Altruizm może  być niszczący. Bywa, że szkodzi zarówno osobie pomagającej, jak i tej, która tę pomoc otrzymuje. Co więcej, bezgraniczna bezinteresowność może być drogą na skróty do zaburzeń psychicznych, chociażby takich jak anoreksja, depresja czy współuzależnienie, które czasami staje się udziałem kobiet bitych przez mężów czy członków najbliższej rodziny alkoholików i narkomanów. Gdzie jest więc granica między dobrym a złym pomaganiem? „Robiąc coś dla innych ludzi, powinniśmy się interesować, czy rzeczywiście im pomogliśmy.

Ważna jest obiektywna ocena  skutków naszych działań. Żona alkoholika, która w  przypływie współczucia daje mu  kolejną butelkę wódki, z  pewnością następstw swego czynu nie ocenia racjonalnie. Nie wszystkie jednak działania, które zaliczymy do ciemnej strony altruizmu, są tak oczywiste” – mówi „Focusowi” Barbara Oakley, współautorka wydanej właśnie w Stanach Zjednoczonych książki „Pathological Altruism” („Patologiczny altruizm”). Wśród przedstawianych przez nią postaci jest człowiek prowadzący we własnym mieszkaniu przytułek dla bezdomnych kotów, pracoholiczka, anorektyczka, terrorysta-samobójca, a nawet żołnierz, który po powrocie z wojny nie przestaje się obwiniać, że spośród kilku przyjaciół z oddziału przeżył tylko on. 

 

Altruizm zdefiniowany

Altruizm zajmuje naukowców od czasów Darwina. Szczególnie w ostatnich latach bezinteresowne zachowania stały się modnym tematem badań psychologów, biologów, socjologów i neurologów. Zdolność do pomagania stanowi zagadkę w świecie rządzonym przez „kły i pazury”. Prawdziwie altruistyczni stajemy się, gdy świadczymy dobro komuś spoza własnej rodziny (czytaj: spoza własnej puli genowej) i nie możemy się spodziewać wzajemności. Każdy, kto ujmuje sobie, by zyskał inny (niespokrewniony osobnik), stawia się w kategorii przegranych w grze o biologiczny sukces. Ewolucja eliminuje gorzej przystosowanych – zgodnie z zasadami darwinizmu bezinteresowność nie ma racji bytu.

Skąd więc bierze się to poczucie radości, odczuwane o wiele silniej, gdy dajemy niż wtedy, gdy jesteśmy obdarowywani? Kiedy widzimy żebraka, rośnie w nas napięcie. Stres ustępuje, gdy w wyciągniętą rękę wkładamy monetę. To jeden z dowodów, że człowiek jest istotą wybitnie nastawioną na współdziałanie. I jak górnolotnie twierdzą naukowcy badający zachowania: altruistyczny impuls, który nami kieruje, nie jest zwieńczeniem korony człowieczeństwa, ale podstawą, na której człowieczeństwo budujemy.  

Neurobiolog jednak bezinteresowny gest będzie widział w zupełnie innym świetle. I z łatwością dowiedzie, że altruizm jest tylko dobrze zamaskowanym egoizmem. „Radość z pomocy żebrakowi wynika z faktu, że podczas dawania rośnie w mózgu poziom neuroprzekaźników odpowiedzialnych za przyjemność. Tych samych, które uwalniają się na przykład podczas brania narkotyków. Akt pomocy zawiera element egoizmu”  – mówi Barbara Oakley. Egoizmem przy pomaganiu innym kierują się także ludzie o  narcystycznej osobowości. „Często nie mają innego sposobu, by zwrócić na siebie uwagę” – dodaje Oakley. 

W kategoriach społecznych bardziej liczą się skutki niż motywy. Kiedy kolejny celebryta przeznacza olbrzymie sumy na dobroczynność, można oczywiście zapytać, po co to robi. Zapewne dla reputacji. Ale jakie znaczenie mają pobudki, skoro to działanie sprawia, że świat staje się lepszym miejscem?

Patologia dobroci

Akt pomocy, który nie trafia w rzeczywiste potrzeby, może nie mieć nic wspólnego z prawdziwą pomocą, jak bywa w wypadku osób trzymających w  mieszkaniach hordy zwierząt, najczęściej kotów (gdyż są małe, samowystarczalne i tanie). „Ci ludzie często doskonale funkcjonują w miejscu pracy. Są wśród nich nauczyciele, pielęgniarki, urzędnicy, a nawet weterynarze” – mówi dr Gary J. Patronek z Tufts University, który bada to zjawisko społeczne. Osoby te prowadzą podwójne życie. W  pracy są odpowiedzialne i świadome znaczenia higieny, po przekroczeniu progu domu zanurzają się w totalny chaos. Mieszkają w tłumie zwierząt niedożywionych albo wręcz ginących z powodu braku opieki. „Nie zauważają, że ich mieszkanie cuchnie, a zwierzęta są skrajnie wynędzniałe.

 

W ich oczach to szczęśliwy, pełen spokoju świat. Myślą nawet o sobie jak o wybawcach. To zaburzenie trudno leczyć, i też trudno ocenić jego częstotliwość” – przyznaje dr Patronek. Do wykrycia „domowego schroniska” dochodzi dopiero, gdy sąsiedzi zaczynają się skarżyć na fetor i hałas.

Oakley próbuje porównać reguły rządzące zachowaniem z podstawowymi prawami termodynamiki. Dysponujemy ograniczonymi zasobami energii, więc jeśli dajemy w jednym miejscu, w innym musimy ująć. Za zdolność do pomocy można zapłacić wysoką cenę. Badania prowadzone na grupie 130 pielęgniarek w kalifornijskich szpitalach pokazały, że te najbardziej współczujące i  zaangażowane w opiekę nad chorymi, będące zawsze tam, gdzie są najbardziej potrzebne, doświadczały szybciej zawodowego wypalenia i częściej rezygnowały z wykonywania swojego zawodu niż pielęgniarki mniej oddane pracy. 

Gotowość do poświęceń i ambicja to także pożywka dla pracoholizmu. „Załóżmy, że trafimy na szefa, który stawia nam zadania ponad siły. Próbujemy wykonywać pracę, której nikt nie jest w stanie podołać. Ale do głowy nie przychodzi nam, że zwierzchnik wykorzystuje naszą dobrą naturę i ze wszystkich sił staramy się mu pomóc” – mówi Barbara Oakley. Taka postawa to prosta droga do depresji.

Prof. Rachel Bachner-Melman, psycholog na University Medical Center w Jerozolimie, która zajmuje się zaburzeniami odżywiania, uważa, że młode kobiety, szczególnie empatyczne i pozbawione egoizmu są najbardziej zagrożone anoreksją. „To osoby niezwykle czułe na potrzeby innych ludzi, wiedzą, kto potrzebuje słowa otuchy, a kto po prostu wyręczenia w  trudnym zadaniu” – mówi prof. Bachner-Melman. Łączy je jeszcze jedna cecha: prawie nie wyrażają własnych potrzeb, próbują je ukrywać lub wręcz im zaprzeczają. „Wydaje się, że niemal odmawiają sobie prawa do istnienia, starają się przebłagać los za swe znienawidzone ja, dając innym nieskończenie wiele. Jednym z głównych elementów terapii jest uprzytomnienie im, że to one liczą się przede wszystkim” – wyjaśnia Bachner-Melman. Zupełnie jak przed startem samolotu, gdy stewardesa instruuje pasażerów, że dorosły najpierw maskę tlenową zakłada sobie, a dopiero potem dziecku. Gdy nie zadbamy o siebie, nie jesteśmy w  stanie pomóc innym.

 

Męskie prawo do bicia

Zagubienie własnego ja charakteryzuje także osoby trwające całymi latami w patologicznym związku z partnerem, który je maltretuje psychicznie lub fizycznie. Żyją w głębokim przekonaniu, że jeśli poświęcą się w wystarczającym stopniu i będą się wystarczająco starać, to on się poprawi, na przykład przestanie bić i pić. Zapytane o zdanie nie wyrażają własnej opinii, lecz najczęściej powtarzają sądy swego partnera. To zwykle odpowiedzialne, prostolinijne, skromne osoby. Ekstremalne zaburzenie własnych potrzeb jest także udziałem tych, którzy przetrzymują w  domu nadmierną liczbę zwierząt. 

Prof. Satoshi Kanazawa z London School of Economics and Political Science, który badał bite kobiety w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii, tak interpretuje ich ukryte pobudki: te osoby stale przestrzegają reguł rządzących w czasach, gdy  Homo sapiens żył jeszcze na sawannie. Po pierwsze ulegają społecznej presji podtrzymywania istniejącego związku. A po drugie gwałtowny, agresywny mężczyzna, to mężczyzna o wysokim poziomie testosteronu. Jeszcze do niedawna tylko taki partner gwarantował pełną spiżarnię i bezpieczeństwo. Tak więc cięgi, jakie spadały na głowę przy byle okazji, były ubocznym skutkiem dobrobytu. 

 

Istnieje jeszcze jeden mocny, ewolucyjny argument utrwalający uległe zachowania. Z danych zebranych przez prof. Kanazawę wynika, że bite kobiety rodzą więcej synów niż te, których życie upływa spokojnie. Takie dzieci zaś najczęściej wyrastają także na gwałtownych, zatem konkurencyjnych mężczyzn. Rozwód i znalezienie lepszego partnera jest o tyle trudne, że ojczym może stanowić o  wiele większe fizyczne zagrożenie dla dzieci niż ich biologiczny ojciec. Tak więc decyzja, by trwać przy agresorze, jest co prawda psychicznym altruizmem, ale w ewolucyjnych kategoriach jest zachowaniem chroniącym własne (własnych genów) dobro.

Czy altruizm jest kobietą? 

„Altruistyczni bywają i kobiety, i mężczyźni, ale u kobiet bezinteresowność zdarza się częściej” – mówi Barbara Oakley. Altruizm wywodzi się z empatii wobec tych, którzy są w potrzebie, a tę zdolność bez wątpienia wykształciły matki, które muszą zaspokajać potrzeby całkowicie nieporadnych niemowląt. Takie założenie wyjaśnia, dlaczego empatię wywołuje oksytocyna, hormon związany z porodem i karmieniem piersią. W eksperymentach przeprowadzonych w laboratorium obie płcie stawały się bardziej współczujące i bezinteresowne po dawce oksytocyny rozpylonej do nosa. Ponieważ hormon ten sprawia, że czujemy się dobrze, nie ma wyraźnej granicy między dbaniem o innych a miłością własną. Co ciekawe, na stopień zaawansowania altruistycznych zachowań ma wpływ kultura, w której się wychowujemy. Z porównania mieszkańców 36 krajów wynika, że najbardziej hojni i bezinteresowni są Kanadyjczycy, najmniej – Japończycy.

Do niezdrowego altruizmu predestynuje perfekcjonizm i opiekuńczość: „Te cechy wyraźnie rysują się już w dzieciństwie. Nikt nie podejrzewa, że najmilsze, najlepiej się zachowujące, najbardziej wartościowe dzieci mogą skończyć jako anorektycy, ludzie nieumiejący się wyzbyć poczucia winy i depresji. One za bardzo starają się być dobre. Jeśli nie udaje im się żyć w zgodzie z idealnymi standardami, kierują się w stronę emocjonalnych i  psychicznych zaburzeń” – wyjaśnia Barbara Oakley. Szczególnie u dziewczynek genetyczne predyspozycje i  sytuacja rodzinna (na przykład gdy jedno z rodziców cierpi na depresję) często stają się przyczyną rozwoju nadmiernego poczucia winy, a w dalszej kolejności także depresji.