Był zimny lutowy dzień 1943 r. Eksplozja wstrząsnęła centrum Berlina. Wybuch nastąpił na dworcu Friedrichstrasse. Zginęły 4 osoby, w tym dwóch wojskowych, 60 zostało rannych. Berlińscy policjanci w ciągu kilku godzin zebrali z peronu dowody rzeczowe. Było tego sporo: małe strzępy materiału, dwa gwoździki, jeden nit, pogięte blaszki, fragmenty połamanego metalu, osmalone kawałki waty szklanej oraz trybiki i tylna ścianka koperty naręcznego zegarka z numerem – 17015551.

HISTORYCY NAWALILI


Ustalono, że ładunek wybuchowy został umieszczony w małej ciemnogranatowej walizce. Była tekturowa, pokryta lakierowanym płótnem imitującym skórę. Takich walizek nie produkowano w Rzeszy. Fragmenty metalowych elementów znalezione na miejscu wybuchu wyprodukowano za pomocą technologii nieużywanej w Rzeszy, za to stosowanej na terenie Górnego Śląska. Wata szklana została zrobiona we wschodniej Europie.

W Szwajcarii ustalono, że zegarek, który stanowił część mechanizmu zapłonu, był taniej marki Tavannes. Produkowano takie w latach 1933–1935. Eksportowano na cały świat, jednym z większych odbiorców była Polska. Berlińscy eksperci ustalili też, że bomba została napełniona trotylem i gwoździami.

Po tygodniu powstał kryminalistyczny raport. Załączono go do pisma z 20 lutego 1943 r. szefa gestapo Heinricha Müllera. Raport rozesłano w 80 egzemplarzach do placówek gestapo we wschodniej Rzeszy i Generalnej Guberni. Do tej ostatniej trafiło aż 71 egzemplarzy. Policja nie miała wątpliwości: zamachu dokonali Polacy. Szef gestapo zalecił, aby jego podwładni podjęli śledztwo na swoim terenie. Do raportu dołączono cztery fotografie dowodów rzeczowych. Dokument przez wiele lat znajdował się w archiwum KC PZPR. Dziś powinien być w Archiwum Akt Nowych.

O istnieniu niemieckiego raportu i „bombowej” akcji w Berlinie Polacy w PRL dowiedzieli się po raz pierwszy z artykułu pt. „10 piekielnych walizek” w tygodniku „Dookoła Świata” z 1958 r. Tekst zilustrowano fotografiami dowodów rzeczowych. Z tym raportem jest pewien kłopot. Niemieccy policjanci napisali, że zamach miał miejsce 13 lutego 1943 r. Tę datę podaje także większość polskich publikacji.

Tymczasem szef zamachowców Bernard Drzyzga we wspomnieniach milczy o 13 lutego. „Niestety, ciągle brak pełnego wykazu tych akcji, nie mówiąc już o ich szczegółach” – napisał na początku lat 60. Aleksander Kunicki, pseudonim „Rayski”, szef wywiadu dywersyjnego oddziału AK, do którego należeli zamachowcy. Do dziś niewiele się zmieniło. Daty zamachów, przynajmniej w kilku przypadkach, nie są pewne, podobnie jak liczba ofiar. Do dzisiaj nie powstała rzetelna monografia akcji sabotażowych AK w Rzeszy. Praca Juliusza Pollacka „Wywiad, sabotaż, dywersja: polski ruch oporu w Berlinie 1939–1945”, publikowana w latach 80. w prasie i wydana w książce w 1991 r., wątpliwości nie wyjaśniła. Polscy historycy nie pofatygowali się do niemieckich archiwów.

BYŁO ICH OSIEMNASTU


Zamachy na dworcach kolejowych w Rzeszy były dziełem niewielkiej grupy sabotażowo-dywersyjnej Armii Krajowej o nazwie „Zagra-lin” (liczyła 18 osób). Nazwa oznaczała, że działa ona za granicą. Utworzono ją w grudniu 1942 r. Wchodziła w skład „Osy” (Organizacja Specjalnych Akcji), a potem „Kosy” (Kierownictwo Akcji Specjalnych). Dowódcą „Osy-Kosy” był ppłk Józef Szajewski „Philips”, a jednym z jego zastępców por. Mieczysław Kudelski „Wiktor”.

„Zagra-linem” dowodził porucznik saperów Bernard Drzyzga (urodzony w 1911 r.), który w maju 1942 wraz z trzema kolegami uciekł z obozu jenieckiego w Woldenbergu (dziś Dobiegniew w woj. lubuskim). Znał język niemiecki, gdyż pochodził ze Śląska. Podczas wizyty w Częstochowie u kolegi z wojska Sylwestra Goślińskiego poznał jego szwagra Józefa Lewandowskiego. Był to mieszkaniec Bydgoszczy, urodzony w stolicy Rzeszy, mówiący z berlińskim akcentem i mający obywatelstwo niemieckie. Pracował w niemieckich firmach budowlanych. Lewandowski służbowo jeździł po całych Niemczech. Miał biuro w Warszawie. Drzyzga zasugerował mu pracę dla AK. Lewandowski wyraził zgodę. Został zaprzysiężony i otrzymał pseudonim „Jur”. Lewandowski wciągnął do współpracy swego brata Jana, żonę, kuzyna Wojciecha, matkę, krewnych i zaufanych znajomych.

Bomby przewoził w bagażu Józef Lewandowski. Niemieckie dokumenty, znajomość języka, „aryjski wygląd” sprawiały, że go nie rewidowano. Uzbrajał bomby, nastawiał czas eksplozji i wnosił je na perony w walizce lub w teczce. Zwykle towarzyszyli mu: Stefania Lewandowska („Halina I”), kuzynka Maria Wasilewska („Halina W”), brat Jan („Jan”), kuzyn Wojciech Lewandowski („Wojtek”) oraz znajomy Leon Hartwig („Leon”).

Nie były to pierwsze polskie zamachy bombowe w Berlinie. Te zaczęły się jeszcze w 1939 r. Oficer Abwehry mjr Helmuth Groscurth zanotował w „Dzienniku” („Tagebucher eines Abwehroffiziers 1938–1940”, Stuttgart 1970), że 16 września 1939 r. wybuchły w Berlinie bomby: przed Prezydium Policji i przed gmachem Ministerstwa Lotnictwa. „Wiele szkła na ulicach, jedna osoba zabita” – zapisał. Zdaniem gestapo, eksplozje były dziełem Polaków. Potem jeszcze kilkakrotnie dokonywano zamachów, najczęściej podkładając bomby w pociągach, berlińskiej rafinerii oraz na dworcach klejowych. Akcji dokonywali AK-owcy ze Śląska, którzy bez przeszkód podróżowali do Rzeszy. Przeprowadzanie zamachów bombowych w miejscach publicznych Rzeszy nakazał komendant główny AK generał Stefan Grot-Rowecki. Musiał liczyć się z cywilnymi ofiarami. Ale zamachy były odpowiedzią na niemiecki terror na ziemiach polskich. Stwierdzono to w specjalnym komunikacie, opublikowanym w „Biuletynie Informacyjnym”.

BERLIN – CEL, PAL