Patrzę na wyblakły maszynopis z archiwum Instytutu Sikorskiego w Londynie: „Oświadczenie oficerów ORP „Orzeł” w sprawie internowania okrętu w porcie estońskim Tallin”. Dalej padają oskarżenia najcięższe, jakie można postawić dowódcy okrętu wojennego: „…w pełni poczucia stawianych ciężkich zarzutów, stwierdzamy zgodnie z naszym sumieniem, że kmdr ppr. Kłoczkowski Henryk ponosi całkowitą winę, że w dn. 14 IX 1939 r. spowodował utratę okrętu będącego w pełni gotowości do działań wojennych”. Pod dokumentem spisanym 23 października 1939 roku, a więc kilka dni po wejściu „Orła” do brytyjskiego portu, widnieją podpisy pięciu oficerów. Oskarżali dowódcę o czyny niegodne oficera i żołnierza, wręcz o zdradę: unikanie walki, czego dowodem miało być wydanie zakazu atakowania niemieckiego statku w Zatoce Gdańskiej, symulowanie choroby, wprowadzenie okrętu do Tallina, zejście na ląd ze wszystkimi przedmiotami osobistymi, co miało wskazywać na chęć pozostania w Estonii.

Kiedy kmdr ppr. Henryk Kłoczkowski, uwolniony z radzieckiej niewoli po zawarciu umowy Sikorski–Majski, przybył do Wielkiej Brytanii, ci, którzy podpisali oskarżający dokument, już nie żyli. Polegli w swoim bohaterskim okręcie. Jednakże ich słowa, zawarte na kartce maszynopisu, stały się najcięższym dowodem w procesie byłego dowódcy ORP „Orzeł”, jaki 6 czerwca 1942 roku rozpoczął się w Londynie.

Patrzę na drugi, dziewięciostronicowy dokument z 3 sierpnia 1942 roku: „Morski Sąd Wojenny. Wyrok w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej”. Henryk Kłoczkowski, uznany winnym części stawianych zarzutów został skazany na karę czterech lat więzienia i wydalenie z marynarki wojennej. Wykonanie kary więzienia odłożono na powojenny czas. Obywatel Kłoczkowski wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie zaciągnął się do marynarki i przez całą wojnę służył jako prosty marynarz na najbardziej niebezpiecznych statkach, transportujących amunicję przez Atlantyk. Wszystko jasne. Sprawa zamknięta. Żelazny materiał do filmowego scenariusza lub książki. I to jaki! W pierwszych dniach wojny dowódca wielkiego okrętu podwodnego załamuje się. Rozkazuje położyć okręt na dnie, aby uniknąć walki. Nie zgadza się na zaatakowanie niemieckiej jednostki. Symuluje chorobę. Nie wychodzi z kabiny, gdzie upija się likierem. A jak wychodzi „to podtrzymywany przez oficerów, bełkocząc niezrozumiale i siada na pomoście koło koła ratunkowego”. Wreszcie decyduje o wprowadzeniu okrętu do portu w Tallinie, gdzie natychmiast odzyskuje wigor i ucieka z jego pokładu.

Dziwne, że taki film jeszcze nie powstał. Przecież przywykliśmy do opluwania naszej historii. Przez nas samych! Przez pół wieku opowiadaliśmy, że kawaleria była wojskiem idiotów, co to szablami siekli czołgi. To nic, że obraz taki wytworzyła propaganda hitlerowska. Przez pół wieku ta teza była powtarzana w każdej książce historycznej, w każdym filmie. Nikt nie chciał słyszeć, że kawaleria to była świetna formacja, która niemieckiej broni pancernej potrafiła zadać poważne ciosy. Jak w bitwie pod Mokrą, gdzie ułani, wspierani przez pociąg pancerny, zniszczyli około osiemdziesięciu niemieckich czołgów. Nie zdołaliśmy się uporać z kłamstwami propagandy PRL przedstawiającymi nas jako naród idiotów, a już chlusnęło nowymi. Zgodnie z duchem czasu nie chodzi o względy ideologiczne, które kierowały propagandą i historią minionej epoki, lecz komercyjne. Kto bowiem będzie chciał czytać (czyli kupować) książki i chodzić do kina na filmy o bohaterstwie, odwadze, poświęceniu? Bez wątpienia lepiej sprzedaje się zdrada, tchórzostwo, załamanie, podstępność… A każde wydarzenie można przedstawić tak, aby się dobrze sprzedało, czyli odwagę zamienić w tchórzostwo, siłę w słabość itd. Czyż nie jest interesujący obraz dowódcy, dotychczas uważanego za symbol bohaterskiej obrony, kiedy kompletnie pijany chowa się pod łóżko na pierwszy odgłos wystrzału? Jeżeli w dodatku jest nagi, a na łóżku leży jego kochanek (też pijany, bo na służbie) – szanse kasowego sukcesu stają się coraz bliższe. Zarzucono Kłoczkowskiemu, że trzeciego dnia wojny kazał położyć okręt na dnie. To prawda, ale miał pełne prawo, jako dowódca, zastosować taki manewr; trwało to zaledwie 2–3 godziny. Nie ma żadnych podstaw, aby sądzić, że postąpił tak, aby unikać walki. Oskarżono, że unikał walki. Nie zdecydował się wydać rozkazu zaatakowania niemieckiego tankowca. Czy było to tchórzostwo? A może rozsądek? Albowiem działając zgodnie z prawem międzynarodowym „Orzeł” powinien wynurzyć się i wezwać statek do zastopowania maszyn. Następnie wysłać szalupę z grupą abordażową, aby skontrolowała dokumenty i statek. Dopiero wówczas mógłby zatopić go. A było oczywiste, że niemiecka załoga widząc wynurzający się okręt podwodny wezwałaby pomoc. Do brzegu nie było daleko; samoloty nadleciałyby bardzo szybko.

Oskarżono, że naraził okręt wprowadzając do neutralnego portu. Na podjęcie takiej decyzji zezwolił mu dowódca floty, więc wybrał Tallin. Znał tam wielu najwyższych oficerów, w tym komendanta portu. Wiedział, że darzą Polskę sympatią (dowódca estońskich sił zbrojnych i dowódca marynarki wojennej mieli żony Polki). Nie musiał więc obawiać się wrogich działań. Wypadki – pod presją niemieckiego przedstawicielstwa dyplomatycznego wywieraną na rządzie Estonii – potoczyły się inaczej.

Te i wiele innych wątpliwości sprawiły, że w czerwcu 1947 roku prokurator Najwyższego Sądu Wojskowego w Londynie ppłk Sarnicki wystąpił o uchylenie wyroku lub ponowne rozpatrzenie sprawy byłego dowódcy „Orła”. Nie zachowały się dalsze dokumenty. Był to już czas likwidacji Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Jaka więc powinna być historia? Uczciwa. Ale kto to kupi…