Historia pewnej willi, jej właściciela, który marzył o karierze politycznej, i gangstera znanego pod pseudonimem dziad. Jak mafia budowała III RP?


Na ogrodzeniu od kilku lat wisi oferta: „Sprzedam, wynajmę”. I numer telefonu. Męski głos informuje: – Dom 1200 metrów kwadratowych, działka 4,5 tysiąca metrów. Cena 350 tysięcy dolarów. – Do negocjacji? Głos: – Nie!


Sołtys wsi Prace Duże (między Piasecznem a Tarczynem): – Tam jakiś Ruski mieszka, nawet miły człowiek. Ale dom ponoć należy do samego... pana Niewiadomskiego.


Pan Niewiadomski to słynny domniemany Dziad, okrzyczany bossem mafii wołomińskiej, od 1999 r. za kratkami. Tam też dokonał swego żywota – zmarł nagle na wylew krwi do mózgu podczas gry w ping-ponga w świetlicy Zakładu Karnego w Piotrkowie w 2007 r. W swojej książce „Świat według Dziada” tak wyjaśnił kwestię willi w Pracach Dużych: „Pałac przejąłem legalnie za długi”. Od kogo? To przemilczał.


Szeroki  gest Tadeusza


Dom w Pracach Dużych powstał na początku lat 90. Wybudował go Tadeusz Maćkowiak, dobiegający wówczas 50-ki biznesmen z branży szkła zespolonego. W szkle działał krótko, bo ten interes dopiero w Polsce raczkował, ale z biznesem był za pan brat od dzieciństwa. Jego ojciec miał bowiem w Polsce Ludowej warsztat samochodowy, co zaliczało go do ścisłej elity prywaciarzy.


Marzeniem Maćkowiaka było pole golfowe. Pochodził z Piaseczna, okolicę znał jak własną kieszeń. W Pracach Dużych (10 kilometrów od rodzinnego domu) wypatrzył kilka niezłych działek. Kupił je za grosze, bo ludność Prac Dużych jeszcze się w kapitalizmie nie odnalazła i swoje dobra wyceniała według taryf z PRL-u.


Na jednej działce (ok. 20 ha) miało powstać pole do golfa. Na innej (4,5 tys. m kw.) – dom.


Dom? Nie, to za mało. Maćkowiak zamówił u architekta projekt pałacu. 1200 m kw. powierzchni, dach z zielonej blachy miedzianej, wewnątrz kilkanaście salonów, sypialnie, wszystko w stylu eklektycznym, przez złośliwych zwanym nowobogackim. Tadeusz Maćkowiak bowiem lubił zadawać szyku. To robiło naprawdę duże wrażenie.


Były wspólnik Maćkowiaka (od szkła zespolonego) Maciej Sz.: – Firmą interesował się mało, natomiast bez przerwy potrzebował pieniędzy. Żył ponad stan, jeździł jednym z pierwszych w Warszawie jeepów Cherokee, bywał na salonach i popisywał się szerokim gestem.


Gest był niezbędny, ponieważ Tadeuszowi, jak zapamiętali jego dawni znajomi, imponował świat polityków. Na początku lat 90. XX w. partie polityczne były przeważnie biedne jak mysz kościelna, chętnie korzystały więc z pomocy krążących w ich orbicie biznesmenów. Nasz bohater sobie tylko znanym sposobem zyskał przychylność decydentów. Do tego stopnia, że otworzył biuro swojej firmy M.T. Team w siedzibie Ministerstwa Kultury przy ul. Trębackiej. Ale bardzo trudno było mu pogodzić brylowanie na politycznych salonach z kosztowną budową własnego.


Dziad  i gwiazdy biznesu


Podczas kiedy Maćkowiak szykował się do budowy we wsi Prace Duże, Henryk Niewiadomski żył w rodzimych Ząbkach tak, jak lubił. Hodował gołębie i obracał nielegalnym spirytusem. Zwano go Dziadem (policjanci i dziennikarze) albo Heńkiem (grono przyjaciół). Sam przyznawał się do pseudonimu Garbus.


Na spirytusie zarobek był niezły. Podczas wywiadu dla cyklu TVN i „Polityki” „Alfabet mafii” Niewiadomski opowiadał, że głównie na spirytusie dorobił się 4 milionów dolarów (później jego majątek oszacowano na 20 mln dolarów). „Dla niektórych to mało, ale dla mnie dużo” – mówił skromnie. W rozmowie z niżej podpisanym (lipiec 2005 r. – sala widzeń Aresztu Śledczego w Radomiu) ujawnił, że kiedy był już majętnym człowiekiem, miewał propozycje od pewnych polityków: – I z lewej, i z prawej strony, ale tych z lewej było więcej – mówił. Najlepsze interesy robił z Ireneuszem Sekułą, który poza działalnością w SdRP handlował wtedy spirytusem. – Przyjeżdżał pod mój dom nad ranem i zakrywał twarz kapeluszem. Był świetnym kontrahentem, bywało, że dawał mi naraz w komis trzy tiry gorzały. Nigdy nie kłócił się o natychmiastową zapłatę.


Niewiadomski nie krył, że niektórzy politycy dopraszali się pieniędzy na swoje partie czy kampanie wyborcze, ale żadnemu grosza nie dał. Co innego pożyczyć. Pożyczyć mógł każdemu.


Pożyczek udzielał przez swój lombard w Ząbkach. Trafiali tam różni klienci. Trafił też Maćkowiak. – Gwałtownie potrzebował kasy – wspominał Niewiadomski. – To mu dałem, znaczy pożyczyłem. Ile? A było tego ze dwa miliardy starych złotych.


Dziad nie pamiętał, jak zapoznał pana Tadzia (tak o nim mówił). Chociaż znajomość była pobieżna, pieniądze pożyczył mu bez obaw. Pan Tadzio był w Warszawie znaną postacią, biznesmenem pełną gębą. – Opowiadał, że lada moment dostanie w banku wysoki kredyt – relacjonował. – Czy mu wierzyłem? A czemu miałem nie wierzyć? Przecież ten kredyt miał mu załatwić sam ówczesny premier Jan Olszewski. Tak przynajmniej ten Maćkowiak sprawę przedstawiał.


Weksel poręczający pożyczkę w lombardzie Dziada wystawił Maćkowiakowi Feliks Siemienias, wówczas gwiazda biznesu. – Ja to za dobrze nie wiedziałem, kto to taki, ten Siemienias – wyjaśniał Niewiadomski. – Ale wyglądał jak trzeba, przyjechał rolls-royce’em i opowiadał, że samemu Reaganowi podarował 50 tys. dolarów. Weksel wziąłem, opiewał na 120 tys. dolarów, mam go do dzisiaj.


Łysi pytają  o Prezesa


Początek lat 90. XX w. był dla Maćkowiaka okresem prosperity. Założył Chrześcijański Klub Przedsiębiorców. Biuro w budynku Ministerstwa Kultury i prezesowanie w ChKP to tylko pierwsze kroki do spełnienia ukrytego marzenia. Znajomym zwierzał się, że przymierza się do kariery politycznej. Twierdził, że dotuje kilka partii i ma tam oddanych przyjaciół. Dotarł też na listę stu najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”. I przez dwa lata, w 1992 i 1993 r., zajmował na tej liście odpowiednio 56. i 41. miejsce. Co ciekawe, w pozycji „majątek” podawano „brak danych”. Ale cytowane przez tygodnik dossier pana Maćkowiaka i tak było imponujące: „właściciel »M.T. Team Holding Corp. Ltd.«z przedstawicielstwami w Sankt Petersburgu i Kaliningradzie; wydawnictwo »Verba« (wydawca książek m.in. K. Brandysa,   M. Janion i S. Lema) dysponujące własną nowoczesną bazą poligraficzną; główne przedsiębiorstwo »G.T.« produkujące szkło zespolone; obroty holdingu   100 mld st. zł; Tadeusz Maćkowiak jest prezesem Chrześcijańskiego Klubu Przemysłowców”.


Ale to wspomniany wyżej Maciej Sz. był faktycznym właścicielem firmy produkującej szkło zespolone. – Do 1993 r. prowadziliśmy wspólnie spółkę komandytową. Wnieśliśmy po 40 proc. udziałów, to było po 50 tysięcy dolarów – wspomina. Trzecim wspólnikiem był pewien obywatel Kanady. Maciej Sz. z Tadeuszem znał się od wielu lat, bo ten ożenił się z jego koleżanką z klasy. Charakteryzuje byłego wspólnika następująco: uroczy facet, świetny kompan, ale dopiero wspólny biznes pomógł poznać jego prawdziwą twarz. Tak naprawdę Maćkowiak był urodzonym hochsztaplerem. Zapożyczał się, gdzie mógł, i z długów już się nie wygrzebał. Kiedyś przyjechało do firmy dwóch charakterystycznych panów, bardzo umięśnionych. Dopytywali się o Maćkowiaka. – Byli od tego słynnego Dziada z Ząbek. Chcieli odzyskać dług – mówi Maciej Sz. – Tak się wystraszyłem, że zerwałem spółkę. Przejąłem udziały Tadzia za zadłużenie, jakie miał w firmie.


Kierowca  z długą pamięcią


Polityk Przemysław na początku lat 90. przeszedł z PAX-u do Porozumienia Centrum. – Pan Maćkowiak kręcił się w orbicie naszej partii, założył sympatyzujące z PC stowarzyszenie przedsiębiorców. Ale coś musiało się wydarzyć, bo nagle przestał się w naszej siedzibie pokazywać.


Chrześcijański Klub Przedsiębiorców zrzeszał kilkudziesięciu biznesmenów, ale tak naprawdę aktywnie działał jedynie prezes Maćkowiak. – Bywał u nas jeszcze w Pałacu Blanka, najchętniej podczas rautów z udziałem polityków. Miał ulubione powiedzonko: „Dla mnie słowo ważniejsze od pieniędzy” – wspomina jeden z członków Polskiej Rady Biznesu. Inny biznesmen Jacek Ligaszewski pamięta, że pan Maćkowiak chwalił się, iż w wyborach 1993 r. wystartuje do Sejmu. – Ale chyba nie wystartował, bo w czasie wyborów nagle znikł, razem z 40 tys. marek, które mu pożyczyłem – mówi.


– Pan Tadeusz miał znaleźć się w sejmie z listy bloku Zjednoczenie Polskie – twierdzi Adam Nowak (na prośbę zainteresowanego imię i nazwisko zmienione), były kierowca Maćkowiaka. – Ale ten zamiar mu się nie powiódł.


Pan Nowak na początku lat 90. stracił pracę, bo firma, w której był zatrudniony, upadła. Poprosił o pomoc dawnego znajomego z PAX-u Przemysława Hniedziewicza. – Poleciłem go panu Maćkowiakowi – przypomina sobie Hniedziewcz.


Rekomendacja była skuteczna, bo Adam Nowak dostał robotę. – Byłem u pana Tadzia trochę kierowcą, a trochę gońcem – opowiada. – Bodajże w maju 1992 r. dał mi zlecenie, aby pojechać do lombardu w Ząbkach i odebrać od jego znajomego pieniądze w kopercie. Tak poznałem pana Henia Niewiadomskiego, którego nazywano Dziadem.


Był to czas, kiedy Maćkowiak zmagał się z budową pałacu w Pracach Dużych. Adam Nowak wielokrotnie jeździł do Ząbek, woził do lombardu jakieś teczki z dokumentami, a od pracownika Dziada odbierał inne teczki albo koperty. – Domyślałem się, że w niektórych były pieniądze – wspomina Nowak. I ujawnia istotny szczegół. W czasie kiedy jako goniec Maćkowiaka często bywał u Dziada, dotarł do niego jeden z oficerów Komendy Stołecznej Policji. Nowak wyznaje, że został przez policjanta zwerbowany, miał donosić na Dziada. Dlatego z determinacją wdzierał się w łaski Henryka Niewiadomskiego. Czynił to skutecznie, Dziad polubił go. – Byliśmy po imieniu, poznałem jego rodzinę. Raz pożyczyli mi nawet pieniądze, a potem wcale nie domagali się zwrotu – wspomina.


Twierdzi, że w biurze Maćkowiaka przy ul. Trębackiej bywali znani politycy. Wymienia m.in. Jana Olszewskiego i Jana Parysa. – Kiedyś, to był maj 1993 r., pan Tadzio kazał mi jechać do Dziada, odebrać przesyłkę i zawieść na ulicę Piękną pod numer bodajże 31 – kontynuuje. – Jechałem własnym maluchem, a za mną swoim wozem jechał kolega pana Tadzia, pan Rysio, były esbek, a wtedy właściciel firmy ochroniarskiej. On mnie wyraźnie pilnował albo ubezpieczał, sam już nie wiem. Z lombardu pana Dziada wziąłem kopertę, to chyba były jakieś dokumenty i zawiozłem na Piękną. Nawet trochę się zdziwiłem, bo tam było biuro poselskie ZChN. Kopertę przekazałem jakiemuś mężczyźnie, chyba pracownikowi tego biura.


Według Nowaka biuro należało do posła Antoniego Macierewicza. Zapamiętał tabliczkę na drzwiach z jego nazwiskiem.


Pan Macierewicz sobie radzi


Antoni Macierewicz, w rozmowie z niżej podpisanym sprzed pięciu lat, nie przypomina sobie biznesmena Maćkowiaka. Nie pamięta też Chrześcijańskiego Klubu Przedsiębiorców. – Powiem z ubolewaniem, że biznesowe zaplecze mojego ugrupowania było nieznaczące. Biuro na Pięknej miałem zaledwie do czerwca 1992 r. Na pewno nie nadeszła tam żadna przesyłka ani od pana Maćkowiaka, ani od właściciela lombardu w Ząbkach – dementuje.


Dodaje, że w Ząbkach znał tylko jednego człowieka, Henryka Goryszewskiego, z którym przez krótki czas działał w jednej partii (ZChN). – Co ciekawe, kiedy odszedłem z ZChN, musiałem opuścić biuro poselskie na Pięknej. I, jak pamiętam, te pomieszczenia przejął inny poseł z Ząbek, bliski współpracownik pana Goryszewskiego. Mogło być tak, że przy drzwiach pozostała jeszcze jakiś czas wywieszka z moim nazwiskiem.


Jan Olszewski, były premier i twórca Ruchu dla Rzeczypospolitej, jak przez mgłę przypomina sobie Tadeusza Maćkowiaka.


– Był chyba prezesem jakiegoś stowarzyszenia przedsiębiorców. Trafiały do mnie jakieś pisma od nich – mówi. – W tamtych latach kręciła się przy politykach masa dziwnych ludzi podających się za biznesmenów. A my nie mieliśmy żadnego rozeznania w środowisku przedsiębiorców.


Jan Olszewski zaprzecza, jakoby był z panem Maćkowiakiem w zażyłych stosunkach. – A już na pewno nie obiecywałem mu pomocy z załatwieniu kredytu, nikomu w takich sprawach nie pomagałem – zapewnia.


Henryk Niewiadomski, czyli Dziad, w swojej książce dał wyraz sympatii dla Macierewicza (i przy okazji Leppera). Napisał: „Środowiska złodziei w białych kołnierzykach, z lewa i z prawa bez różnicy, walczą z posłami Antonim Macierewiczem i Andrzejem Lepperem. Kolejne rządy próbują z pomocą sprzedajnych mediów robić z nich ludzi nieodpowiedzialnych. Pan Macierewicz dobrze sobie z tym radzi”.


Niewiadomski pamiętał, że Maćkowiak często przez kierowcę przysyłał do jego lombardu jakieś dokumenty. – Na przykład plany pola golfowego – mówił. – W zamian brał od mojego pracownika jakieś koperty, ale ja w tej wymianie nie uczestniczyłem. Na temat przesyłki do biura poselskiego niczego panu nie powiem. Niech będzie, że nie pamiętam.


Ale jedno zapamiętał dobrze. Kiedy przejął pałac w Pracach Dużych, podłogi w salonach zalegały stosy dokumentów. – Jakieś kwity „Solidarności”, teczki z nazwiskami, całe archiwum – mówił. – Co z tym zrobiłem? Nic. Spaliłem ze śmieciami.


Szukać,  aby nie znaleźć


Tadeusz Maćkowiak nie spłacił pożyczki wziętej od Dziada. Dogadali się jednak. Henryk Niewiadomski dopłacił mu około 100 tys. dolarów i u notariusza przepisali własność nieruchomości w Pracach Dużych (i dodatkowo 24 hektary w Prażmowie). Dziad przejął pałac. – Stratny raczej nie byłem – nie krył satysfakcji. – Gorzej wyszedł na znajomości z Maćkowiakiem mój brat Wiesiek.


Wiesław Niewiadomski znany pod pseudonimem Wariat (zginął zastrzelony w 1998 r.) na początku lat 90. XX w. siedział w niemieckim areszcie. Maćkowiak obiecał, że za 50 tys. dolarów załatwi mu zwolnienie. Forsę dostał, ale nic nie załatwił.


Dziad nie zamierzał przeprowadzać się do pałacu, wolał stare kąty w Ząbkach. – Wystawiłem go na sprzedaż. Zgłosił się jeden Rusek, taki Siergiej. Dał zaliczkę i zamieszkał w Pracach Dużych – opowiadał. – Ale reszty już nie dopłacił. Dlatego ponownie wystawiłem dom na sprzedaż. Przez telefon rozmawiał pan z moim pełnomocnikiem. Cena chyba nie jest wygórowana?


Bohater Leppera


Tadeusz Maćkowiak na przełomie 1993 i 1994 roku wyjechał z Polski do USA. Znikł w samą porę, bo Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście wystawiła za nim list gończy. Podejrzewano go o wyłudzenie z jednego z banków kilkuset milionów starych złotych. W tym samym czasie poszukiwało go kilka innych prokuratur z terenu całego kraju. – Wiem, że rozpytywali o niego prokuratorzy z Mazur i Pomorza – ujawnia były wspólnik Maciej Sz. W 1994 r. swoje śledztwo wszczęła prokuratura w Koninie. – Był prezesem działającej w naszym mieście firmy „Dobra” i doprowadził do strat w wysokości 1,3 mld st. zł na szkodę współudziałowców tej spółki – mówi prokurator z Konina. – Z naszych informacji wynika, że opuścił Polskę. Wysłaliśmy za nim list gończy.


Dowcip polega na tym, że wszystkie prokuratury, wiedząc, iż Tadeusz Maćkowiak przebywa za granicą, rozsyłały za nim zwykłe listy gończe, a nie międzynarodowe.


– Dopiero na samym początku 2005 roku zwrócono się do Interpolu o ustalenie miejsca pobytu pana Maćkowiaka, a w kwietniu warszawska Prokuratura Okręgowa dostała polecenie wdrożenia poszukiwań międzynarodowych – informuje prokurator z wydziału obrotu prawnego z zagranicą Prokuratury Krajowej. Informację o ściganiu 68-letniego dzisiaj TadeuszaMaćkowiaka umieszczono na policyjnej witrynie „Poszukiwani”. Figuruje tam nadal.


W jednej z pierwszych książek wysławiających imię Andrzeja Leppera (Jan Ul, „Samoobrona – Dlaczego? Przed czym?”) zawarto fragment chwalący Tadeusza Maćkowiaka za to, że wydał cenną i ważną książkę pt. „Rugina kontra Sachs”. Owa pozycja to próba dyskredytacji planu Balcerowicza. Maćkowiak we wstępniaku pisze tak: „Głęboki niepokój budzi uprawiana przez system bankowy polityka kredytowa, która doprowadza często do ruiny wiele mających szanse prosperowania firm prywatnych”.


Sam jednak na politykę kredytową nie powinien narzekać. Wziął kredyty w kilku bankach i u pana Niewiadomskiego z Ząbek, zwanego przez media domniemanym Dziadem. Co zrobił z pieniędzmi, nie wiadomo. Prawdopodobnie część pochłonęła budowa domu, ale sporo, jak twierdzą jego współpracownicy, zainwestował, dofinansowując partie polityczne. Nie udało mu się zostać posłem. Długów już nie spłacił, uciekł z kraju. Stracił jedynie dom i dobre imię. W pamięci wielu osób pozostał jako człowiek z mocnymi koneksjami. Gdyby dziś jakaś komisja śledcza chciała te koneksje zbadać, niektórzy musieliby gęsto się tłumaczyć z tego, co zrobili, i z tego, czego nie zrobili. Ta historia może zabrzmieć jak memento: w Polsce każdy na każdego ma jakiegoś haka. W tym przypadku luki w pamięci świadków – to dobra wiadomość dla polityków: powodują, że podobnie jak Dziad jest tylko domniemany, tak i haki mogą być już mocno zardzewiałe.


Autor: Piotr Pytlakowski - reportażysta „Polityki”, publikował także  m.in. w „Gazecie wyborczej” i „Życiu warszawy”. Laureat nagrody Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze. Współautor książki

„alfabet mafii”. Współscenarzysta serialu „odwróceni”.