Claire Sylvia,  której przeszczepiono serce młodego motocyklisty, po operacji nabiera niezwykłej ochoty na nielubiane wcześniej piwo. Chora na mukowiscydozę Dottie O’Connor, cierpiąca niegdyś na lęk wysokości, pozbywa się go całkowicie, gdy jej życie ratuje transplantacja płuc pobranych od alpinisty. Ośmioletnia dziewczynka, w której piersi zaczęło bić serce dziesięciolatki, jest nawiedzana przez wizje gwałtownej śmierci dawczyni. Badacze zjawiska nazwanego pamięcią komórkową czy pamięcią narządów odnotowali nawet przypadek zmiany orientacji seksualnej – u 27-letniej lesbijki, która po zabiegu postanowiła związać się z mężczyzną. Przyczyną miało być jej nowe, oczywiście heteroseksualne serce.

Takie opowieści krążą od lat po świecie. Dla jednych są pseudonaukowym wymysłem, dla innych – dowodem na istnienie mniej czy bardziej materialnej duszy albo energii życiowej, wypełniającej cały organizm. A jednak pytanie o to, co mogą „pamiętać” nasze narządy czy wręcz poszczególne komórki, jest coraz częściej zadawane przez jak najbardziej poważnych naukowców. Tyle że odpowiedź na nie daleko wykracza poza przeszczepową mitologię.

Oto są ręce mordercy

Owa mitologia jest zresztą starsza niż sama transplantacja. Pierwsze udane zabiegi przeszczepienia dużego narządu – konkretnie nerki – rozpoczęły się w latach 50. XX wieku; tymczasem już w 1921 r. rozgłos zdobyła powieść „Ręce Orlaka” autorstwa Maurice’a Renarda. Trzy lata później na jej podstawie nakręcono film o pianiście, któremu przeszczepiono dłonie mordercy, popychające go do zbrodni. Od tamtej pory powstało wiele horrorów, w których zbuntowane lub nawet oddzielone od ciała narządy są sprawcami rzeczy zarówno strasznych (jak w „Ręce” Olivera Stone’a), jak i zabawnych (niejaka Rączka będąca członkiem upiornej „Rodziny Addamsów”). Nie brak również romansów, w których przeszczepione serca skłaniają biorców do pokochania nieznanych wcześniej osób.

Motyw wydaje się ograny, ale kryje w sobie kwestię o podstawowym znaczeniu dla naszej tożsamości. Ta kwestia pojawia się chociażby w mojej ulubionej ekranizacji „Frankensteina”, którą wyreżyserował Kenneth Branagh w 1994 r. „Co z moją duszą? Czy ją mam? Czy może tę część pominąłeś? Kim byli ci, z których powstałem? Dobrymi ludźmi? Złymi ludźmi?” – pyta stwór powołany do życia przez tytułowego bohatera. Trzymając w rękach flet, dodaje z goryczą: „Wiedziałeś, że umiem na tym grać? W której części mnie znajduje się ta wiedza? W tych rękach? W tym umyśle? W tym sercu?”.

Takie pytania musiała zadawać sobie nie tylko Mary Shelley, twórczyni oryginału tej historii, ale i wielu myślicieli czy artystów przed nią. Wnioski, do których dochodzili, trudno dziś uznać za sensowne. W Europie przez stulecia za siedzibę duszy, uczuć i  esencji życia uznawano serce. Chińczycy z kolei faworyzowali wątrobę. „Jest to nawet bliższe danym biologicznym, bo serce to właściwie tylko pompa. Tymczasem wątroba pełni szalenie złożone funkcje, wpływa na biochemię całego organizmu” – mówi dr Anna Jakubowska-Winecka, kierownik Zakładu Psychologii Zdrowia w Centrum Zdrowia Dziecka. Dziś jednak wiemy, że to mózg – nazywany pogardliwie przez dawnych uczonych zbiornikiem śluzu czy miską twarogu – przechowuje nasze wspomnienia, upodobania czy emocje. Skąd więc pomysł, że pamięć może znajdować się także w innych częściach naszego ciała?

Co ci w szpiku gra?

Wytłumaczeń pseudonaukowych nie brakuje. Co  gorsza, ich autorzy nieraz podpierają się całkiem rzetelnymi odkryciami. Prof. Candace Pert twierdzi, że pamięć jest utrwalana dzięki peptydom – krótkim łańcuchom aminokwasów, obecnym nie tylko w mózgu, ale i w innych narządach. A skoro tak, to własne wspomnienia może mieć także trzustka, gałka oczna czy nawet wyrostek robaczkowy. Inni zwolennicy hipotezy pamięci narządów wskazują na wewnętrzne układy nerwowe – sieci neuronów oplatające poszczególne organy, które mogą mieć pewną autonomię, a zarazem komunikują się z mózgiem. Są też i tacy specjaliści jak akupunkturzysta Attilio D’Alberto, który fenomen ów tłumaczy karkołomnym połączeniem tradycyjnej chińskiej medycyny z fizyką kwantową.

Prawda jest o wiele bardziej prozaiczna. „Po przeszczepie życie chorego bardzo się zmienia. Był bliski śmierci, nierzadko przez wiele lat zmagał się z chorobą i czekał na ratunek. Potem przechodzi poważną operację. Musi zażywać leki immunosupresyjne, które zapobiegają odrzuceniu narządu, ale wpływają też na pracę mózgu” – wylicza dr Jakubowska-Winecka. Nic więc dziwnego, że pojawiają się nowe zachowania czy upodobania. Rygorystycznie prowadzone badania wykazały jednak, że nie ma tu żadnych reguł. Niektórzy pacjenci próbują korzystać z życia na wszelkie sposoby, inni stają się przesadnie ostrożni. I nie ma to żadnego związku z cechami osoby, od której pochodził narząd, ale dla wielu właśnie takie wytłumaczenie jest bardzo wygodne. Tym bardziej że np. w Polsce bardzo trudno jest dojść, kto był dawcą, i najczęściej biorcom pozostają tylko domysły.

Hipoteza pamięci narządów nie wytrzymuje też konfrontacji z prostymi „eksperymentami”, które obserwują na co dzień lekarze na całym świecie. Skoro wspomnienia mogą być zapisane np. w ręce czy nodze, osoby po amputacji powinny cierpieć na jakąś formę amnezji. Podobnie byłoby w przypadku tych, którzy przeszli chociażby operację wycięcia okrężnicy, bo to w jelitach znajduje się drugie co do wielkości skupisko tkanki nerwowej w organizmie człowieka. Teoretycznie więc nawet wyrostek robaczkowy, którego zostałem kiedyś pozbawiony, powinien zabrać ze sobą część moich wspomnień (niestety, było wręcz odwrotnie – paskudnego bólu po operacji nie zapomnę chyba nigdy).

 

Znaczące jest również to, że nie spotyka się opowieści o przeszczepie wspomnień u osób, które przeszły mniej „namacalne” transplantacje – chociażby szpiku. Główną rolę odgrywają tu albo części ciała wiązane tradycyjnie z uczuciami, takie jak serce, albo te dobrze widoczne – jak dłonie. Nie ma jednak powodu, aby właśnie one miały być obdarzone wyjątkowo dobrą pamięcią. Ta cecha jest bowiem uniwersalna dla wszystkich komórek naszego ciała. 

Darwin się mylił!

Zaraz, zaraz – to jednak istnieje coś takiego jak pamięć komórkowa? Owszem, choć nie jest to jeszcze wiedza na tyle powszechna, by podchwycili ją łowcy legend związanych z przeszczepami. A jej korzenie sięgają początków XIX wieku, bo właśnie wtedy Jean Baptiste de Lamarck ogłosił swoją wersję teorii ewolucji. Jednym z jej założeń było dziedziczenie cech nabytych – jeśli środowisko wpłynęło jakoś na organizm, to wpływ ten przenosi się na kolejne pokolenia. Jeśli np. żyrafa wyciąga szyję, by sięgnąć do wysoko położonych liści, jej szyja się wskutek tego wydłuża i tak samo będzie wyglądać jej potomstwo.

Jednak prace Karola Darwina, a później Gregora Mendla wykazały, że Lamarck się mylił – ewolucję napędzają mutacje w DNA komórek, podlegające później selekcji naturalnej w środowisku. Przez wiele dziesięcioleci ten dogmat był niepodważalny, a uczeni spierali się tylko o to, czy większą rolę odgrywają geny, czy warunki środowiskowe. Dopiero w połowie XX wieku pojawiły się pierwsze koncepcje wskazujące na trzeci element, łączący dwa poprzednie. Były nim tzw. czynniki epigenetyczne – chemiczne modyfikacje DNA powstające pod wpływem środowiska, w którym komórka żyje.

Gdybyśmy porównali nasz  genom do wielkiej księgi z „przepisem na życie”, epigenom byłby swoistą cenzurą jej treści, stosowaną najczęściej w szlachetnym celu. Aby dana komórka pełniła swoją rolę np. w wątrobie, musi zostać odczytana tylko ściśle określona część zawartych w niej genów, a reszta ma pozostać nieaktywna. Jednak zmiany epigenetyczne mogą też doprowadzić do poważnych błędów. 

Co więcej, mogą one zostać przekazane następnym pokoleniom. Wygląda więc na to, że Lamarck miał przynajmniej trochę racji.

Komórkowe wspomnienia

„Istnieją wrażliwe fazy w życiu, podczas których epigenomy są szczególnie podatne na impulsy zewnętrzne. Jedną z takich faz jest okres przebywania dziecka w łonie matki i krótko po narodzinach” – pisze Peter Spork w książce „Drugi kod”. Dlatego właśnie okres prenatalny może wywierać tak wielki wpływ na dalsze życie człowieka. Równie ważne jest dzieciństwo i  okres dojrzewania, ale nawet zupełnie dorośli ludzie podlegają wpływom epigenetycznym. Nasze komórki zapamiętują, co jemy, jak bardzo się stresujemy, jaki tryb życia prowadzimy – i wszystko to wpływa na ich funkcjonowanie.

Z jednej strony jest to wielka zaleta. Ewolucja oparta na DNA działa powoli, na przestrzeni wielu pokoleń i setek czy tysięcy lat. Procesy epigenetyczne zachodzą szybciej, pozwalając nam na elastyczne dostosowanie się do zmian zachodzących w  środowisku. Z drugiej strony błędy są tu równie nieuniknione jak w genetyce. Wiele mutacji DNA jest szkodliwych czy wręcz zabójczych dla organizmu. Dziś wiemy też, że liczne schorzenia – od nowotworów po choroby psychiczne – to wynik nieprawidłowości epigenetycznych. Co więcej, mogą one dotknąć nie tylko nas. 

Kiedyś wydawało się, że komórki jajowe i plemniki są „czyszczone” z informacji epigenetycznej. Jednak badania prowadzone w szwedzkim Överkalix wykazały m.in., że jeśli dziadek miał pod dostatkiem jedzenia, to jego wnuki częściej chorują na cukrzycę. A  mechanizm tego dziedziczenia opiera się właśnie na epigenomie. Można się więc zastanawiać, czy narząd przeszczepiony od innej osoby będzie pamiętał coś innego niż nasz. Praktyka jednak wykazuje, że takie dane nie są tak szczegółowe, jak wynikałoby to z legend. „Pamiętam pacjenta, który przeszedł z powodzeniem przeszczep nerki. Był twardym, zahartowanym góralem po pięćdziesiątce. I  kilka dni po operacji zapytał mnie: »Czy ja teraz będę mógł być mężczyzną? Bo dowiedziałem się, że ta nerka jest od kobiety, a przecież nerki są blisko sama pani wie, czego«. Zapewniłam go, że to żaden problem i jak tylko wyjdzie ze szpitala, będzie mógł się o tym przekonać” – mówi dr Jakubowska-Winecka. Takie nastawienie pacjenta może być jednak groźne, o czym świadczy przykład Clinta Hallama. W 1998 r. jako pierwszy pacjent na świecie otrzymał przeszczep dłoni z przedramieniem. Nie potrafił jednak zaakceptować „obcej” ręki – przestał brać leki immunosupresyjne, a w 2001 r. poprosił o jej chirurgiczne usunięcie.


W gronie wybrańców

Transplantolodzy przyznają, że takie problemy mają czasem miejsce, ale tak naprawdę stanowią margines. Rzadko się zdarza, by ciężko chory człowiek nie zgadzał się na przeszczep. Znacznie poważniejszy problem to mity, które pokutują wśród zdrowych osób. „Ludzie nadal często myślą, że lekarze zabijają dawców albo nie ratują tych, którzy mają przy sobie oświadczenie woli zawierające zgodę na pobranie narządów. Są tacy, którzy uważają, że oddanie szpiku jest bolesne lub że krew u krwiodawcy nie regeneruje się” – wylicza Paweł Klikowicz, jeden z koordynatorów kampanii Dawca.pl. Choć transplantacje są akceptowane czy wręcz wspierane przez lwią część światowych religii, wielu z nas nadal sądzi, że jest to coś nieestetycznego, niegodnego, wręcz niemoralnego.

 

Tymczasem przeszczepy będą nam coraz częściej niezbędne. Żyjemy dłużej, co oznacza, że zapadamy na przewlekłe choroby, które w schyłkowej fazie można wyleczyć tylko w ten sposób. Hodowanie narządów w laboratorium czy pobieranie ich od zwierząt transgenicznych to nadal kwestia bliżej nieokreślonej przyszłości. Pozostaje nam więc tylko jedno rozwiązanie. „Z punktu widzenia prawdopodobieństwa każdy z nas ma o wiele większe szanse na zostanie biorcą niż dawcą narządu. Dawcy muszą być superzdrowi, muszą spełniać bardzo surowe kryteria. To prawdziwa elita i jeśli ktoś może się do niej dostać, powinien to zrobić, bo jest to coś wyjątkowego” – podkreśla dr Jakubowska-Winecka.

Do tej pory nie myślałem o tym w ten sposób. Postanawiam zarejestrować się wreszcie w bazie dawców szpiku. Moja wątroba zapewne do niczego się już nikomu nie przyda, ale nie znaczy to, że powinienem zapomnieć o tych, którzy mogą potrzebować takiej pomocy. I tylko taka „pamięć narządów” – pamiętanie o tych, którzy kiedyś będą ich potrzebować – naprawdę ma sens.