołnierz zwany Orygenesem mógł zameldować: „Znaleźliśmy człowieka, którego szukaliśmy”. Konon stanął przed namiestnikiem.

Dalej proces wyglądał standardowo. Najpierw długo kuszono więźnia obietnicą wolności w zamian za wyrzeczenie się wiary. Namiestnik udowadniał, że założenia chrześcijaństwa są błędne i nie warto umierać za taką religię. W końcu proponował, że wystarczy tylko spalić odrobinę kadzidła za pomyślność cesarza, bez składania ofiar według pełnego obrządku. Dopiero na końcu groził torturami. Konon pozostał jednak nieugięty, co więcej, sam przepowiadał Atticusowi wieczne potępienie. W końcu ogrodnikowi przebito kostki, a następnie musiał, smagany biczem, biec przed wozem namiestnika, aż zmarł z wycieńczenia.

Pokaż mi, skąd Pochodzisz...

Co właściwie zaszło w Magydos? Francuski patrolog Simon Mimouni podkreśla, że mamy do czynienia z najpóźniejszym poświadczeniem żyjącej osoby z rodu Jezusa. Jeśli oczywiście słowa Konona można odczytywać literalnie... Istnieją bowiem poważne wątpliwości, czy ród ten mógł przetrwać aż do połowy III w.

Chrześcijanie żyjący w Palestynie z wielkim szacunkiem podchodzili do Jezusowych krewnych. Poświadczają to dwaj autorzy antyczni – Hegezyp (II w.) i Juliusz Afrykański (III w.), których pisma streścił i dzięki temu zachował do naszych czasów Euzebiusz z Cezarei, uczony z IV w. Chrześcijanie palestyńscy ukuli nawet odrębną nazwę dla określenia rodziny swoich przywódców – desposynoi (ci, którzy są powiązani z Mistrzem; Pańscy). Juliusz precyzował, że „niektórzy (ze znanych rodów żydowskich – dop. P.N.) dumnie zachowali pamięć o swoim szlachetnym pochodzeniu. Do nich należą wspomniani już despozynowie, zwani tak ze względu na pokrewieństwo ze Zbawicielem”. 

Niestety, despozynowie nie posiadali żadnych oficjalnych dokumentów na potwierdzenie swoich pretensji, co Juliusz skrupulatnie odnotował. Tłumaczył, że Herod Wielki, wstydząc się swojego idumejskiego pochodzenia, nakazał spalić wszystkie listy rodowodów, przechowywane w żydowskich archiwach. W takiej sytuacji, ciągnie Juliusz, „niewielu tylko ludzi przezornych, którzy posiadali wykazy prywatne, albo w pamięci utrzymali imiona, lub też skądinąd mieli odpisy, szczyciło się tym, że ocalili wspomnienie szlachetnego swego pochodzenia”. Despozynowie znaleźli jednak wyjście z tej trudnej sytuacji i „na podstawie Księgi Dni przytaczali ten właśnie rodowód tak wiernie, jak to było możliwe”. Niestety, dziś już nie wiemy, czym ściśle była owa tajemnicza księga, jednak jej treść stanowiła być może próbę uzgodnienia rozbieżnych genealogii Jezusa z Ewangelii według św. Łukasza (Łk 3,23–38) i Mateusza (Mt 1,1–17).

Hegezyp zaprezentował wizję sukcesji po Jezusie w sposób odmienny niż możemy przeczytać w Dziejach Apostolskich. Pisał, że schedę po Mesjaszu przejął nie tyle święty Piotr, ile najbliżsi krewni Jezusa – jako pierwszy Jakub, zwany Bratem Pana. Ewangelie dostarczyły nam informacji o czterech „braciach” Jezusowych (do dziś historycy spierają się, czy byli to bracia rodzeni, przyrodni, czy też cioteczni): Józefie, Judzie, Szymonie i właśnie Jakubie (Mk 6,3; Mt 13,55). Nawet pobieżne spojrzenie na ludzi dziedzi-czących stanowisko Jakuba ujawnia, że przynależność do tej samej rodziny była ważnym kryterium doboru przewodników wspólnoty jerozolimskiej.

 

Hegezyp charakteryzował Jakuba jako wzór wszelkich cnót – miał całe dnie spędzać w Świątyni, gdzie dopuszczano go nawet do Miejsca Najświętszego, i modlił się bez ustanku. Nie pił wina ani cydru, nie spożywał mięsa. Zginął tuż przed wybuchem wojny żydowskiej (66–73 r.), gdyż popadł w konflikt z faryzeuszami. Prosili Jakuba, żeby wystąpił przed ludem i jako brat Jezusa dowiódł, że ten nie był Mesjaszem. Jakub najpierw zgodził się, jednak gdy w święto Paschy stanął na dachu Świątyni, zaczął nauczać zebrany tłum, że Jezus „siedzi w niebie po prawicy Wielkiej Potęgi i przyjdzie na obłokach niebieskich”. Wówczas faryzeusze strącili Jakuba z dachu, próbowali ukamienować, a w końcu pewien folusznik zabił go wałkiem do obróbki sukna. Zwłoki miały spocząć w grobie w pobliżu Świątyni.

Walka o stołki

Następny zwierzchnik wspólnoty jerozolimskiej został wybrany dopiero po upadku powstania żydowskiego. W tych niespokojnych i okrutnych czasach chrześcijanie schronili się w Pelli, unikając zaangażowania w konflikty wewnętrzne, jak i w walkę z Rzymianami. Jak pisał Hegezyp, „po zburzeniu Jerozolimy (…) apostołowie i uczniowie pańscy, którzy jeszcze przy życiu pozostali, zeszli się razem z krewnymi pańskimi, bo i z nich niektórzy jeszcze żyli”. W takim składzie mieli jednomyślnie wskazać na Szymona jako na następcę Jakuba. Hegezyp zaznaczał, że Szymon był również krewnym pańskim, synem Klopasa – brata Józefa, męża Maryi.

Szymon dożył sędziwego wieku, choć przypisywane mu 120 lat jest niewiarygodne. Za jego „patriarchatu” rodzina Jezusa popadła w poważne kłopoty. Po upadku powstania żydowskiego rzymscy cesarze postanowili zabić wszystkich członków królewskiego rodu Dawida, aby zapobiec zrywom niepodległościowym. Gdy na tron wstąpił cesarz Domicjan, „jacyś heretycy oskarżyli potomków Judy, brata zbawiciela naszego, iż to oni właśnie się wywodzą z rodu Dawidowego i są krewnymi samego Chrystusa”. Owi „heretycy” mogli być po prostu chrześcijanami, którzy nie akceptowali krewnych Jezusa jako zwierzchników i chcieli obrać nowe władze. Hegezyp jawnie oskarżał pewnego Tebutisa o to, że zaczął szerzyć „herezję”, bo przepadł w walce o stołki.

Jako pierwsi stanęli przed Domicjanem dwaj wnukowie „Judy Brata Pańskiego według ciała”. Ich imiona są dyskusyjne – zachowały się m.in. w passusie „Historii kościelnej” Euzebiusza, który był notorycznie usuwany przez skrybów z prawie wszystkich rękopisów (powinien być umieszczony między HE III 17 i III 18). Nie uwzględnił go nawet współczesny autor wydania krytycznego – G. Bardy – i nie występuje on w polskim przekładzie! Szczęściem dla nas dziewiętnastowieczny uczony C. De Boor dotarł do nielicznych manuskryptów, uwzględniających ten malutki akapit. Dzięki niemu wiemy, że synowie Judy nosili imiona Jakub i Zoker (Zachariasz). Z reszty dobrze znanej już relacji Hegezypa dowiadujemy się natomiast, że zeznali przed cesarzem, iż posiadają wspólnie 9 tys. denarów, zainwestowane w ziemię, którą samodzielnie uprawiają i skrzętnie płacą podatki na rzecz cesarstwa. „A na dowód swej pracy przedstawili szorstkie swe ciało i na swych rękach odciski, jako ślady roboty codziennej”. 

Domicjana uspokoiło, że królestwo Jezusa nastąpi dopiero przy końcu świata, więc puścił braci wolno. „Oni zaś po swem uwolnieniu zarządzali kościołami jako męczennicy i krewni pańscy”. Historycy nie są do dziś pewni, czy opisane spotkanie z Domicjanem odbyło się – być może to nic innego jak opowiastka, ułożona na podstawie wiedzy o prześladowaniu potomków Dawida przez Wespazjana, ojca Domicjana, tuż po stłumieniu powstania. Jednak Jakub i Zoker to prawdopodobnie postacie autentyczne – ich istnienie potwierdza m.in. Epifanes Mnich (VIII/IX w.), który uważa ich za synów, a nie wnuków Judy Brata Pańskiego.

Samego Szymona spotkał o wiele gorszy los. Za cesarza Trajana znów zadziałali tajemniczy „heretycy” i przywódca musiał stanąć przed sądem namiestnika (notabene o imieniu Atticus – takim samym, jak w przypadku Konona). Torturowany przez wiele dni, został w końcu skazany na śmierć przez ukrzyżowanie. Po nim dokładne informacje o despozynach urywają się. Euzebiusz w czwartej księdze swojej „Historii kościelnej” zamieścił listę zwierzchników wspólnoty jerozolimskiej. Po Szymonie miał przewodzić jej pewien Justus. Niektórzy utożsamiają go z Józefem-Justusem Barsabą, który konkurował z Maciejem o miejsce w kolegium apostołów po zdradzie Judasza (Dz 1,23). Niewykluczone, że tenże Józef-Justus był także identyczny z Józefem Bratem Pana. Mogło też dojść do pomyłki: „Konstytucje apostolskie” (VII 46,2) podają, że trzeci przywódca gminy jerozolimskiej nosił imię Juda i był synem Jakuba Brata Pańskiego. Schedę po nim  według  Euzebiusza  przejął  Zacheusz – czyżby tożsamy ze znanym już nam Zokerem-Zachariaszem?

Bracie, kim jesteś?

Niestety – od tej pory nic nie jest pewne. Nie wiemy, czy kolejni cesarze również podnosili rękę na despozynów i czy rodowi udało się przetrwać aż do połowy III w., kiedy to żył św. Konon. Niektórzy historycy uważali jednak, że Rzymianom nie udało się wytępić całej rodziny. Wielu despozynów mogło umknąć prześladowaniom dzięki temu, że – jak pisze Euzebiusz – „z miejscowości żydowskich Nazaretu i Kochaby rozeszli się oni po całym świecie”. Nie jest wykluczone, że nadal odgrywali znaczącą rolę w gminach chrześcijańskich rzymskiego Wschodu. Wraz z kolejnymi potomkami ich liczebność mogła się nawet zwiększać. Mogli też dotrzeć do Azji Mniejszej.

Czy Konon faktycznie był ostatnim z poświadczonych źródłowo despozynów? Symboliczny język, którym posługiwali się chrześcijanie stawiani przed sądami namiestników, każe zachować czujność. Pokrewieństwo z Jezusem i pochodzenie rodziny z Nazaretu mogło być czysto metaforyczne i oznaczać po prostu wspólnotę chrześcijan. W zasadzie trudno było znaleźć jakikolwiek dowód na poparcie słów Konona poza wzmianką Euzebiusza o wyjściu despozynów z Nazaretu – do czasu gdy oczom archeologów ukazała się inskrypcja zachowana w Bazylice Zwiastowania w Nazarecie. Jest to podpis mozaiki, informujący że ozdobę tę sfinansował Konon, prezbiter z Jerozolimy. Oczywiście to inna osoba niż święty Konon z Magydos, jednak wybór miejsca fundacji i imię diakona są co najmniej zastanawiające. 

 

Nie możemy wykluczyć, że ów diakon Konon, chcąc pokazać, jak szczególną czcią darzy swojego świętego patrona, postanowił wzbogacić mozaiką właśnie jego rodzinną miejscowość – Nazaret. Odbył więc tam pielgrzymkę i zatroszczył się o udekorowanie bazyliki. Jeśli ta teoria jest słuszna, pozwalałaby uznać, że Konon – domniemany despozyna – faktycznie wywodził się z Nazaretu, a przynajmniej, że tak uważali starożytni chrześcijanie, mający dostęp do o wiele bogatszych tradycji lokalnych niż dzisiejsi historycy. W ten sposób chociaż część deklaracji męczennika znajdowałaby oparcie w rzeczywistości i uprawdopodobniałaby drugi element wypowiedzi – pokrewieństwo z Jezusem.

Epilog

Ks. Martin Malachi, kontrowersyjny profesor Papieskiego Instytutu Biblijnego w Watykanie i przeciwnik reform soborowych, przytacza pewną „pradawną legendę”, która również wspominała o despozynach. W 318 r., już po wprowadzeniu w cesarstwie tolerancji religijnej, ośmiu delegatów Kościoła jerozolimskiego (i krewnych Jezusa) przybyło do Rzymu. W pałacu na Lateranie doszło do spotkania z papieżem Sylwestrem I, który miał reprezentować interesy cesarza Konstantyna Wielkiego. W imieniu despozynów przemawiał najstarszy z nich – Józef. Domagał się usunięcia z Jerozolimy, Antiochii, Efezu i Aleksandrii biskupów pochodzenia greckiego i ustanowienia w ich miejsce despozynów. Oprócz tego żądał, aby chrześcijanie z cesarstwa płacili podatki na rzecz wspólnoty jerozolimskiej (jak wcześniej Żydzi płacili podatek na Świątynię); przestrzegali szabatu i systemu świąt żydowskich. Sylwester odrzucił ich postulaty, stwierdzając, że o takich sprawach ma decydować Rzym, a nie Jerozolima. 

Ta chwytliwa informacja o lekceważeniu despozynów przez papiestwo zrobiła zawrotną karierę w internecie i literaturze popularnonaukowej. Historycy i amatorzy historii podzielili się na dwie grupy – ci mniej wprawni bezkrytycznie przepisują „legendę” Malachiego, nie pytając o źródła. Inni zarzucają mu fałszerstwo. Treść „legendy” okazuje się bowiem anachroniczna – na początku  IV w. papieże nie mieli jeszcze władzy nad światem chrześcijańskim! Malachi prawdopodobnie „twórczo” uatrakcyjnił historyjkę, znaną z powstałego dopiero w V wieku „Żywota Sylwestra”. Do papieża miał przybyć „jakiś biskup ze Wschodu” o imieniu Eufrosynos. Twierdził, że miał objawienie i posiada szatę św. Jakuba apostoła. Ponadto miał wykładać nauki o szabacie „według tradycji apostolskiej”. Wystarczyło, że Malachi dodał kilka szczegółów (w tym wmieszał we wszystko rodzinę Jezusa) i dzięki temu zyskał wielki rozgłos. 

„Na działalności Jezusa, chrześcijaństwie i jego historii, jak na polityce i piłce nożnej, zna się, przynajmniej w swym mniemaniu, każdy – uważa dr hab. Paweł Janiszewski z Instytut Historycznego UW. – A jeśli jeszcze – jak Martin Malachi – ten ktoś to ksiądz, pastor, zakonnik itd., wówczas jest przekonany, że wszystko, co napisze, zyska status objawionej wręcz nauki. Im głupsza i bardziej kontrowersyjna hipoteza, tym lepiej – odbije się większym echem, przede wszystkim na internetowych forach, stronach i czym tam jeszcze... Komentowanie tych bzdur jest walką z wiatrakami. W tym konkretnym przypadku mamy właśnie do czynienia z tyleż efektowną, co zupełnie idiotyczną tezą, która opiera się nie na źródłach historycznych, ale na bujnej (a może i chorej) wyobraźni swego autora”.