Faraon Ramzes II Wielki rozsiadł się na złotym tronie ustawionym w pobliżu syryjskiego miasta Kadesz, zajętego przez Hetytów. Czekał na posiłki, by rozpocząć oblężenie twierdzy oblanej wodami rzeki Orontes. Właśnie mijał piąty rok jego panowania (ok. 1274 r. p.n.e.). W obozie egipskim panował spokój – wszak jeńcy donieśli, że wojska króla Muwatalisa stoją 200 km dalej na północ. Nagle okazało się, że wróg znajduje się w odległości zaledwie 3 km! Ramzes nie miał wyboru, musiał stanąć do walki.

Odwagi, jestem z Wami!

Nie doszłoby do takiej sytuacji gdyby nie lekkomyślność władcy, którego rozpierała energia. Główne siły Egipcjan podążały w kierunku Kadesz wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego. Tymczasem faraon wybrał cztery doborowe oddziały, noszące imiona bogów (Amon, Re, Ptah, Set), i podążył do celu szybkim marszem przez Kanaan. Do Kadesz dotarł jedynie z oddziałem Amona, reszta żołnierzy pozostała w tyle. Natychmiast wysłano gońców z dramatycznym wezwaniem do pułków Re, Ptaha i Seta: „Spieszcie się! Faraon, wasz pan, staje do bitwy sam jeden!”. Ramzes nie zdołał nawet naradzić się ze swoimi wodzami – w trakcie obrad na równinie ukazały się hetyckie rydwany ścigające... oddział Re. Muwatalis rzucił do ataku rydwany bojowe, które najpierw rozbiły zaskoczony w marszu pułk, po czym pognały jego niedobitki wprost na niedokończony egipski obóz. Żołnierze z oddziału Amona spanikowali i rzucili się do ucieczki. Hetyci zaczęli otaczać faraona, który na próżno wzywał do walki. Na szczęście władca nie stracił głowy i – wraz ze swym wiernym woźnicą – wskoczył na rydwan. Wokół zebrała się garstka najwierniejszych towarzyszy. Przed atakiem Ramzes zwrócił się do swego boskiego protektora: „Wzywam cię, ojcze Amonie! Jestem wśród nieznanego tłumu. Wszystkie obce kraje sprzymierzyły się przeciwko mnie, a ja zostałem sam, nie ma przy mnie nikogo. Moje liczne wojska opuściły mnie i nikt z mych wojowników na wozach bojowych nie zatroszczy się o mnie. Mogę sobie krzyczeć do nich, i tak nikt nie słyszy mych wezwań!”. Wówczas sam Amon miał stanąć przy faraonie i przemówić: „Odwagi! Jestem z tobą! Jestem twoim ojcem i podam ci mocną dłoń. Więcej znaczę od stu tysięcy ludzi: jestem panem zwycięstwa i kocham męstwo!”. Wtedy Ramzes rzucił swój rydwan w sam środek hetyckiej armii. Ten desperacki manewr powtarzał sześciokrotnie, osobiście zabijając wielu wrogów. Nie na wiele by się to zdało, gdyby w krytycznym momencie na polu bitwy nie pojawiły się siły egipskich sojuszników z Syrii.

Zaskoczeni Hetyci zaczęli wycofywać się w kierunku Orontesu, za rzeką stały bowiem główne siły Muwatalisa. Ramzes, połączywszy resztki swego oddziału z nowo przybyłymi, uderzył na wroga. Hetyci w panice zaczęli przekraczać Orontes. W rzece ich rydwany wpadały na siebie, panował zgiełk i zamęt, konie tratowały żołnierzy. Wielu z nich zginęło, w tym dwóch rodzonych braci Muwatalisa, książę Aleppo zaś tak opił się wody, że później jego giermkowie wylewali ją z niego, trzymając go za kostki i potrząsając. Następnego dnia Ramzes bezskutecznie próbował rozbić piechotę Muwatalisa. Choć król Hetytów pod wrażeniem osobistego męstwa faraona zaproponował mu pokój na korzystnych warunkach, Egipcjanin odmówił i wrócił do kraju. Mimo to Ramzes uważał bitwę pod Kadesz za swój największy militarny sukces.  Relacje z przebiegu walk kazał umieścić na murach wielu świątyń. Nie ulega wątpliwości, że tylko osobista odwaga uratowała faraona, który stał się wzorem władcy osobiście walczącego na polu bitwy i zwyciężającego dzięki boskiej pomocy.

Tandeta dla turystów