Z biologicznego punktu widzenia zabawy zwierząt to kompletnie bezcelowe działanie. Przecież pozbawione sensu, a nawet niebezpieczne pląsy ograniczają szanse na przetrwanie i dochowanie się potomstwa. Małe wydry ślizgające się na błocie czy kormorany rzucające patykami tracą energię i czas, które mogłyby poświęcić na „przerośnięcie” rówieśników. Brykające jagnięta owcy gruborogiej nadziewają się na kaktusy, nieostrożne małe kozice spadają ze skał, rozdokazywane słoniątka grzęzną w błocie, a foczki podczas baraszkowania często padają ofiarą lamparta morskiego lub są porywane przez morskie fale.

Gdyby jednak te zabawy były kompletnie bezsensowne, ewolucja szybko by je wyeliminowała. Skoro tak się nie stało, to znaczy, że bezcelowe z pozoru zajęcia jednak się opłacają. To, co wygląda na igraszki, jest w istocie mozolnym treningiem zdolności kluczowych dla przetrwania. Skaczące beztrosko po urwiskach młode kozice ćwiczą zachowanie w niebezpiecznych sytuacjach, a grupowe harce fok uczą je społecznych relacji i zawiązywania sojuszy, które mogą rozstrzygać kwestie życia i śmierci.

Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?

Zabawa pozwala wytrenować obronę, ucieczkę i polowanie. Galopady, podskoki, potrząsanie głową, kopanie, bieganie w kółko są specjalnością małych kopytnych, gryzoni i naczelnych. Marek Spinka, czeski badacz z Instytutu Zootechniki w Pradze, uważa, że zabawa ruchowa pozwala zwierzętom przygotować się na utratę równowagi, gdy uciekają przed wrogiem. Np. małe pingwiny Adeli wdrapują się na bloki skalne, po czym spychają się z nich. Ta zabawa odtwarza ich zachowanie podczas ataku lamparta morskiego.

Kociaki ścigające sznurek lub własny ogon, napadające na nogi właściciela czy mocujące się z kłębkiem włóczki ćwiczą przyszłe polowanie. Tak samo należy oceniać również zachowania jaskółek, które żywią się chwytanymi w locie owadami. Młode osobniki zrzucają piórko z dużej wysokości i gdy powoli opada ku ziemi, wielokrotnie je łapią i po chwili puszczają ponownie. Podobne zachowania obserwujemy u sokołów, bawiących się w upuszczanie różnych przedmiotów. Młode zimorodki zaś udają, że łowią ryby, nurkując w rzece i chwytając dryfujące na powierzchni wody suche patyczki.

Im wyższa inteligencja i bardziej złożone życie społeczne gatunku, tym więcej czasu upływa zwierzęcym dzieciom na zabawie i tym jest ona bardziej różnorodna. Kruki – ptasia elita intelektualna – bawią się fragmentami roślin, nakrętkami od butelek, muszelkami, kawałkami szkła, niejadalnymi owocami. Badacz tych ptaków Bernd Heinrich w swojej książce „Mind of the Raven” pisze, że młode kruki nie mogą się powstrzymać od dotykania i manipulowania niemal każdym napotkanym przedmiotem. Najczęściej jednak „manualne” zabawy uprawiają małpy z gatunków najbliżej spokrewnionych z człowiekiem. Mają one najlepiej rozwinięte dłonie, dzieciństwo trwa u nich najdłużej i mają największą zdolność uczenia się.

Lalki dla samiczek, maczugi dla samców

Z badań prowadzonych na małpach wynika, że podczas zabawy młode naczelne uczą się swoich dorosłych ról społecznych. Szympansy chętnie bawią się patykami i kawałkami kory, jednak w zależności od płci patyki te są zupełnie innymi zabawkami. W rękach samiczek to ewidentnie lalki. Prof. Richard Wrangham z Harvard University, który bada szympansy żyjące w Kibale National Park w Ugandzie, opisywał jedną z młodych szympansic, która nosiła patyk nieustannie przez cztery godziny. W tym samym czasie wspinała się na drzewa, spała i jadła, zupełnie jak dorosłe samice, opiekujące się młodymi. Z kolei dla jej brata patyk bywał przede wszystkim bronią, służył do bicia i rzucania.

Zabawy z podziałem na „chłopców i dziewczynki” (choć mniej finezyjne niż u szympansów) obserwowano także u innych gatunków ssaków. Przez pierwsze tygodnie życia wszystkie małe konie zachowują się podobnie: galopują żywiołowo i na niby szczypią swoją matkę. Noszą w pysku różne przedmioty (wiadro, papier, kawałek deski) i rzucają nimi. Jednak już po upływie miesiąca klacze i ogiery zaczynają bawić się odmiennie. Samce więcej czasu spędzają na walce i wspinaniu się na inne konie, samice zaś głównie angażują się w zabawy ruchowe i społeczne (wzajemne pocieranie się, szczypanie i inne zabiegi pielęgnacyjne). Podobną prawidłowość obserwuje się u kangurów. Młode, gdy zaczną wypuszczać się poza matczyną torbę, ćwiczą boksowanie. Początkowo z matką, później między sobą, tyle że samce poświęcają na tę zabawę 30-krotnie więcej czasu niż samice, bo w dorosłym życiu to samce będą ustalały swoją pozycję w stadzie w kolejnych sparingach. Młode samce gatunków poligamicznych zwykle bawią się aktywniej i bardziej agresywnie niż młode samice. U jeleni czarnoogoniastych tylko jelonki mają w repertuarze zderzanie się głowami.

Ale te zabawy – nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydają się groźne – nigdy nie są prawdziwą agresją.

Bijatyka z uśmiechem

Lwiątko nie pogryzie kuzyna do krwi, a mała zebra nie kopnie naprawdę swojej koleżanki. Zwierzęta wyraźnie zapowiadają swoje intencje. Służy temu uniwersalny kod zachowań – najczęściej jest nim otwarty pysk. Naukowcy mają niemal 100% pewności, że ludzki uśmiech jest pochodną tego sygnału. Goniące się w parku psiaki nieustannie się „uśmiechają”. Prof. Mark Bekoff, wybitny znawca zachowań psowatych, w swoich pracach opisywał, jak kojoty i wilki, zanim zaczną walkę, na niby „kłaniają się” sobie, uginając lekko nogi i pochylając głowę ku ziemi. To zachowanie ma komunikować: „To tylko zabawa, niezależnie od tego, co za chwilę zrobię albo już zrobiłem”.

 

Pytanie „z kim się bawić?” jest równie ważne, jak „w co się bawić?”. Prof. Katerina Thompson z University of Maryland badała, jak małe antylopy szablorogie żyjące w zoo wybierają sobie kompanów. Preferowały osobniki w podobnym wieku, przy czym płeć nie miała wielkiego znaczenia. Co więcej, rzadko galopowały z rodzeństwem, a częściej z niespokrewnionymi antylopami. Dzięki starannemu doborowi towarzystwa antylopy mogły właściwie ocenić, kto szybciej biega i wyżej podskakuje. Uczyły się także rozpoznawania i unikania partnerów zbyt silnych lub zbyt agresywnych.

Bo w zabawie, jak dowodzą neurolodzy, kluczową rolę odgrywa stres. W mózgu zestresowanego malucha zachodzą zmiany, w wyniku których staje się on mniej wrażliwy na hormony stresu. To oznacza, że jako dorosły osobnik szybciej „pozbiera się” po mrożącym krew w żyłach doświadczeniu. Zabawa zwykle złożona z mocno ekscytujących zachowań typu „uciekaj albo walcz” aktywizuje te same ścieżki, co stres. Dobrze widać to na przykładzie szczurów, uważanych za jedne z najbardziej rozrywkowych stworzeń na Ziemi. Spokrewniona z nim mysz domowa rzadko się bawi.

Natomiast małe szczury w grupie nieustannie popiskują, co można uznać za szczurzy odpowiednik chichotu nastolatków. Młody gryzoń, który wyrasta samotnie, jako dorosły osobnik nie sprawdza się w konfliktowych sytuacjach. Nigdy nie upiera się przy swoim, przyjmuje uległą postawę albo ucieka do kąta, drżąc ze strachu. Naukowcy uznają, że za ten brak zimnej krwi odpowiada brak wesołego towarzystwa. Wystarczy, że izolowany szczur zacznie tylko przez godzinę dziennie bawić się z innymi, a wyrośnie na twardziela. Istnieją dowody, że ssaki naczelne (w tym także ludzie) czerpią podobne korzyści z zabawy z rówieśnikami.

Pierwszy na placu zabaw

Skoro bawi się niemal cały zwierzęcy świat, kto był tym pierwszym, który bawić się zaczął? Prof. Gordon M. Burghardt, psycholog z University of Tennessee i autor książki „Genesis of Animal Play: Testing the Limits”, dowodzi, że podczas ewolucji zwierząt zabawa pojawiła się kilkukrotnie w niezależny sposób. Niezwykle „rozrywkowe” ptaki miały wspólnego przodka z aligatorami czy wężami, ale trudno wśród gadów znaleźć przykłady rozrywkowego charakteru. Profesor Burghardt uważa, że do zabawy predestynuje troskliwa opieka rodziców. Młode nie muszą cały czas szukać pokarmu, w mniejszym stopniu narażają się na wytropienie przez drapieżnika i mogą sobie pozwolić na brak czujności (dlatego np. płochliwe kurczaki wcale się nie bawią!). Przydaje się też mózg bardziej skomplikowany niż tylko taki, który zarządza odruchami bezwarunkowymi, oraz wysokie tempo przemiany materii. Szybki metabolizm pozwala wyprodukować nadwyżki energii, którą można zużyć na aktywność niezwiązaną z przetrwaniem tu i teraz. Nic więc dziwnego, że pod względem zabawowego charakteru to właśnie Homo sapiens jest mistrzem!