Pod kilometrami lodu dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewał

Grenlandzki lądolód zwykle wyobrażamy sobie jak gigantyczny, martwy blok zamarzniętej wody, który co najwyżej pęka, spływa w stronę fiordów i topnieje na brzegach. Tymczasem nowe ustalenia sugerują, że w jego wnętrzu może zachodzić zjawisko, które bardziej pasuje do gotującego się garnka niż do wiecznej pokrywy lodowej.
Pod kilometrami lodu dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewał

Dla nauki to nie jest tylko ciekawostka o dziwnych kształtach pod kilometrami lodu. Jeśli w głębi lądolodu faktycznie dochodzi do powolnego mieszania warstw napędzanego temperaturą, to zmienia się sposób, w jaki trzeba myśleć o twardości lodu, jego ruchu i o tym, jak wiarygodnie przewidywać przyszły wkład Grenlandii we wzrost poziomu mórz.

Co było zagadką i dlaczego badacze utknęli na ponad dekadę?

W idealnym świecie wnętrze lądolodu czyta się jak kronikę. Warstwy osadzonego śniegu, później przekształconego w lód, tworzą uporządkowane pasma. Dzięki nim można rekonstruować tempo akumulacji, dawne zmiany klimatu, a nawet zrozumieć, jak masa lodu przemieszczała się w czasie. Dla badaczy to coś więcej niż ładne obrazki: jeśli warstwowość jest spójna, łatwiej zbudować model, który nie rozjedzie się przy pierwszej próbie prognozowania.

Tymczasem w północnej Grenlandii pojawiają się w tej kronice fragmenty, które wyglądają jak plamy farby na czystej kartce. Wielkoskalowe, pionowe struktury przypominające pióropusze lub języki. W niektórych miejscach rozciągają się na setki metrów wysokości i przecinają warstwy, które powinny być spokojne i przewidywalne. To nie wygląda jak zwykłe pofałdowanie, jakie tworzy się, gdy lód jest ściskany i rozciągany na drodze ku oceanowi. To wygląda jak zaburzenie, które ma własną dynamikę.

Przez lata próbowano przykleić do tego zjawiska etykietę z listy klasycznych wyjaśnień. Może to specyficzna topografia podłoża, która w jednym miejscu podgrzewa lód bardziej, a w innym mniej. Może to wynik dawnej zmiany kierunku przepływu, która zostawiła ślad wewnątrz jak blizna. Może to lokalne zjawiska przy podstawie, związane z wodą i tarciem. Każda z tych hipotez tłumaczyła coś, ale żadna nie składała się w opowieść, która pasuje do całego obrazu, do skali struktur i do tego, że największe pióropusze upodobały sobie konkretny region.

Lód, który miesza się jak płyn. Mechanizm znany z geologii trafia do lodowca

W tym miejscu pojawia się pomysł, który brzmi trochę prowokacyjnie, bo każe spojrzeć na lód jak na materiał bardziej żywy, niż chcielibyśmy przyznać. Nie żywy biologicznie, tylko żywy mechanicznie. Chodzi o konwekcję termiczną, czyli powolne mieszanie materiału napędzane różnicami temperatury. To ten sam typ procesu, który opisuje się w kontekście wnętrza Ziemi, gdy cieplejszy materiał ma tendencję do unoszenia się, a chłodniejszy do opadania, tworząc wielkie komórki ruchu.

W lodzie działa to wolniej i subtelniej, ale zasada jest podobna. Jeśli w głębi lądolodu istnieje układ, w którym dolne partie są relatywnie cieplejsze i bardziej plastyczne, a wyżej jest chłodniej i sztywniej, to wystarczy odrobina nierównowagi, żeby materia zaczęła się reorganizować. Lód wcale nie musi pękać ani topnieć, żeby się przemieszczać. On potrafi się odkształcać, ziarno po ziarnie, w skali, która dla człowieka jest niewidoczna, ale dla setek metrów lodu robi różnicę.

Glony zaciemniają duże obszary lodu na Grenlandii /Fot. Laura Perini

Najciekawsze w tej interpretacji jest to, że nie wymaga egzotycznych zdarzeń. Nie trzeba zakładać katastrofalnych epizodów ani jednorazowych anomalii. Wystarczy zestaw warunków, które w jednym regionie są spełnione częściej: odpowiednia temperatura w głębi, odpowiednia miękkość lodu i środowisko przepływu, które nie rozrywa struktur na strzępy.

Konwekcja nie lubi, gdy materiał jest intensywnie ścinany poziomo, bo wtedy zamiast spokojnych pióropuszy masz ciągłe rozciąganie i mieszanie na inny sposób. I to dobrze pasuje do tego, że północ Grenlandii, mniej dynamiczna niż obszary szybciej spływające ku wybrzeżom, może być bardziej podatna na takie pionowe wzory.

Dlaczego północ Grenlandii sprzyja pióropuszom i co to mówi o wnętrzu lądolodu?

Kiedy patrzysz na mapę Grenlandii, łatwo wrzucić cały lądolód do jednego worka. A on jest jak miasto z dzielnicami, które żyją własnym rytmem. Są rejony, gdzie lód przyspiesza, gdzie system jest poszatkowany szczelinami, gdzie woda z roztopów potrafi wnikać w głąb i działać jak smar. Są też obszary bardziej stabilne, gdzie akumulacja i przepływ są spokojniejsze, a dynamika nie jest napędzana dramatycznymi zmianami na powierzchni.

Północna Grenlandia jest szczególna właśnie przez tę względną stabilność i przez warunki termiczne w głębi. Jeżeli tamtejszy lód jest cieplejszy w dolnych partiach i jednocześnie mniej męczony przez silne ścinanie, to pióropusze mają szansę rosnąć i trwać. To trochę jak różnica między spokojnym jeziorem, na którym widać każdy prąd i wir, a rwącą rzeką, gdzie wszystko miesza się natychmiast i żaden wzór nie ma czasu się utrwalić.

Taka perspektywa daje też dodatkową korzyść: struktury przestają być tylko zagadką, a stają się wskaźnikiem. Jeśli rozumiemy, w jakich warunkach powstają, możemy traktować je jak informację o właściwościach lodu, których nie da się łatwo zmierzyć bezpośrednio. Radar pokazuje efekt końcowy, a model może podpowiedzieć, co musiało zajść, żeby ten efekt się pojawił. W praktyce to krok w stronę lepszego mapowania tego, gdzie lądolód jest bardziej podatny na deformację, a gdzie trzyma się sztywno jak stalowa płyta.

Monika WojciechowskaM
Napisane przez

Monika Wojciechowska

Najbliższe są mi tematy związane z nauką, gadżetami i motoryzacją, a szczególne miejsce zajmują wśród nich astronomia i astrofizyka.