Shenzhen to miasto o największej migracji w całych Chinach. Według nieoficjalnych danych, w ciągu ostatnich 7 lat populacja wzrosła tu z 4 do 10 mln (podczas gdy we Wrocławiu liczba mieszkańców jedynie się podwoiła w ciągu 42 lat). Pięć osób na m2. Gdyby nie uruchomiono tu metra, miasto byłoby zupełnie sparaliżowane. Codziennie wieczorem na postoju przy granicy Hongkongu z Shenzhen na taksówki czeka 200 osób. W weekendy centra handlowe i targowiska stają się morzem ludzi, w którym trzeba umieć się poruszać.

Tłum, hałas, pośpiech, przepychanie i nadeptywanie bez przeprosin to tu coś normalnego. „Nadmiar bodźców męczy i to bez względu na granice wytrzymałości. A tłum jest takim właśnie nadmiarem” – mówi psycholog kliniczny Tatiana Ostaszewska-Mosak. „Trzeba być czujnym, uważnym, ciągle zdolnym do szybkiego reagowania”. To wykańcza. W czasie chińskich świąt środki komunikacji są tak oblegane, że na pociąg z Shenzhen do Changshy w prowincji Hunan bilet trzeba kupić z pięciodniowym wyprzedzeniem. Turystyczne atrakcje i takie miejscowości, jak Pekin, Xi’an, Hangzhou czy Sanya, przeżywają najazd rodzimych turystów. Tylko Chińczycy potrafią cieszyć się z wypraw, podczas których trzeba czekać nawet w kolejce do parku.

KORKI NA CHODNIKACH


Na turystów z Chin otworzył się też Hongkong, specjalny region administracyjny (około 7 mln mieszkańców, 6 osób na m2). W sobotnie popołudnie na Nathan Road przy skrzyżowaniu z Austin Road dochodzi do korków ulicznych wśród przechodniów! O ile w Hongkongu obowiązują przepisy porządkujące ruch pieszych, o tyle w pozostałych miastach Chin człowiek jest bezradny, sponiewierany przez tłum, który dyktuje, gdzie i kiedy możemy się zatrzymać, ile czasu mamy na zjedzenie obiadu, zanim ustawi się kolejka do naszego stolika. Wielu mieszkańców Kraju Środka przyzwyczaiło się do takiego życia, klasy liczące 60 uczniów nikogo nie dziwią. 30-letnią Vicky, Chinkę, która wybrała się na wycieczkę po Europie, zdziwiła pustka i cisza, „jakby nikt tam nie żył”. Jej koleżanka Liu we Wrocławiu wbiegła do autobusu i szybko zajęła siedzenie. Po chwili uświadomiła sobie, że jest tam pięć osób i nie trzeba jak w Chinach walczyć o miejsce.

TYSIĄC OSÓB W POCZEKALNI


Chińczycy są coraz bogatsi, kupują samochody – w godzinach szczytu Kanton i Shenzhen są sparaliżowane. Jedynym ratunkiem jest metro, ale i tam trzeba czekać w kolejce. Wieczorem złapanie taksówki w centrum miasta to wyczyn, który wymaga ryzykownego biegania między samochodami. Oba miasta łączy szybka kolej, a mimo to ciągle jest zatłoczona. „Skąd się biorą ci ludzie? Przecież pociągi jeżdżą tak często, a tu ciągle tysiąc osób w poczekalni!” – Radek, który przyjechał do Kantonu na targi, nie mógł uwierzyć, jaki tłum podróżuje ze stolicy prowincji Guangdong do biznesowego Shenzhen. Uciążliwość życia w przeludnionym mieście daje się we znaki szczególnie obcokrajowcom, chociaż Amerykanie i Hindusi, których populacja jest drugą co do wielkości na świecie, lepiej radzą sobie z tłumem. „Niektórzy potrafią się wyłączyć, zatopić w wewnętrznym świecie i odizolować od setek ludzi, z którymi się stykają się często w bezpośredni sposób” – mówi Tatiana Ostaszewska-Mosak.

Najtrudniej przyzwyczaić się osobom, które wcześniej mieszkały na spokojnej prowincji. „Niektórzy reagują na takie otoczenie rozdrażnieniem, stresem, co może przerodzić się w agresję, frustrację lub depresję. To osoby o tzw. reaktywności. Im wiele bodźców przeszkadza, szybko się pobudzają, a to utrudnia funkcjonowanie” – dodaje psycholog. Polityka jednego dziecka w Chinach dotyczy już tylko biednych rodzin. Na wsi ludzie zmuszani są do aborcji albo nie otrzymują zezwolenia na potomstwo od władz. W miastach kobiety same zgłaszają się na usunięcie ciąży, mają łatwy dostęp do środków antykoncepcyjnych. Coraz więcej osób stać też na płacenie kar za „nadprogramowe” dzieci. 30-letni Yao żali się, że jego żona chciała usunąć ciążę, gdy dowiedziała się, że będą mieli córkę: „Namówiłem ją, by tego nie robiła. Teraz chce drugiego dziecka, chłopca, dlatego odkładam pieniądze”. Fabryka, w której Yao zajmuje się sprzedażą zagraniczną, dobrze prosperuje, więc pewnie mu się uda. Jego przykład dowodzi, że polityka jednego dziecka w Kraju Środka już nie pomaga, a jedynie zmienia naturę problemu, jak twierdzi prof. Zhang Juwei z Chińskiej Akademii Nauk Społecznych.

Na jedną kobietę w Chinach przypada 1,7 dziecka – każda ma więc teoretycznie prawie dwójkę. Wiele z nich nie pracuje, a te, które chcą robić karierę, nie muszą rezygnować z macierzyństwa – stać je na opiekunki. Jeśli kolejne pokolenie będzie równie zamożne i założy taką samą rodzinę, populacja Chin będzie się systematycznie powiększać. „W ciągu najbliższych pięciu lat Chiny spodziewają się kolejnej fali przyrostu liczby ludności, a pierwsze dzieci z pokolenia »jednego dziecka« wchodzą właśnie w wiek reprodukcyjny, co sprawia, że jeszcze trudniej utrzymać niską liczbę narodzin” – przyznaje minister Zhang Weiqing, odpowiedzialny za populację i planowanie rodziny. Kolejny problem Chin to nadmiar mężczyzn.