Niestety, teksty na jego temat są dłuższe i raczej nie zawierają wzmianek o ambicjach artystycznych. Wiedza o nich nie stanowiła tajemnicy, ale sprowadzała się do kpin uchwyconych w przyśpiewce „siekiera motyka piłka alasz, przegra wojnę głupi malarz”. W wizerunku oprawcy nie było miejsca na „duszę artysty” ani na żadne ludzkie cechy. Nawet informacje, że nie jadał mięsa, wywoływały protesty wegetarian, według których były to jedynie wymysły propagandy Goebbelsa. Argumentów dostarczał im m.in. psycholog Robert Waite, autor książki „Psychopathic God” (Psychopatyczny Bóg), który powołując się na bliżej niezidentyfikowanych świadków opisywał Hitlera jako sadystę, katującego psy na oczach dzieci i obżerającego się bawarskimi kiełbaskami.

Demon zła nie mógł być jaroszem, nie mógł lubić zwierząt, a tym bardziej posiadać jakichkolwiek talentów i uczuć. To przeświadczenie okazało się tak trwałe, że kiedy 4 lata temu na ekrany kin wszedł film „Upadek”, przedstawiający ostatnie dni w berlińskim bunkrze Hitlera, od Londynu po Warszawę rozległy się ostrzeżenia przed „uczłowieczaniem bestii”. Czy jednak założenie, że wódz Trzeciej Rzeszy był nieludzkim wybrykiem historii, nie jest równie niebezpieczne? Czy nie wynika z niego wniosek, że fenomen Hitlera miał niepowtarzalny charakter i już nikt nigdy nie omami swojego narodu tak, jak on zrobił to z Niemcami? To pociągająca i uspokajająca teoria, tyle że fałszywa. Bo Hitler był człowiekiem z krwi i kości; człowiekiem, który potrafił nie tylko przerażać i burzyć, ale także uwodzić i tworzyć.

MALARZ


Gdy 18-letni Adolf Hitler przyjechał do Wiednia na egzaminy do Akademii Sztuk Pięknych, jego ojciec nie żył od 4 lat, matka umierała na raka. Nie miał pieniędzy na opłacenie korepetytorów, przygotowywał się sam – czytał, zwiedzał, rysował. We wrześniu 1907 r. zdał teorię i został dopuszczony do części praktycznej. Jego rysunki nie zyskały uznania w oczach komisji. Porażkę przeżył boleśnie, ale nie zrezygnował. Po roku podjął kolejną próbę. Tym razem poszło mu jeszcze gorzej, prace jakie przedstawił, oceniono tak nisko, że nie dopuszczono go nawet do egzaminów wstępnych.

– Czy kończył pan szkołę budowlaną? – zapytał profesor Sigmund Allemand. W spisanych w 1942 r. „Rozmowach przy stole” Hitler wspominał, że był zbyt zdruzgotany, by zrozumieć, o co chodziło egzaminatorowi. Allemand, widząc jego rozpacz, pocieszał i radził: Zamiast o studiowaniu malarstwa powinien pan pomyśleć o architekturze, ma pan wyraźny talent w tym kierunku.

Nie skorzystał z rady. Zamieszkał w przytułku dla samotnych mężczyzn i nadal malował. Nie było go stać na kupno farb olejnych, więc ograniczał się do akwareli. Pocztówkowe widoki Wiednia sprzedawał turystom. Zdaniem amerykańskiego krytyka sztuki Frederica Spottsa, który przeanalizował jego twórczość, rysował poprawnie, ale nie odbiegał poziomem od ulicznych malarzy. Największą słabością Hitlera malarza był brak oryginalności. Z precyzją fotografa odtwarzał to co widział, sztukę nowoczesną postrzegał jako przejaw zwyrodnienia europejskiej cywilizacji. Po wybuchu I wojny światowej zgłosił się na ochotnika do wojska, potem zajął się polityką, a gdy zdobył władzę – także malarzami. Z jego inicjatywy wzniesiono w Monachium Dom Sztuki Niemieckiej, w którym w 1937 r. zorganizowano wielką wystawę dzieł niemieckich artystów. Osobiście dokonywał wyboru prezentowanych obrazów i rzeźb, dzięki czemu można dokładnie poznać jego gusta – preferował sceny obyczajowe, romantyczne pejzaże i realistyczne portrety. Co zaskakujące, nie lubił batalistyki, uważał, że sztuka nie powinna straszyć, lecz pokazywać radosną stronę życia.

Nie udzielał twórcom konkretnych rad jak malować, natomiast brutalnie pokazywał, czego sobie nie życzy. Równolegle z wystawą „prawdziwej” zorganizowano bowiem ekspozycję sztuki „zdegenerowanej”, na której umieszczono obrazy usuwane z muzeów. Były to – według słów Hitlera – dzieła „zwyrodniałych jąkałów, pozbawionych talentu sabotażystów, szaleńców i handlarzy”. Obejmował tym epitetem dadaistów, kubistów i ekspresjonistów; wśród „degeneratów” znaleźli się: Pablo Picasso, Marc Chagall, Wassily Kandinsky i Oskar Kokoschka. Dziś chętnie powtarza się opowieści o tłumach zwiedzających tę wystawę i pustkach w Domu Sztuki Niemieckiej, jednak większość społeczeństwa podzielała upodobania Hitlera.

 

Tyran i jego gapcio

– To niemożliwe! – pomyślał William Hakvaag, gdy zobaczył 4 rysunki, które wypadły zza ramy akwareli przedstawiającej sielski bawarski krajobraz podpisanej A. Hitler’40. Na stole przed nim leżały spore (24 na 18 cm) szkice krasnoludków z bajki Walta Disneya „Królewna Śnieżka” – Gapcia, Mędrka i Śpioszka – oraz Pinokio. Krasnoludki sygnowano inicjałami „A.H.”. Hakvaag, właściciel prywatnego muzeum na wyspach Lofoten w Norwegii, twierdzi, że styl akwareli, którą kupił na aukcji, bardzo przypomina technikę Führera. Skąd jednak pewność, że nawet jeśli krajobraz to dzieło Hitlera, także krasnale wyszły spod jego ręki (o autentyczności głównego obrazu ma świadczyć fakt, że dyktator uwieczniał namalowane miejsce już wcześniej, oraz podpis na ramie wykonany rzekomo ręką dyktatora „Pandelhof Ob. Bayern”)? „Sprawdziłem szkice promieniowaniem ultrafioletowym i okazało się, że powstały przed 1945 rokiem” – opowiada właściciel w rozmowie z „Focusem Historia”. „Ponadto na chłopski rozum: jeśli ktoś chciałby fałszować obraz Hiltera, czy narysowałby krasnoludka, a potem schował go w innym obrazie, gdzie mógłby nigdy nie zostać odnaleziony?!”– zastanawia się. Rozsądny fałszerz wybrałby inną datę – większość specjalistów uważa, że Führer nie malował w trakcie wojny. „Ale kto może być tego pewien?” – dodaje. Hakvaag dowiedział się, że Hitler lubił „Królewnę Śnieżkę” Disneya i posiadał nawet prywatną kopię filmu. Jednak po przystąpieniu USA do wojny obrazki stały się niepoprawne politycznie, więc – jak przypuszcza Norweg – dyktator schował szkice za innym obrazem, który zdobił jego rezydencję Berghof. Po klęsce III Rzeszy pamiątki z tego miejsca trafiły w ręce żołnierzy amerykańskich i lokalnej ludności. Prawdopodobnie wśród nich znajdowała się akwarela Hakvaaga. Kobieta, która sprzedała obraz, nie wiedziała, w jaki sposób znalazł się w rękach jej dziadków i wystawiła go na aukcji za skromną kwotę. Obrazki można oglądać w muzeum Hakvaaga.

ARCHITEKT

Jako dyktator III Rzeszy Hitler skoncentrował artystyczne ambicje przede wszystkim na architekturze. Za niedościgły ideał uważał dzieła Greków i Rzymian. Zgromadził olbrzymi zbiór książek i albumów na temat starożytnych budowli. Snuł plany przebudowy największych niemieckich i austriackich miast; Berlin i Monachium miały się stać najpotężniejszymi metropoliami świata, Linz jego kulturalną stolicą.

– Narysowałem to dziesięć lat temu i przechowałem, bo nie miałem wątpliwości, że kiedyś wykorzystam – powiedział w 1936 r. do swego nadwornego architekta Alberta Speera, wręczając mu szkice łuku triumfalnego, który chciał wznieść w centrum Berlina.

Łuk, podobnie jak paryski, miał wieńczyć główną arterię miasta. Ale w wizji Hitlera wszystko musiało być bardziej monumentalne, więc zaprojektował konstrukcję trzy razy wyższą od francuskiej (120 m). Naprzeciw niego zamierzał zbudować Wielką Halę, wzorowaną na Panteonie, z kopułą o średnicy 250 m. Wzdłuż reprezentacyjnej alei szerokości 120 m ciągnęłyby się kolumnady i marmurowe gmachy. W Hamburgu miał stanąć most na Łabie większy od Golden Gate w San Francisco, w Norymberdze – Pałac Zjazdów przypominający rzymskie Koloseum.

– Musimy wznosić budowle z myślą o dalekich pokoleniach, tak by po upływie tysiąca lat, nawet jeśli staną się już tylko ruinami, świadczyły o naszej wielkości – instruował Speera. Hitler nie miał wiedzy pozwalającej na rozwiązywanie problemów technicznych, przedstawiał jedynie ogólne projekty. Ze wspomnień Speera wynika, że rysował je na tyle precyzyjnie, że bez trudu można było odczytać intencje. Projektowanie stanowiło pasję Hitlera – po wybuchu wojny z Anglią wściekał się, że „Churchill kradnie mu połowę czasu, który mógłby poświęcić na sztukę”.

MELOMAN I CZYTELNIIK


W dzieciństwie Hitler śpiewał w szkolnych chórach w Lambach i Linzu, dobrego głosu nigdy nie stracił. Jako nastolatek oszczędzał każdego feniga na bilet do opery. Już wtedy zachwycił się muzyką Richarda Wagnera. Jego przyjaciel z tych czasów student konserwatorium August Kubizek wspominał, że po obejrzeniu opery „Rienzi”, opiewającej przywódcę ludowego powstania w Rzymie, Hitler był wstrząśnięty i rozdygotany. Nie spał przez całą noc, patrzył w gwiazdy i snuł marzenia o przyszłości. Widział się w roli trybuna ludowego, który tak jak Cola di Rienzi wyzwoli swój naród. Z uwielbienia dla patetycznej muzyki Wagnera nie wyleczył się nigdy. Operę „Śpiewacy norymberscy” obejrzał 40 razy. Dla wdowy po synu kompozytora – Winifred, z pochodzenia Angielki, gotów był zrobić wszystko, nawet zapomnieć o swym patologicznym antysemityzmie. Kiedy prosiła go o pomoc w wysyłaniu za granicę żydowskich przyjaciół, poradził, by listy w tej sprawie adresowała na jego osobistego lekarza, gdyż szef kancelarii Martin Bormann nie nie przekaże mu tej korespondencji.

W czasie pokoju i pierwszych zwycięstw Hitler z pogardą wypowiadał się o muzyce rozrywkowej, po klęsce pod Stalingradem dostrzegł jej relaksujące zalety i stał się wielbicielem operetek, zwłaszcza Lehara. Przekonywał, że muzyka, szczególnie taka, która opowiada budujące historie i wywołuje pozytywne emocje, jest dla narodu niezbędna. Dlatego nie oszczędzał na niej, w czasie jego rządów w Niemczech działało 180 orkiestr symfonicznych i 90 oper. Nawet gdy rozpoczęły się zmasowane naloty aliantów, nie pozwolił na zamknięcie teatrów i filharmonii, żeby Niemcy „nie upodobnili się do prymitywnych Amerykanów, którym wystarcza oglądanie filmów i słuchanie radia”.

Ludobójcę bez skrupułów trudno sobie wyobrazić z książką, tymczasem August Kubizek opowiadał po wojnie, że nie potrafił sobie wyobrazić młodego Hitlera… bez książek. – Znosił ich do pokoju całe sterty, lubił się z nimi pokazywać – precyzował. Niezbyt to przystaje do wizerunku niedouczonego fanatyka, który całą swą wiedzę czerpał rzekomo z antysemickich broszurek i powieści Karola Maya o Indianach. Ale to Kubizek mówił prawdę. W 1945 r. amerykańscy żołnierze znaleźli w sztolniach pod Berchtesgaden księgozbiór Hitlera. Liczył około 5 tysięcy tomów – historyk Frederick Oechsner, twierdzi, że była to zaledwie jedna trzecia jego biblioteki.

Po objęciu władzy kazał w swoim berlińskim mieszkaniu usunąć ścianę, by w dwóch połączonych pokojach poustawiać regały. Gdy przeniósł się do kwatery w Berghofie, zabrał ok. 600 książek, do których zaglądał najczęściej. Cały zbiór liczył według Oechsnera 16–17 tys. woluminów, z czego około połowy stanowiły prace o tematyce historycznej i militarnej. Drugą pod względem liczebności grupę stanowiły książki o sztuce, następną – co może zaskakiwać – o religii i filozofii. Wbrew powszechnemu mniemaniu, że Hitler nie przepadał za powieściami, miał ich około tysiąca, głównie literaturę przygodową. Większość jego zbiorów spłonęła, część z tego, co odnaleziono w kopalni, przewieziono do Biblioteki Kongresu USA w Waszyngtonie. Historyk Timothy Ryback przejrzał niedawno te książki, by sprawdzić, czy Hitler tylko je gromadził, czy również czytał. Okazało się, że prace historyczne, religijne i filozoficzne pełne są podkreśleń i uwag. W traktatach filozofa Johanna Fichtego mocną kreską zaznaczał zdania typu „Nie bój się, wierz”, „Jeśli wierzysz, wszystko jest możliwe”, „Bóg i ty to jedno”.

AKTOR I REŻYSER

 

Chciał być malarzem, architektem, filozofem, a powinien zostać aktorem. Miał do tego i predyspozycje i talent. Nie było w nowożytnej historii mówcy, który potrafiłby tak hipnotyzować słuchaczy jak on. Każde publiczne wystąpienie Hitlera było perfekcyjnie wyreżyserowanym widowiskiem podporządkowanym jednemu celowi – manipulowaniu tłumem. Przemówienia, które sprawiały wrażenie improwizowanych, przygotowywał wcześniej. Uczył się ich na pamięć, ćwiczył przed lustrem gestykulację i mimikę, korzystał z porad aktorów i fotografów, analizował wykonane podczas prób zdjęcia oceniając adekwatność przyjmowanych póz. Spektakl zaczynał stając w milczeniu i bezruchu, gdy zapadała cisza, zwracał się do zebranych spokojnym, niskim tonem, który stopniowo podnosił, aż do histerycznego krzyku doprowadzającego do ekstazy.

Jeden z nielicznych uczestników dożynek w Buckebergu (w 1938 r.), który nie uległ emocjom, tak opisywał wystąpienie Hitlera: „Kobiety z nieprzytomnym wyrazem twarzy osuwały się na ziemię niczym szmaciane lalki. Leżały i spazmatycznie wzdychały, doznawały spełnienia”. W tych spektaklach był nie tylko aktorem, ale również reżyserem. Dziś nikt się nie przyzna, że korzysta z pomysłów Hitlera, ale to on jako pierwszy wprowadził wiele rozwiązań, bez których nie mogą się obyć współczesne imprezy masowe. Już w „Mein Kampf” pisał, że „w świetle dnia tłum odrzuca nowe idee, natomiast późnym wieczorem, w ciemności i blasku ognia, staje się podatny na manipulację”. Wykorzystał swój zmysł estetyczny do tworzenia prekursorskich widowisk „światło i dźwięk”. Obrazy ze smug reflektorów lotniczych, symbole układane z płonących pochodni, zbiorowe pokazy gimnastyczne, patetyczna muzyka – to jego pomysły. Spod jego ręki wyszło też chyba najbardziej obok Coca- -Coli rozpoznawalne logo w historii – czarna swastyka w białym kole na czerwonym tle. Pod względem graficznym to majstersztyk.

AMANT


– No dziewczyny, dajcie Führerowi po buziaczku – to nie cytat z komedii „Adolf H. – ja wam pokażę”, lecz słowa samego Hitlera. Po otrzymaniu wprawiających go w dobry humor wiadomości wychodził do sekretarek i nadstawiał policzki do całusów. Traudl Junge, która pracowała dla niego przez 3 ostatnie lata wojny nie wahała się przyznać: „byłam zafascynowana Adolfem Hitlerem, gdyż był on sympatycznym zwierzchnikiem i odnosił się do mnie po przyjacielsku, a zarazem po ojcowsku. Z całą świadomością, chętnie przebywałam przy nim do samego końca”.

Nie tylko ona. W odróżnieniu od wielu nazistowskich dygnitarzy, którzy próbowali nawiązywać kontakty z aliantami lub uciekać, żadna kobieta nie pomyślała o porzuceniu go. Po nieudanym zamachu w lipcu 1944 r. Ewa Braun napisała w liście: „Od naszych pierwszych spotkań przyrzekłam sobie, że zawsze będę dzielić twój los. Wiesz, że żyję tylko po to, żeby cię kochać i jestem gotowa nawet umrzeć wraz z tobą”. Jak wiadomo – umarła.

O istnieniu „pierwszej damy Trzeciej Rzeszy” wiedzieli jedynie wtajemniczeni. Nigdy nie pokazywali się publicznie. I to ze względów piarowskich. Propaganda przedstawiała Hitlera jako ascetę poświęcającego się dla narodu, on sam informował, że „jego jedyną miłością jest Germania”. Dzięki temu mogły się w nim durzyć wszystkie Niemki (czytaj również – s. 60). A potrafił je czarować jak mało kto. Na podwładnych wrzeszczał, wobec kobiet zawsze był szarmancki. Obsypywał je komplementami, częstował pralinkami.

Jak opisywała Traudl Junge, trzymał fason do końca. Po podjęciu decyzji o samobójstwie ogolił się, założył czystą koszulę i poprosił przebywające w bunkrze kobiety, by wyszły na korytarz. Każdej powiedział kilka słów i podał rękę na pożegnanie. Gdy pielęgniarki zaczęły histerycznie płakać, uspokajał je: „Trzeba po męsku pogodzić się z losem”.

Żadna z płaczących nie zdawała sobie sprawy, że w testamencie uznał naród za niegodny dalszego istnienia, a w ostatnich rozkazach żądał, by wycofujące się wojska stosowały taktykę spalonej ziemi, skazując cywilów na śmierć. „Post factum człowiek zawsze żałuje, że jest zbyt dobry” – mawiał po awanturach z generałami. Gdy 30 kwietnia 1945 r. wsuwał do ust lufę walthera, już nie żałował.

Zdaniem psychoanalityka

W roku 1943 amerykańskie Biuro Służb Strategicznych zwróciło się do psychonalityka Waltera Langera z prośbą o sporządzenie psychologicznego portretu Hitlera. Langer z grupą współpracowników przestudiował „Mein Kampf”, testy dziesiątek przemówień i wywiadów Führera, obejrzał niemieckie kroniki filmowe i doszedł do następującej konkluzji: „Z analizy wszelkich dostępnych świadectw wynika, że Hitler uważa się za osobę powołaną przez Boga do wypełnienia misji, jaką jest wybawienie Niemiec i stworzenie nowego ładu społecznego na świecie. Wierzy w to tak głęboko, że żadne przeszkody i niepowodzenia nie są w stanie zachwiać jego przeświadczeniem o ostatecznym zwycięstwie. Jest przekonany, że siła wyższa, która go wybrała i prowadzi, chroniła go w przeszłości i będzie to czyniła w przyszłości”.