Jak obgadywać innych, przeklinać i narzekać, by nie zrazić do siebie kolegów z pracy?

Znów obmówiłeś nową stażystkę. Rzuciłeś tuzin wiązanek złożonych z czterech wiadomych wyrazów, a marudzenie stało się twoją drugą naturą. Co tu kryć, nie masz powodu do dumy. Cytując jednak klasyka, „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”.

Niepokój, ból, smutek, zniechęcenie, napady paniki, fobie – to wszystko próbujemy z siebie wyrzucić za pomocą języka, który kulturalnym ludziom „nie przystoi”. Ale jakie mamy wyjście? Albo ekspresja, albo depresja. Tłumienie własnych odczuć to „upośledzenie” emocjonalne, by powiedzieć za kanadyjską psycholog Michell Larivey. Poza tym słowa nacechowane gniewem czy frustracją, o dziwo, integrują ludzi i pozwalają wyrazić solidarność z grupą. Tyle że przeklinać, krytykować i plotkować trzeba umieć. W przeciwnym razie, zamiast odreagować stres i zdobyć przyjaciół, wpędzimy się w nie lada kłopoty. Przy odrobinie inteligencji i klasy da się tego uniknąć.

Nie każda plotka to potwarz

Niesprawdzona lub kłamliwa wiadomość powtarzana z ust do ust, najczęściej szkodząca czyjejś opinii – to słownikowa definicja plotki. A jednak pogłoski o naszych znajomych, szefach czy dalekich krewnych nie zawsze są niepochlebne i nie w każdym przypadku zawierają informacje wyssane z palca. Z jednej strony nikt nie lubi być obgadywany. Z drugiej ile to razy uniknęliśmy złej decyzji tylko dlatego, że w porę dotarły do nas niepokojące wieści o narzeczonym czy koledze? Pogaduchy na temat bliźnich mogą pozytywnie wpływać na samopoczucie jednostki i funkcjonowanie społeczeństwa.

Plotki to powszechna i skuteczna forma sankcji. Według socjobiologa Roberta Triversa pozwalają zidentyfikować w grupie „pasożytów” – ludzi, którzy nie odwzajemniają aktów altruizmu albo dają znacznie mniej, niż otrzymali. Mogą też ograniczać zapędy osób dominujących, na co z kolei zwraca uwagę Christopher Boehm, antropolog z University of Southern California. Wtóruje im Roy Baumeister, psycholog z Florida State University: słysząc o postępkach pana X lub pani Y, uczymy się niepisanych zasad społecznych. Przypominamy sobie, jakie jest znaczenie wspólnych wartości i norm oraz co nam grozi w przypadku ich nieprzestrzegania.

Kto mieczem wojuje…

Jak zauważa Robin Dunbar, profesor antropologii ewolucyjnej z Oksfordu, małpy są ograniczone do bezpośredniej obserwacji, jeśli chodzi o rozpoznanie, komu ufać, a kogo się bać i kto z kim chodzi. My zaś możemy się tego dowiedzieć z drugiej i trzeciej ręki. Lecz paplanie o nowym aucie proboszcza, orientacji seksualnej polityka czy szóstej żonie gwiazdy rocka to coś więcej niż prosta wymiana informacji i opinii. Według Dunbara nasze plotkowanie to odpowiednik wzajemnego iskania się w stadzie ssaków naczelnych. Zwierzak, który ochoczo głaszcze i muska drugiego osobnika, robi to nie tylko z powodu higieny – chce też wyrazić sympatię. Fizyczny kontakt niesie z sobą komunikat: „wolę siedzieć tutaj i dotykać ciebie, niż być teraz tam z Karolem”. Tak jest u pawianów. A u ludzi? Nie każdego wypada nam całować i tulić, ale od czego jest mowa? Zdradzając Beacie wstydliwą tajemnicę Andrzeja, składamy jej najważniejszą deklarację przywiązania: „jesteś dla mnie tak ważna, że warto poświecić czas na rozmowę z tobą”.

Obnażanie słabości innych może jednak zaszkodzić nam samym. „Obrzucając kogoś błotem lub oblewając pomyjami, nie miejmy złudzeń: część nieczystości przylgnie do naszych rąk, twarzy, włosów i ubrań” – tłumaczy Grzegorz Wierchowiec, który w domu mediowym Lowe Media zajmuje się m.in. komunikacją i tworzeniem marek osobistych. John Skowronski z Ohio State University w Newark sprawdził, czym może się skończyć obgadywanie innych. W materiale wideo aktor mówił o swoim nieobecnym znajomym, jak nędznym jest człowiekiem („Gdy wpadł mu dziś pod nogi malutki piesek, zwyczajnie go kopnął”). Uczestnicy eksperymentu oglądali nagranie, a następnie mieli opisać charakter opowiadającego. Choć było oczywiste, że piętnował podłość osoby trzeciej, badani konsekwentnie jej negatywne cechy przypisywali narratorowi.

 

Jak to robi Tom Hanks

Jeśli będziemy bez przerwy wskazywali cudze wady, słuchający bezwiednie skojarzą je z nami. Czy działa to też w drugą stronę? To znaczy: czy jeżeli będziemy mówili o innych tylko sympatyczne rzeczy, to zaczniemy być postrzegani jako osoby szlachetne, przyjazne i miłe? Wygląda na to, że tak. „Jest taki rodzaj plotkowania, który można uznać za storytelling, czyli opowiadanie historii, dykteryjek, anegdot mających potencjał mitotwórczy. Co z tego, że za każdym razem serwowane są w nieco zmienionej wersji i po pewnym czasie trudno oddzielić prawdę od legendy? Ważne, że przynoszą odprężenie i nikomu nie szkodzą” – tłumaczy Grzegorz Wierchowiec. Za mistrza tej metody uważa bohatera filmu „Cast Away: poza światem”: menedżera firmy kurierskiej Chucka Nolanda, w którego wcielił się Tom Hanks. Gdy był służbowo w Moskwie, nie omieszkał wspomnieć, że ukradł kiedyś dziecku rowerek, by mimo awarii furgonetki zdążyć z przesyłką na czas. Nie był to do końca chwalebny czyn, lecz podyktowanych dobrymi chęciami, więc Chuck na swej szczerości z pewnością nie stracił.

„Ujawnianie półżartem nieco dwuznacznych sprawek na ogół przysparza narratorowi sympatii” – mówi przedstawiciel Lowe Media. „Ukrywanie wad nie ma sensu” – dopowiadają Jason Fried i David Heinemeier Hanson, autorzy bestsellera „Rework”. Jeśli kogoś nie akceptujemy – podkreślają – to głównie sztywniaków, którzy próbują wyglądać jak spod igły. „Niedoskonałość jest piękna” – twierdzą. „To dlatego lubimy żywe kwiaty, mimo że więdną, a nie sztuczne, które nigdy się nie zmieniają”.

Przekleństwo zamiast kamienia

Wulgaryzmy budzą powszechny sprzeciw. Dla moralistów, purystów językowych i znawców etykiety stanowią dowód zdziczenia obyczajów. Tymczasem wedle Zygmunta Freuda cywilizacja zaczęła się od człowieka, który pierwszy cisnął obelgę zamiast kamienia. Przekleństwa, szyderstwa, przezwiska bolą, ale przynajmniej nie leje się krew i kości pozostają całe. W tym sensie werbalna przemoc jest lepsza od fizycznej.

Niecenzuralne wyrazy mają na celu zniewagę rozmówcy, lecz nie zawsze: przede wszystkim przynoszą ulgę mówiącemu, o czym przypomina językoznawca prof. Wiesław Boryś. Jak tłumaczy, obelga, słowo pochodzące od czasownika „obelżyć”, czyli „zmniejszyć”, „załagodzić”, „ulżyć”, dopiero w XVI wieku nabrało znaczenia „znieważyć”, „zhańbić”

Nie tylko spuszczanie pary

Ashley Montagu w książce „The Anatomy of Swearing” sugeruje, że wszystkie współczesne języki powstały z wyrażeń, które ludziom pierwotnym pomagały w rozładowaniu napięcia, agresji i strachu – były więc odpowiednikami dzisiejszych bluzgów. Dzięki przekleństwom potrafimy powstrzymać się od rękoczynów, ale i znieść więcej bólu, co wykazał dr Richard Stephens, psycholog z Keele University w Wielkiej Brytanii. Przewlekle chorzy, którzy rzucają mięsem, łatwiej bagatelizują własną słabość lub przerażenie i lepiej radzą sobie ze stresem.

Brzydkie wyrazy ułatwiają więc pewnego rodzaju katharsis: oczyszczanie z negatywnych emocji. Ponadto służą integracji. Jak wykazali uczeni z University of East Anglia, regularne używanie przez pracowników brzydkich wyrazów podnosi motywację w zespole, ułatwia wyrażanie uczuć i tworzy silne więzi. Wystarczy, że nowy boss powie coś obscenicznego, a już nikt nie ma wątpliwości, że to nie jakiś goguś po SGH, tylko swój chłop.

 

To, że nie musimy przy kimś uważać na słowa, świadczy o tym, iż jesteśmy naprawdę zżyci. Zdają się to potwierdzać badania amerykańskiego psycholingwisty Timothyego Jaya, według których w najbliższym otoczeniu pozwalamy sobie na więcej: liczba mocnych wyrażeń stanowi wówczas około 13 proc. naszego słownictwa, w porównaniu z 3 proc. w bardziej oficjalnych relacjach.

Co za dużo, to niezdrowo

Naukowcy dodają jednak, że aby odnosić korzyści z przeklinania, trzeba zachować umiar. Przeklinanie to język emocjonalny, lecz kiedy go nadużywamy, traci ten charakter. Nie dość tego – osoby, które zbyt często rzucają wiązankami, są postrzegane jako nie- wychowane, grubiańskie i prymitywne, jeśli nie agresywne i niebezpieczne dla otoczenia.

„Jeśli wiemy, gdzie, kiedy i przy kim możemy posługiwać się nieco swobodniejszym językiem, pewnie reputacji sobie nie zszargamy” – przypuszcza dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholożka i trenerka. Tu jednak wchodzimy w sferę umiejętności społecznych, które trudno posiąść bez empatii. To samo słowo może śmieszyć lub ranić zależnie od okoliczności, wrażliwości słuchaczy oraz intencji tego, kto je wypowiada. Gdzie zatem kończy się językowy luz, a zaczyna chamstwo? „Granica jest płynna, ale i sztywna zarazem. Wyznacza ją drugi człowiek” – kategorycznie stwierdza dr Wiśniewska-Juszczak. Jej zdaniem ulga, którą przekleństwa przynoszą, może być ważniejsza od kwestii estetycznych, pod warunkiem że wulgaryzmy są formą rozładowania napięcia, a nie aktem złorzeczenia, groźby czy agresji.

Jeśli narzekać, to konstruktywnie

Ponad 40 proc. Polaków uważa, że narzekamy często, a tylko 1 proc. – że rzadko lub wcale – wynika z badania, które kilka lat temu przeprowadził psycholog prof. Bogdan Wojciszke. Przeciętny Kowalski lubi być marudą. Przy czym jego wieczne zrzędzenie jest przede wszystkim konwencją komunikacyjną. Niekoniecznie wypływa z przekonania, że nasza polityka, gospodarka czy firma zmierzają ku katastrofie. Za to ma związek z potrzebą wygadania się. W głębi duszy wierzymy w pozytywny obrót własnych spraw (i biegniemy do banku po kolejny kredyt), lecz swego optymizmu nie ujawniamy. Bo tak się jakoś składa, że łatwiej znaleźć dobrych słuchaczy, gdy rozmowę zagaimy pytaniem: „A słyszał pan, jakimi podatkami rząd chce nas teraz wykończyć?” Czy się to nam podoba, czy nie, zrzędliwość łączy ludzi, a hurraoptymizm rodem z amerykańskich poradników motywacyjnych powiększa nieufność i dystans.

Superlatywy w złym tonie

Jedni badacze mówią, że to trudna historia – rozbiory, okupacje, komunizm – zrobiła z nas marudy (patriota musiał narzekać na ciemiężców). Inni uważają, że korzeni polskiego malkontenctwa trzeba szukać w… przedchrześcijańskich zabobonach. Słowiańskie zaświaty zamieszkiwały złośliwe demony rozmiłowane w bezinteresownym szkodzeniu ludziom. Nic tak ich nie cieszyło jak możliwość obrócenia czyjegoś powodzenia w porażkę, dlatego mądry człek starał się ukryć szczęście, pokazując złym duchom, że jest dostatecznie zgnębiony i warto na ofiarę wybrać kogoś innego. Czy chłop, zagadnięty o zbiory, pochwalił się kiedykolwiek, że ostatnio faktycznie obrodziło mu zboże? Zmieniając temat rozmowy na zbyt niski poziom unijnych dopłat, nie zdaje sobie sprawy, że kieruje się życiową mądrością sprzed tysięcy lat.

 

O magicznej funkcji narzekania mówi m.in. prof. Bogdan Wojciszke. Zgodnie z przysłowiem: nie chwal dnia przed zachodem słońca – unikamy przedwczesnej radości i marudzimy profilaktycznie (żeby nie zapeszyć). Według uczonego istnieją scenariusze biadolenia, których nieprzestrzeganie grozi odrzuceniem przez grupę. W kolejce w urzędzie skarbowym niewskazane jest chwalenie tej instytucji. O pracy w międzynarodowej spółce też nie wypada mówić w superlatywach, chyba że chcemy zasłużyć na miano korporacyjnego szczura.

Bohater w domu

Co jednak równie ważne: w Polsce niemile widziany jest zarówno niepoprawny optymista, jak i wieczny malkontent. Wszyscy omijają go szerokim łukiem, obawiając się, że nawet parę chwil w towarzystwie tego toksycznego typa i wampira energetycznego skończy się długotrwałym obniżeniem nastroju. Strach ma wielkie oczy? Bynajmniej. Pesymizm jest zaraźliwy.

Czy istnieje jasna strona narzekania? Jak najbardziej. Gdyby było nam wszystko jedno, pewnie do dziś mieszkalibyśmy w jaskiniach. Nikt nie zadawałby niewygodnych pytań, nie próbował niczego ulepszać. Tyle że to nie pasywne krytykanctwo, ale działanie się liczy.

„Negatywne uwagi są pożyteczne, gdy nie kierujemy ich przeciwko komuś, ale wypowiadamy z życzliwością, mając na celu zmianę świata: kraju, firmy, rodziny, najbliższego otoczenia, nas samych” – wskazuje dr Wiesław Baryła, psycholog społeczny z sopockiego oddziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Takie narzekanie, zwane instrumentalnym, nikomu nie szkodzi. Przeciwnie: często prowadzi do rozwiązania problemów, uzdrowienia atmosfery w grupie, rozpoczęcia koniecznych reform lub programów naprawczych. Wykładowca z Uniwersytetu SWPS jest optymistą: „Kto jasno wykłada sprawy, owszem, może zrazić do siebie ludzi. Ale ma dużą szansę »zostać bohaterem w swoim domu«, by posłużyć się sloganem z popularnej reklamy”.