Po przyznaniu Soczi prawa organizacji zimowych igrzysk olimpijskich w 2014 roku Władimir Putin zaproponował zbudowanie w pobliżu miasta sztucznej wyspy. Ma mieć kształt Rosji, z górami, równinami i kanałami imitującymi rzeki. Koszt oszacowano na 6,2 mld dol., nie wiadomo więc, czy kryzys nie pokrzyżuje tych planów. Żadnych problemów z realizacją wizji nie miał natomiast Saparmurat Nijazow, szef partii Turkmeńskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, który po rozpadzie ZSRR jako prezydent niepodległego Turkmenistanu przybrał tytuł Turkmenbaszy – Wodza Turkmenów. Złoża gazu pozwalały na finansowanie jego ekstrawaganckich pomysłów. Wzniósł olbrzymi pałac zwieńczony pozłacaną kopułą; wart 100 mln dolarów meczet w rodzinnej wiosce Kipczak; najnowocześniejszy w środkowej Azji stadion piłkarski; trzydzieści 4- i 5-gwiazdkowych hoteli, w których mieli zamieszkać zagraniczni inwestorzy (większość stoi pusta). Portrety Turkmenbaszy znalazły się na opakowaniach kosmetyków i mleka. Pierwszy miesiąc zreformowanego kalendarza nazwano imieniem Wodza, czwarty – jego matki. Na dowód odcięcia się od komunizmu kazał usuwać pomniki Lenina i w ich miejsce stawiać swoje. Najwyższy budynek w stolicy i jej nowy symbol – 75-metrowy Łuk Niepodległości – zwieńczono 12-metrowym pozłacanym posągiem Nijazowa. Sterowana komputerowo figura obraca się w tempie ruchu słońca, dzięki czemu promienie zawsze padają na twarz Wodza. Żart głosi, że to nie Turkmenbasza podąża za słońcem, lecz słońce zmierza we wskazywanym przez niego kierunku. Ktoś tak wielki nie mógł rządzić małym, 5-milionowym narodem. Wódz, który posługiwał się już tytułem Wiecznie Wielkiego Turkmenbaszy, rozesłał więc zaufanych historyków po świecie, a oni odkryli rzeczy niezwykłe: że ich przywódca jest w prostej linii potomkiem Aleksandra Wielkiego i że deseń na tkaninach Inków przypomina wzory turkmeńskie, z czego wynika, iż Ameryki nie odkrył Kolumb, lecz Turkmeni. Na podstawie tych „informacji” i własnych przemyśleń Turkmenbasza napisał „Księgę Duszy” (Ruhnamę). Dzieci uczyły się jej na pamięć, analizowali ją studenci i naukowcy, cytaty umieszczano na meczetach obok wersetów z Koranu. W każdym kraju islamskim uznano by to za karaną śmiercią profanację, w Turkmenii natomiast młodzieżówka jedynej legalnej partii zaproponowała, by ogłosić profanatora prorokiem. Wódz tego nie doczekał, bo zmarł na zawał serca.

 
Prezydent Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew postanowił zbudować od podstaw stolicę. Na realizację wizji wybrał położone w środku stepu robotnicze miasteczko Akmoła. Najpierw kazał zmienić jego nazwę (w tłum. Biała Mogiła) na Astanę (Stolicę). Wstępne koszty szacowano na 20 mld dolarów, do dziś wydano kilka razy więcej. Uroczysta przeprowadzka nastąpiła w 1998 r. Działacze bezlitośnie zwalczanej opozycji przypomnieli, że w ciągu 7 lat od ogłoszenia niepodległości w Kazachstanie nie wybudowano ani jednego szpitala i tylko jedną szkołę. Powstało za to miasto-fatamorgana: nowoczesne budowle wyrastają z bezkresnej równiny. W 1997 r. media poinformowały, że gwiazda o kryptonimie Perseus Ra 3h 23v Osd*43” została wpisana do międzynarodowego rejestru jako „Nursułtan Nazarbajew”. Co prawda International Astronomical Union, jedyna organizacja mająca prawo nadawania nazw ciałom niebieskim, zdementowała tę rewelację, ale o tym już nikt poddanych Nazarbajewa nie poinformował.

 
Prezydent Zairu Mobutu Sese Seko rodzinną wioskę Gbadolite przekształcił w „nowy Wersal”. W sercu tropikalnego lasu zbudował marmurowy pałac, basen olimpijski i lotnisko mogące przyjmować samoloty Concorde, a rządowymi odrzutowcami sprowadził pięć tysięcy rasowych owiec z Wenezueli. Félix Houphouët-Boigny, prezydent Wybrzeża Kości Słoniowej, na „afrykański Wersal” odpowiedział „afrykańskim Watykanem”. W mieście  Yamoussoukro, nowej administracyjnej stolicy kraju, wzniósł kopię Bazyliki św. Piotra w skali 1:1! Inwestycja pochłaniała przez kilka lat 6 proc. budżetu państwa, w 1990 r. poświęcił ją Jan Paweł II. Monumentalna budowla stoi w szczerym polu, jej mury ciemnieją, a pustka straszy. Zabrakło też renesansowych artystów, którzy ozdobiliby ją dziełami sztuki. Francuscy projektanci starali się zamaskować ten niedostatek witrażami o największej na świecie powierzchni (ponad 7,3 tys. m2). Spełnili przy tym życzenie sponsora, który chciał poinformować potomnych, komu zawdzięczają ten „cud architektury”. Na witrażu przedstawiającym wjazd Jezusa do Jerozolimy, tuż obok Zbawiciela kroczy ze złożonymi pokornie dłońmi…  Félix Houphouët- -Boigny.
 
Dyktator Rumunii Nicolae Ceauşescu wykorzystał do realizacji swych megalomańskich wizji siły natury i zamiast odbudować zniszczone przez
trzęsienie ziemi centrum Bukaresztu, kazał je do końca wyburzyć, by wznieść pomnik swej wielkości. Niczym faraon zaprzągł do budowy 20 tys.
robotników pracujących przez 24 godziny na dobę. W kraju brakowało wszystkiego, ale kaprys despoty za ponad 3,5 mld euro musiał zostać zaspokojony. Gdy w 1989 roku Ceauşescu rozstrzelano, jego pałac – wpisany do Księgi rekordów Guinnessa – jako najcięższy i najdroższy budynek administracyjny świata, był już niemal gotowy (pod względem kubatury ustępuje jedynie Pentagonowi). Nowe władze Rumunii nie wiedziały, co zrobić z tą kłopotliwą spuścizną. Część przeznaczyły do dyspozycji instytucji państwowych, część udostępniły zwiedzającym i firmom. Monstrualne gmaszysko nagle stało się największą atrakcją Bukaresztu. Coraz częściej padają propozycje wpisania go na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Nie można tego wykluczyć i Ceauşescu uśmiechnie się triumfalnie zza grobu, bo tak jak Cheops udowodni, że budowanie piramid to dobry przepis na nieśmiertelność.
 
Do połowy XX wieku Dubaj był rybacką wioską na skraju pustyni. Gdy pod piaskami odkryto ropę, władcy emiratu postanowili zmienić osadę w metropolię na miarę Hongkongu. Do Księgi rekordów Guinnessa trafił najdroższy i jedyny siedmiogwiazdkowy hotel Burj al-Arab oraz najwyższy
budynek Burj Dubai (818 m) – z najwyżej położonym tarasem widokowym (na 124. piętrze), meczetem (na 158. piętrze), klubem (na 144. piętrze) i najszybszymi windami (64 km/godz.). Rekordy łatwo jednak stracić; by naprawdę „wstrząsnąć” światem należało wymyślić coś oryginalnego. W 2005 r. szejkowie uruchomili na pustyni… stok narciarski. Na szczyt 60-metrowej góry wjeżdża się wyciągiem orczykowym lub na fotelu. Dzieci mogą szusować na sankach i rzucać śnieżkami. Jest pięć tras zjazdowych, swój tor mają nawet snowboardziści. Na zewnątrz panuje 40-stopniowy upał, w hali jest –6°C. Mroźna oaza nie przyciąga jednak tłumów, spokój panuje też na peronach metra, oczywiście „najnowocześniejszego na świecie”. W Dubaju każdy ma samochód z klimatyzacją, więc trudno znaleźć chętnych do korzystania z tego dobrodziejstwa. Mimo to trwa budowa kolejnych czterech linii. Dubajscy krezusi wpadli też na pomysł stworzenia trzech sztucznych wysp w kształcie palm otoczonych kolistą koroną. Długość ich linii brzegowej przekracza 120 km, do usypania tylko jednej zużyto 80 mln m3 skał i piasku z dna Zatoki Perskiej.

Przedsięwzięcie okrzyknięte nowym cudem świata wyglądało imponująco z  lotu ptaku. Dla gwiazd show biznesu nabycie posiadłości na Palm Islands
stało się jedną z cenionych oznak prestiżu. Ze względu na trudny do zniesienia klimat i wynikający z  surowych zasad islamu brak rozrywek ich
entuzjazm szybko gasł. W  odciętym od morza sztucznym atolu pojawiły się też problemy z  cyrkulacją wody i  powietrze wypełnił zapach zgnilizny.
Osadnicy zaczęli się cichcem wyprowadzać, inwestorzy zapowiadają jednak za rok otwarcie pierwszych obiektów na wyspie Palm Jebel Ali. Pomosty i
budynki tak zaprojektowano, by oglądane z góry wyglądały jak zapisane po arabsku sentencje poety Rashida Al Mak- touma. Jedna z nich głosi, że
„tylko wizjonerzy mogą pisać na wodzie”.