Kobiety mogą stosować antykoncepcję hormonalną od pół wieku. W 1960 r. farmaceutyczna nowość wzbudziła niechęć, jako zagrażająca instytucji małżeństwa. Obawiano się, że pod wpływem pigułki kobiety wyruszą na seksualne podboje. Dziś wiemy, że antykoncepcja hormonalna obniża popęd i podniecenie w porównaniu z doznaniami kobiet pozostających przy innych metodach regulacji narodzin. Potwierdził to ostatnio niemiecki endokrynolog prof. Alfred Mueck ze szpitala uniwersyteckiego w Tybindze, który przeprowadził badanie satysfakcji z seksu na grupie tysiąca studentek medycyny. Nie zmienia to faktu, że współczesne kobiety właśnie skutecznej antykoncepcji zawdzięczają poprawę jakości życia. Pełna kontrola nad własną płodnością pozwala wybierać czas na macierzyństwo, dzięki temu udaje im się zdobyć wykształcenie i pracę.

Pigułka antykoncepcyjna ma jednak także swoją ciemną stronę. Oszukiwanie Matki Natury prowadzi ludzi na ewolucyjne manowce – ostrzega w swojej prowokacyjnej książce „The Decline of Males” Lionel Tiger, amerykański antropolog z Rutgers University. Nasz gatunek nie wykształcił psychicznych przystosowań, by zmierzyć się ze współczesnymi wynalazkami regulującymi rozrodczość. Tymczasem udało się oddzielić przyjemność (czyli seks) od jej głównego celu, czyli płodzenia dzieci. Na dłuższą metę społeczne i emocjonalne konsekwencje tego rozziewu nie są znane. Prof. Tiger stawia tezę, że jednym ze skutków „kultury antykoncepcji” jest  kryzys mężczyzny i jego tradycyjnej roli.  Przez pierwsze lata antykoncepcję hormonalną stosowały tylko mężatki, pod koniec lat 60. zaczęły po nią sięgać także młode niezamężne kobiety.

I błyskawicznie odbiło się to na ich funkcjonowaniu w społeczeństwie. Jeszcze na początku lat 70. wśród studentów wyższych uczelni było tylko 10 proc. pań, po upływie jednej dekady już 36 proc. Obecnie wśród absolwentów amerykańskich uniwersytetów jest 55 proc. kobiet i ich udział nadal rośnie, podczas gdy liczba mężczyzn stopniowo maleje. Naturalną konsekwencją zdobytego wykształcenia był szturm na rynek pracy i odsuwanie w czasie decyzji o zamążpójściu. Kobieta robiąca karierę i mężczyzna robiący karierę nie kultywują dawnego podziału ról w rodzinie. Mężczyzna, chociaż nadal wiedzie prym na rynku pracy, w prywatnym życiu zaczyna przeżywać kryzys. Dlatego już na początku lat 90. socjolodzy zaczęli mówić o upadku męskości. Coraz lepiej zarabiające kobiety przestały znajdować odpowiednio dobrych dla siebie partnerów. A te, które pozostają w związkach, toczą wojnę domową o czas na własną karierę. Mężczyzna przegrywający w tym konflikcie musiał wejść w rolę zupełnie obcą dla jego ojca i dziadka, i przejąć część domowych obowiązków.

Co ciekawe, silniejszą płeć socjolodzy rozpoznają m.in. po tym, kto kogo naśladuje strojem. W latach 60. i 70., gdy kobiety zaczęły zajmować coraz mocniejszą pozycję, w damskiej modzie pojawił się żakiet – odpowiednik marynarki. Ale już na początku lat 90. coś drgnęło także w modzie męskiej. Panowie zaczęli się ubierać bardziej kolorowo, modne stały się fantazyjne fasony marynarek, szorty, klapki. Mężczyźni zaczęli dbać o swoje ciało – stosować kremy i żele do włosów. O ile jednak mężczyzna w fioletowej marynarce nie jest zagrożeniem w skali globalnej, o tyle malejąca dzietność już tak. Najgroźniejszym skutkiem wojny domowej toczącej się między kobietą a jej partnerem jest fakt, że rodzi się coraz mniej dzieci.

Profesor Tiger uważa, że kontrola nad płodnością w połączeniu z feminizmem zaowocowała biurogamią – tak nazywa rosnące zjawisko kobiet samotnie wychowujących potomstwo. W rozwiniętych społeczeństwach stanowią już jedną trzecią wszystkich matek. Model rodziny „dwa plus dwa” zastąpił „dwa plus jeden” i „dwa plus zero”. W roku 2003 współczynnik dzietności dla Polski wynosił 1,22 i był najniższy od 50 lat (za korzystny uznaje się współczynnik na poziomie 2,1–2,15, tj. kiedy na jedną kobietę w wieku 15–49 lat przypada średnio nieco ponad dwójka dzieci). Jeśli kobiety nie zmienią swojego nastawienia do roli matki i żony, za 20–30 pokoleń sukces ewolucyjny odniesie głupota – ostrzegają ewolucjoniści. Ronald Fisher, brytyjski biolog, już w 1930 roku zwrócił uwagę, że geny warunkujące zdolności poznawcze występują częściej w wyższych warstwach społecznych, podczas gdy płodność jest większa wśród ludzi biednych i niewykształconych. Selekcja naturalna przeciwdziała więc genom promującym inteligencję – podsumował Fisher. Jeszcze do niedawna kobiety, które były inteligentne i zaradne, rodziły podobną ilość dzieci, jak kobiety o mniejszych możliwościach intelektualnych. Kobiety mądre przekazywały więcej genów, gdyż były bardziej zaangażowane w opiekę nad potomstwem, zapewniały dzieciom leczenie, potrafiły lepiej chronić je przed niebezpieczeństwem. W biednych rodzinach śmiertelność dzieci była natomiast bardzo duża. Obecnie kandydatki na dobre matki robią najczęściej kariery. W Stanach Zjednoczonych liczba młodych kobiet, które rezygnują z posiadania dzieci, podwoiła się w ciągu ostatnich 30 lat i wzrosła z 15 do 30 proc. Z punktu widzenia ewolucji to tak samo, jakby tym kobietom wszystkie dzieci umarły.

Jak w nowej roli wypada mężczyzna? Warren Farrell, dziennikarz i publicysta, w książce „Why Men Are the Way They Are” wskazał, jak zmienia się wizerunek mężczyzny w kulturze. Jeszcze na początku lat 60. zasługiwał na szacunek, miał władzę i niezależność, a przy tym był szarmanckim opiekunem kobiety. Dziś w typowym filmowym produkcyjniaku kobieta jest ofiarą szefa, ojca, byłego męża, obecnego chłopaka lub gwałciciela czy mordercy.

Tyle na temat skutków pigułki hormonalnej i wyzwolenia kobiety z tradycyjnej społecznej roli – mówią obserwatorzy życia społecznego. Natomiast psycholodzy ewolucyjni podnoszą nie mniej ważną kwestię. Nikt nigdy nie zbadał, w jaki sposób doustna antykoncepcja wpłynęła na wybór partnera, atrakcyjność, satysfakcję z małżeństwa, ryzyko rozwodu czy zdrowie dzieci.  „Te 100 mln kobiet stosujących pigułkę jest w stanie permanentnej »hormonalnej« ciąży. Z biologicznego punktu widzenia pigułka może zmieniać pradawne mechanizmy rządzące wyborem partnera” – pisały na łamach czasopisma „Trends in Ecology and Evolution” dr Alexandra Alverne i dr Virpi Lummaa z University of Sheffield w Wielkiej Brytanii.

Istnieje ryzyko, że kobieta stosująca hormonalną antykoncepcję wybierze zupełnie innego kandydata, niż gdyby nie zabezpieczała się przed ciążą. Dobrze dobrany pod względem biologicznym partner powinien mieć inne geny odpowiadające za zespół zgodności tkankowej. Geny te kodują specjalne struktury wykrywające obce elementy w naszym ciele (od wirusów po przeszczepioną nerkę). Dzięki takiemu doborowi dziecko będzie zdrowsze. Kluczem pomagającym rozpoznać tę swoją drugą „połówkę” jest naturalny zapach. Tymczasem kobietom stosującym pigułkę podoba się zapach mężczyzn o podobnych genach zgodności tkankowej. To dlatego, że podczas ciąży, nawet tej symulowanej farmakologicznie, kobieta poszukuje raczej krewnych, bo takie osoby dają wsparcie, a nie kompatybilnego z nią partnera seksualnego.

Nieżyjący już wybitny brytyjski ewolucjonista prof. William Hamilton uważał, że rozmnażanie płciowe powstało jako strategia obrony przed pasożytami i chorobotwórczymi mikrobami. A podstawą tej strategii jest właściwy wybór partnera. Jego teoria potwierdza się w stosunku do ludzi nawet dzisiaj, w dobie nowoczesnej medycyny. W rejonach świata nadal pustoszonych przez epidemie, gdzie jest biedniej i żyje się krócej, kobietom podobają się inne męskie twarze niż obywatelkom krajów rozwiniętych. Na Jamajce i w Kenii większe powodzenie mają duże żuchwy, szeroko rozstawione policzki, ostre rysy, krzaczaste brwi. Tego typu wygląd wiąże się z wysokim poziomem testosteronu, zgodnie z hipotezą mówiącą, że na taki poziom stać tylko mężczyzn o dobrych genach. Ale już w Wielkiej Brytanii nie ma tak silnej biologicznej presji i bardziej podoba się mniej męski wygląd. Pigułka antykoncepcyjna może także przeszkadzać w rywalizowaniu o wybranego mężczyznę i utrzymaniu go przy sobie. Taka kobieta po prostu mniej się podoba niż jej koleżanka, która normalnie owuluje. Pogląd, jakoby kobieta nie reklamowała swojego okresu płodności (tak jak to robią samice zwierząt) po to, by wodzić mężczyznę za nos i przywiązać go do siebie na wiele lat, już 10 lat temu odesłano do lamusa.

Dowiedziono, że owulacja jest sygnalizowana w subtelny sposób. Mężczyźni zaś bez trudu tę zakodowaną informację odbierają. Tuż przed fazą płodną cyklu kobieta rozkwita. Zakłada więcej biżuterii, chętniej odsłania ciało, staranniej się maluje, staje się radośniejsza, prowadzi intensywne życie towarzyskie. Jest bardziej pobudzona seksualnie. Zmienia się jej naturalny zapach i głos na bardziej atrakcyjny dla mężczyzn. Obwód w talii, symetria piersi, małżowin usznych, długość palców u rąk zmieniają się w rytmie cyklu menstruacyjnego. Wszyscy ludzie są asymetryczni – lewa strona ciała różni się wymiarami od prawej. Osoba, u której ta cecha budowy jest silnie zaznaczona, nie podoba się ani mężczyznom, ani kobietom. Ludzie najbardziej symetryczni mają więcej partnerów seksualnych i wcześniej przechodzą inicjację seksualną. W dniu owulacji dysproporcje w kobiecej budowie zmniejszają się aż o 30 proc. i ta zmiana utrzymuje się przez dobę!

Te reguły działają też w życiu codziennym – nie tylko w warunkach eksperymentalnych. Martie Haselton z University of California w Los Angeles wykazała, że mężczyźni bardziej zabiegają o względy kobiet będących w płodnej fazie cyklu. Męska zazdrość jest w tym okresie najsilniejsza, podobnie jak kobieca skłonność do zdrad. Dlatego też mężczyźni wytężają siły, by nie pozwolić na przyprawienie sobie rogów. Zwłaszcza ci nieatrakcyjni pilniej strzegą swych połowic, przechodzących owulację, np. częściej do nich dzwonią – wykazał Steven Gangestad z University of New Mexico, Albuquerque. Ankietowane przez niego kobiety – w sumie 82 – wśród różnych przykładów kontroli swojego partnera wymieniały częste telefony z pytaniem o to, z kim są i co robią. W dużo mniejszym stopniu kontrolowali swoje partnerki mężczyźni uchodzący za ideał męskości. Wszyscy bez wyjątku mężczyźni w czasie owulacji partnerek byli bardziej wrażliwi i kochający.

Równie twardych dowodów dostarczają obserwacje prowadzone w amerykańskich nocnych klubach. Zarobki zatrudnionych tam kobiet zależą od rodzaju stosowanej przez nie antykoncepcji! Analizowano dochody tancerek ubranych w stringi i wykonujących erotyczny taniec „lap dance”. Te, które nie stosowały antykoncepcji hormonalnej, zarabiały podczas dni płodnych do 70 dolarów za godzinę, w fazie niepłodnej – 50 dolarów. Ich koleżanki biorące pigułkę miały niezmienne dochody i ich godzinowa stawka wynosiła średnio 55 dolarów.