„Czasami jest tyle piękna na świecie, że aż trudno je znieść” – mówi Ricky Fetts, jeden z bohaterów filmu „American Beauty”, patrząc na foliową reklamówkę unoszoną przez podmuchy wiatru. Ten pozornie niewinny cytat stał się dziś hasłem w wielkiej wojnie. Producenci plastikowych toreb używają go, by podkreślić, że ich produkty są nie tylko użyteczne, ale i „piękne”. Naukowcy koncentrują się jednak raczej na sformułowaniu „trudno je znieść”. Co roku na całym świecie ludzie wyrzucają od 500 miliardów do biliona takich toreb, wyrządzając środowisku niepowetowane szkody. Czas z tym skończyć! – apelują ekolodzy.

Wygląda na to, że konsumenci powoli zaczynają przyznawać im rację – także w Polsce. Nasze supermarkety rezygnują z bezpłatnego rozdawania „foliówek”, a do sejmu wpłynął projekt ustawy ograniczającej ich stosowanie, podpisany przez 100 tys. osób. Czy jednak nasza wojna z torbami naprawdę ma sens?

FAŁSZYWA KARMA

Z ekologicznego punktu widzenia najgorszą cechą reklamówek jest właśnie ich zdolność do unoszenia się w powietrzu. Inne śmieci z reguły zalegają tam, gdzie je wyrzucono, natomiast lekki plastik (a dokładniej – polietylen wysokiej gęstości, czyli HDPE) może z łatwością wydostać się z kosza czy wysypiska. A to, że nieestetycznie wygląda, leżąc na trawie czy łopocząc w gałęziach drzewa, jest tylko początkiem kłopotów.

Cienka folia stanowi śmiertelne zagrożenie dla zwierząt, zwłaszcza kiedy dostanie się do wody. Morskie stworzenia łatwo dają się nabrać: reklamówki biorą za smakowite meduzy, mniejsze kawałki plastiku – za nie mniej smakowitą ikrę. Skutki są tragiczne. Naukowcy znajdowali wiele razy martwe zwierzęta wypchane śmieciami do granic możliwości, np. płetwala karłowatego z 800 kg syntetycznych opakowań w żołądku. Szacuje się, że rocznie wskutek takiej „diety” giną dziesiątki, a może nawet tysiące ptaków morskich, żółwi, ryb, fok czy waleni. „Nie ma wątpliwości, że problem ten narasta na całym świecie” – mówi Samantha Fanshawe z brytyjskiego Marine Conservation Society.

Na lądzie wcale nie jest wiele lepiej. Plastikowe śmieci potrafią oplątać zwierzę, dusząc je lub wystawiając na żer drapieżnikom. Kawałki foliowych toreb widziano nawet w pyskach lwów, najwyraźniej zaciekawionych tym nowym, coraz powszechniej spotykanym elementem krajobrazu. Nic dziwnego, że w czołówce walczących z „foliówkami” są od lat kraje afrykańskie, takie jak Ruanda czy RPA.

Możemy pocieszać się tym, że ludzie nie jedzą folii, ale i tak potrafi się ona dać nam we znaki – pływające reklamówki zatykają nie tylko żołądki zwierząt, ale i rury kanalizacyjne.

Boleśnie przekonali się o tym mieszkańcy Bangladeszu. W 1988 i 1998 r. ich kraj nawiedziły niszczycielskie powodzie, które w dużym stopniu były wywołane właśnie przez zatkaną plastikiem kanalizację. Płynąca przez stolicę Bangladeszu rzeka Buriganga została niemal całkowicie zatrzymana wskutek nagromadzenia śmieci. Władze poszły po rozum do głowy – wprowadziły nie tylko zakaz produkcji i sprzedaży polietylenu, ale zaczęły karać grzywną każdego, kto by się z foliową torbą na zakupy pokazał w miejscu publicznym.

GLOBALNY MAGAZYN TOKSYN

Tak surowe restrykcje z naszego punktu widzenia mogą wydawać się przesadą. Jednak część badań wskazuje na to, że plastik to nie tylko problem egzotycznych zwierząt i kanalizacji w Azji. Polietylen – podobnie jak większość tworzyw sztucznych – nie jest rozkładany przez jakiekolwiek znane nauce stworzenie, ale z biegiem czasu rozpada się na coraz drobniejsze kawałki. Są one tak małe, że mogą zostać zjedzone np. przez ryby, które potem trafiają na nasze stoły. Możliwe nawet, że wnikają bezpośrednio do naszego organizmu z wodą czy powietrzem!

 

Wielkie rzeczy – odpowie chemik. Przecież polietylen jest nietoksyczny! Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Okazuje się, że plastikowe drobiny wchłaniają ze środowiska związki, chociażby takie jak polichlorowane bifenyle (PCBs), mające silne działanie rakotwórcze. W ten sposób pozwalają toksynom kumulować się i krążyć w ekosystemach. Nikt tak naprawdę nie wie, jak długo może trwać rozkład plastiku – być może nawet tysiące lat! – więc dzięki niemu trucizny stają się praktycznie „wieczne”.

Jeszcze gorzej wygląda to w przypadku innych tworzyw sztucznych, zawierających toksyczne domieszki, np. polibromowe etery fenylowe (PBDEs), ftalany czy bisfenol A (BPA). Potrafią wywoływać w organizmie mnóstwo patologii, od uszkodzenia poszczególnych narządów po zaburzenia hormonalne. „Takie chemikalia są szczególnie niebezpieczne dla kobiet w ciąży i noworodków” – mówi dr Frederick vom Saal z University of Missouri.

TORBA – TWÓJ WRÓG!

Nikt więc już chyba nie próbuje dowodzić, że plastik jest nieszkodliwy. Nawet producenci „foliówek” przebąkują, że problemem jest raczej to, że ludzie wyrzucają torby byle gdzie.

Rzecz w tym, że proponowane rozwiązania zastępcze wcale nie są wiele lepsze. Cokolwiek by bowiem powiedzieć o torbach z polietylenu, są one i tak stosunkowo mało toksyczne w porównaniu ze śmieciami, które potrafi wytworzyć nasza cywilizacja. Z HDPE można z powodzeniem odzyskać energię, utylizując odpady w spalarniach (inna sprawa, że w Polsce jest tylko jeden taki zakład). Tworzywo to nadaje się również do recyklingu – po zmieleniu powstaje z niego granulat, który może posłużyć do produkcji folii budowlanych albo worków na śmieci.

Weźmy tymczasem pod lupę torby papierowe, powszechnie uznawane za ekologiczne. Co prawda nadają się do recyklingu jako makulatura, a porzucone gdzieś „w plenerze” po jakimś czasie się rozłożą. Jednak ich produkcja pochłania więcej energii i surowców niż w przypadku plastiku (co przekłada się na wyższą cenę samej torby). Na dodatek papier łatwo się drze, a więc wykonane z niego opakowania właściwie nie nadają się do powtórnego użytku.

Równie złym pomysłem może być zamiana zwykłej „foliówki” na taką, która po pewnym czasie ulegnie rozkładowi w środowisku. „Używanie ich sprawia, że ludzie czują się lepiej, ale nie powstrzymuje nikogo przed śmieceniem” – uważa Claire Wilton z organizacji Friends of the Earth. Co gorsza, „ekologiczna” reklamówka fruwająca po lesie czy pływająca w morzu może wyrządzić takie same szkody jak zwykła. W tym świetle forsowana w Polsce ustawa, która zezwala sklepom na bezpłatne rozdawanie tylko toreb biodegradowalnych, rozwiązuje tylko część problemu.

ZJADAMY NASZĄ PLANETĘ

Producenci plastikowych reklamówek żalą się, że kampania skierowana przeciwko ich produktom jest niewspółmierna do skali zagrożenia. Po części mają rację. „W Polsce co roku powstaje ok. 700 tys. ton odpadów opakowaniowych. Foliowe torby stanowią zaledwie 5–7 procent z nich” – wylicza dr Hanna Żakowska, kierownik Zakładu Ekologii Opakowań w Centralnym Ośrodku Badawczo- -Rozwojowym Opakowań. Jako śmieci są jednak bardzo widoczne, a więc stały się idealnym celem dla działaczy organizacji ekologicznych.Tak naprawdę problem leży nie w tym, jakie torby dostajemy, kupując coś sklepie. Chodzi przede wszystkim o to, że bierzemy ich – i potem wyrzucamy, bo z segregacją odpadów nadal jest w Polsce krucho – zdecydowanie zbyt wiele.

Naukowcy szacują tę liczbę na kilkanaście miliardów rocznie tylko w naszym kraju. Gdyby udało się ograniczyć to marnotrawstwo, skorzystałoby na tym nie tylko środowisko naturalne, ale i nasze portfele. Przecież za „darmowe” reklamówki płacimy i tak – tyle że ich koszt jest ukryty w cenach produktów ustalanych przez sklep. I taki też jest najskuteczniejszy klucz do rozwiązania problemu – finansowy właśnie. Kraje, które wprowadziły dodatkowe podatki od opakowań, takie jak Dania czy Irlandia, odnotowały spadek zużycia toreb jednorazowych nawet rzędu 90 proc. Jeśli konsument będzie musiał zapłacić za każdą „foliówkę” choćby i kilkadziesiąt groszy, dwa razy się zastanowi, zanim weźmie ich całą garść. W takiej sytuacji popularność zyskują natomiast torby wielorazowego użytku – i ten trend jest już widoczny w Polsce.

Zresztą taki wybór to nie tylko kwestia doraźnych korzyści. Plastik produkowany jest z ropy naftowej, której zasoby się wyczerpują, a ceny rosną. Papier i tworzywa podlegające kompostowaniu – z roślin, których też mamy na Ziemi coraz mniej. Tymczasem zwiększa się liczba zamieszkujących ją ludzi i ich apetyt na wszelkie dobra. Prof. Jared Diamond z University of California w Los Angeles wyliczył, że mieszkaniec kraju rozwijającego się konsumuje 36 razy mniej materiałów i energii niż obywatel USA czy Europy. Gdy jednak setki milionów biednych do niedawna ludzi zaczynają się bogacić – tak jak w Chinach czy Indiach – ów współczynnik konsumpcji gwałtownie rośnie. Dlatego do globalnej katastrofy ekologicznej nie trzeba wcale przeludnienia.

 

Wystarczy, że mieszkańcy Azji dorównają nam pod względem poziomu życia, a wszelkie zasoby – od metali rzadkich po zboża – po prostu się skończą.Zdaniem prof. Diamonda jedyne, co możemy w takiej sytuacji robić, to stopniowo ograniczać konsumpcję, licząc na to, że kraje rozwijające się też nieco pohamują swój apetyt. Łatwe to nie będzie, ale od czegoś trzeba zacząć – na przykład od foliowych toreb właśnie.

SKLEPOWA EKOPROPAGANDA

Moda na ekologię niewątpliwie jest zjawiskiem pozytywnym, ale też nie brakuje firm, które próbują na niej po prostu zarobić. „Nierzadko wprowadzają przy tym konsumentów w błąd” – mówi dr Hanna Żakowska. Emblematy w rodzaju „przyjazna dla środowiska” pojawiają się np. na wykonanych z tworzywa sztucznego torbach wielorazowego użytku, choć są one równie ekologiczne, co zwykła reklamówka z grubszej folii, którą też możemy wykorzystać wielokrotnie.

Spore zamieszanie może wywołać też wprowadzenie opakowań rozkładających się. „Należy wyraźnie odróżnić torby biodegradowalne od kompostowalnych. Te pierwsze są wykonane z plastiku, tyle że po pewnym czasie rozpadną się na pył. Drugie zaś mogą zostać rozłożone przez bakterie i grzyby, tak jak odpadki roślinne” – wyjaśnia dr Żakowska. Wrzucenie torby biodegradowalnej do kompostownika to po prostu zanieczyszczenie go, natomiast obydwa typy „ekoreklamówek” nie powinny trafiać do pojemników na odpady plastikowe, bo nie nadają się do recyklingu.