Sklep zoologiczny w cichej dzielnicy Tokio. „Tato, jaki wielki chrząszcz! Chcę go!” – wykrzykuje kilkuletni chłopiec. „Ile kosztuje?” – pyta ojciec. „Jelonek rogacz i rohatyniec nosorożec kilkanaście tysięcy jenów, żuk tęczowy siedem tysięcy” – odpowiada sprzedawca. Ojciec drapie się w głowę, ale w końcu daje chłopcu pieniądze na tańszego owada (ok. 240 zł). Uradowany maluch pakuje do torby nową zabawkę. Za kilka dni odwiedzą go koledzy, każdy z własnym owadem. Będą bawić się w wyścigi i zapasy chrząszczy. Park w tokijskiej dzielnicy Hachioji. Rodziny z dziećmi i dziadkami polują  na świetliki z aparatami, siatkami na kijkach i lampionami, które oświetlą  złapane w locie robaki. Słychać piski i śmiechy. Młodzi i starzy Japończycy klaszczą, kiedy przelatują obok roje migoczących owadów. Po chwili radosnej obserwacji wypuszczają je na wolność. Podobno jeden na dziesięciu japońskich mężczyzn jest fanem lub kolekcjonerem owadów. Temu niezwykłemu hobby przyjrzała się Jessica Oreck, amerykańska reżyserka i entomolożka z nowojorskiego Museum of Natural History. „Japończycy kochają wszystko, co ich otacza, a ja sama, mimo że wychowałam się w mieście, od dzieciństwa uwielbiałam owady. Musiałam zrobić o nich film!” – mówi „Focusowi” autorka dokumentu „Królowa żuków podbija Tokio”. Spotykała się z kolekcjonerami motyli i cykad, dziećmi hodującymi ogromne żuki, obserwowała biznes hodowli i sprzedaży owadów. „Kiedy kręciliśmy noc świetlików, jeden z ochroniarzy zmartwił się, że robimy film, kiedy jest tak pusto. A tej nocy w parku było ponad 600 osób!” – mówi Oreck. W VII wieku p.n.e. Japonia była znana jako Akitsushima, czyli Wyspa Ważek. Później właśnie te owady stały się symbolem waleczności samurajów. Wojownicy wierzyli bowiem, że są odważne, bo fruwają tylko do przodu i nie cofają się przed przeszkodami, więc uosabiają samurajski hart ducha.
 

 

Latające kolekcje
W ostatnich latach jedną z pasji młodych Japończyków stała się hodowla chrząszczy, tzw. kabuto. Ich nazwa wywodzi się od hełmu samuraja, który miał mocny pancerz i przypominające rogi wykończenie. Żuki w Japonii są wszechobecne. Sprzedaje się je w automatach ulicznych i w sklepach zoologicznych, wraz ze sprzętem do łapania, akwariami, karmą, zabawkami i katalogami gatunków. Poważni kolekcjonerzy są w stanie zapłacić za wymarzone okazy kilkadziesiąt tysięcy jenów (ok. 900 zł). „Dla młodych Japończyków żuki są jak chomiki dla dzieci w Europie” – mówi Satoru, handlarz owadów z Osaki. Dzieci hodują je w akwariach, tresują i wystawiają do walk i konkursów piękności. Modele żuków można znaleźć w zestawach Happy Meal w McDonald’s, dzieci przebierają się za nie na Halloween, miasta stawiają chrząszczom pomniki, a producenci ubrań ozdabiają ich wizerunkami T-shirty. Robaki występują też w grach komputerowych, komiksach, kreskówkach, reklamach i programach dla dzieci. Rekordy popularności bije w Japonii „Mushiking: król żuków” – zabawa, która polega na kolekcjonowaniu kart z obrazkami chrząszczy, służących do gry w ulicznych automatach (sprzedano już ponad 160 mln kart). Owady zainspirowały też twórcę serii gier Pokémon Satoshiego Tajirę oraz ojca mangi Tezuka Osamu, który tak kochał owady, że swój pseudonim artystyczny przybrał na ich cześć (jeden ze znaków tworzący nazwisko Osamu czyta się mushi, czyli insekt).

 

Pochwała ulotności
Japońskie lato, upalne i wilgotne, to pora roku idealna dla owadów. Kiedy przyleciałam do Japonii po raz pierwszy, był sierpień i od razu ogłuszył mnie dźwięk cykad, tzw. semi. Długo nie mogłam się do nich przyzwyczaić. Są ogromne, głośne i przerażające, niektóre dwa razy większe od kciuka. Często wpadają do mieszkania i tłuką się o ściany jak opętane, wydając odgłos jęczącego człowieka. Latem w japońskich domach mnożą się też karaluchy, sporo jest komarów. Nigdy jednak nie słyszałam, żeby jakiś Japończyk narzekał na robactwo. „Jeden jedwabnik to jedna dusza, pół jedwabnika to pół duszy” – mówi stare japońskie porzekadło. Jak w kulturach zachodnich relacja Boga, człowieka i natury jest hierarchiczna – z Bogiem na szczycie, człowiekiem poniżej i naturą na dole, tak w Japonii te wymiary się przenikają. Zarówno w buddyzmie, który jest tu szeroko praktykowany, jak i w tradycyjnej japońskiej religii szinto, wszystko na świecie, czy to roślina, owad czy zwierzę, ma duszę i dlatego należy mu się szacunek. Nie ma lepszych i gorszych, wszyscy są równi. To dlatego Japończycy od setek lat praktykują najrozmaitsze ceremonie na cześć owadów – świętują na przykład moment transformacji gąsienicy w jedwabnika. Nawet utrapienie japońskich mieszkań, wszędobylski karaluch, nazywany jest Panem Karaluchem (jap. gokiburi-san). „Możemy wiele się nauczyć od owadów, bo to świat taki jak nasz, tylko w mikroskali” – tłumaczy dr Takeshi Yoro, japoński entomolog i filozof.

 

W latach 80. XX wieku Tadanobu Tsunoda sformułował teorię, według której tylko mieszkańcy Japonii są w stanie w pełni docenić dźwięki produkowane przez owady i zwierzęta, ponieważ przetwarzają je w lewej półkuli mózgowej. Te rewelacje zostały wprawdzie obalone przez zachodnich naukowców, ale książki Tsunody, m.in. bestseller „Japoński mózg”, wciąż sprzedają się znakomicie. Filozofowie tłumaczą, że pochylenie nad światem roślin i zwierząt ma swoje źródło w japońskiej estetyce, która bardziej niż doskonałość i trwałość ceni ulotność i niedokończenie. To podejście ma swoje specjalne określenia: wabi-sabi, które często tłumaczy się jako pochwałę prostoty, oraz mono-no-aware, czyli odnalezienie szczęścia w przemijalności rzeczy. To dlatego wiosną cały kraj zatrzymuje się na chwilę, żeby zachwycić się kwitnącymi kwiatami wiśni. Ludzie spotykają się w parkach i ogrodach, żeby wspólnie poobserwować spadające płatki. Ten widok jest dla nich tym piękniejszy, ponieważ wiedzą, że za chwilę już go nie będzie. Tak samo jest z owadami, które żyją kilka dni albo przelatują
nad uchem, by po sekundzie zniknąć.