Popołudnie 1 grudnia 1967 r. nie różni się niczym od innych dni w historii sennego miasteczka Machagai w argentyńskiej prowincji Chaco. Mężczyźni sączą mate i rozmawiają o pracy na roli. Wieje nudą, więc być może w ich opowieściach przewijają się nazwiska: Mate Cosido, Vairoletto,Velásquez. Być może rolnicy z Machagai chichoczą na wspomnienie wyczynów bohaterów ludowej wyobraźni.

Kilkadziesiąt kilometrów od miasteczka, drogą numer 16, sunie fiat 500. Na moście w wiosce Pampa Bandera zatrzymuje się. Z samochodu wysiada kobieta. Nagle rozpoczyna się kanonada. Dwaj mężczyźni gramolą się z wnętrza pojazdu. Pierwszy wyciąga rewolwer i chwilę później ginie, drugi uzbrojony w winchestera i rewolwer kalibru 38 daje chwilowy odpór napastnikom. Ale 30 policjantów jest wyjątkowo zmotywowanych. Ścigają Isidro Velásqueza od lat. Ten jednak wciąż upokarza ich ucieczkami, a potem, ku uciesze gawiedzi, naśmiewa się z bezradności stróżów prawa. Ku uciesze gawiedzi? Velásquez nie jest byle przestępcą – raczej „janosikiem”, dobrym bandytą.

POLACA I JEJ HEROSI


Większość historyków zajmujących się dziejami przestępczości zgadza się, że „janosikowie” to przedpolityczna forma protestu społecznego. Innymi słowy, zanim na wsi powstały organizacje polityczne i związki zawodowe, jedyną formą protestu, jaką dysponowali biedni, była przemoc. Przemoc skierowana przeciw funkcjonariuszom państwa, a z czasem kapitału, obcych sił, które naruszają zasady życia społecznego. Cały problem sprowadza się więc do konfliktu między ekspansywną nowoczesnością i okopaną tradycją. Przestępca, który mścił krzywdy bezbronnych prostaczków, żył w konflikcie z władzą, a nie ze społeczeństwem. Co więcej, dzielił się bogactwem, bo w tradycyjnych społeczeństwach ten, kto jest hojny i kto ma gest, ma zarazem władzę.

Z pozoru przypadek Isidro Velásqueza nie pasuje do tych zasad. Argentyna lat 60. wciąż uchodzi za jedno z najlepiej rozwiniętych państw świata. Poza tym nie jest to przecież społeczeństwo o długiej tradycji. Jeszcze w początkach XX w. przez Argentynę przelewały się kolejne fale migracji wewnętrznych i emigracji z Europy. A jednak w latach 30. XX w. ten kraj przeżywał prawdziwy wysyp „janosików”.

Mate Cosido specjalizuje się w napadach na kasjerów międzynarodowych firm. Przywiązuje wielką wagę do image’u. Poza dzieleniem się zdobyczami z biedotą, stara się unikać ofiar podczas napadów, a swoje racje wykłada w artykułach do gazet. Vairoletto z kolei postrzegany jest przede wszystkim jako mściciel krzywd biednych, ale i on dzielił się z nimi zdobyczami. Jedna z ludowych pieśni podaje, że pewnego wieczoru w Buenos Aires, w mieszkaniu pewnej Polki (Polaca), Vairoletto i Mate Cosido postanawili działać razem. Polaca w argentyńskim słowniku z pierwszej połowy XX w. oznacza także prostytutkę. Może więc w tej historii nie ma polskiego śladu, może nie warto go nawet szukać, tym bardziej że współpraca bandytów wkrótce się kończy. Podczas napadu na kasę jednej z fabryk ginie człowiek. Vairoletto nie widzi problemu, Mate Cosido jest wściekły. Ich drogi rozchodzą się. W 1940 r. podczas próby odebrania okupu, wyrzucanego z pociągu worka z pieniędzmi, Mate Cosido zostaje postrzelony. Uchodzi z placu walki i znika. Vairoletto zostaje zaskoczony w 1941 r. Policja świętuje zastrzelenie bandyty, żona Vairoletto twierdzi jednak, że popełnił samobójstwo.

Galeria amerykańskich mścicieli pełna jest zwykłych przestępców, bohaterów lokalnej tradycji, ale są w niej także postacie, które wkroczyły do wielkiej historii. W 1780 r. inkaski kacyk José Gabriel Condorcanqui wiesza w Cuzco hiszpańskiego corregidora, przedstawiciela Korony odpowiedzialnego za władzę administracyjną i sądową. Condorcanqui przejdzie do historii jako Túpac Amaru II, a jego rewolta – jako największy bunt czasów kolonii. W 1910 roku Pancho Villa, popularny w górach Sierra Madre „janosik”, dowódca bandy rabującej bogaczy, dołącza do rewolucji meksykańskiej i staje się jednym z jej wielkich przywódców.

Społeczna krzywda to temat przewijający się przez dzieje Ameryki Południowej. Wydziedziczeni Indianie, brutalnie eksploatowani Murzyni, pozbawieni szans rozwoju Metysi i Mulaci, państwo i prawo, które służą interesom Hiszpanii, a po uzyskaniu niepodległości oligarchom – wszystko to sprawia, że amerykański kontynent roi się od „janosików”.

Przywykło się uważać, że pół wieku po odkryciu Kolumba Ameryka Południowa była własnością Hiszpanii i Portugalii. Tak naprawdę jednak konkwistadorzy opanowali głównie wybrzeża. Wnętrze kontynentu pozostało właściwie poza kontrolą. Mogli tam znaleźć schronienie ludzie, dla których ucisk kolonialnego systemu był nie do zniesienia.

Jedną z wyróżniających się grup rebeliantów są cimarrones. Zbiegli murzyńscy niewolnicy stali się przekleństwem kolonialnej władzy. Kiedy angielski korsarz Francis Drake pod koniec XVI w. przeprowadza zuchwały napad na hiszpańskie złoto w Panamie, korzysta właśnie z pomocy cimarrones.

Zbuntowani niewolnicy byli zjawiskiem typowym na bagnach i w górzystych dżunglach dzisiejszej Dominikany i Haiti, Kolumbii, Wenezueli i Panamy. Bandyci w raportach gubernatorów i wicekrólów, a bohaterowie w oczach uciemiężonych nie rozdają jeszcze bogactw, nie mają w końcu komu – ich bracia są niewolnikami. Napadając na Hiszpanów znani nam już panamscy sojusznicy Drake’a mszczą się także w ten sposób, że topią zrabowane złoto w rzekach.

ŚWIĘCI BANDYCI