Rankiem 11 lipca 1923 roku kustosz katedry gnieźnieńskiej, jak zwykle na koniec wycieczki, sprowadził turystów do skarbca mieszczącego się pod chórem. Po zwiedzeniu wraz z nimi tego niezwykłego miejsca zamknął wielkie drzwi do skarbca, a następnie udał się w kierunku ołtarza. Po wybiciu godziny dwunastej w świątyni pojawiła się kolejna grupa zwiedzających. Tym razem zamek do skarbca nie chciał ustąpić. Kościelny, zamiast wezwać ślusarza, długi czas sam mocował się z drzwiami. Na próżno. W końcu zdecydował się sprowadzić fachowca, ale ten miał dla niego bardzo złe wieści… Złodzieje ukradli siedem złotych kielichów, monstrancję oraz XV-wieczny relikwiarz, wysadzany czterdziestoma szafirami i ośmioma perłami, w którym przechowywana była głowa świętego!

NAWRÓCONY IMPREZOWICZ


Wojciech również za życia nie miał szczęścia; może dlatego niczego nie udało mu się doprowadzić do końca. Urodził się w 956 roku jako szósty syn Sławnika, władcy maleńkiego księstwa libickiego. Nie mając szans na samodzielne rządy, zgodnie ze średniowiecznym zwyczajem, w szesnastym roku życia został skierowany do stanu duchownego. Początkowo nie bardzo odpowiadała mu ta rola. Zamiast przykładać się do nauki, wolał całodniowe hulanki w podejrzanym towarzystwie. „Przez cały ten czas cechowała go swawola, jak każdy człowiek lgnął do ziemskich uciech (…) łakomiąc się na jedzenie i picie” – pisał jego bliski znajomy Bruno z Kwerfurtu.

Nie pomogły połajania dostojników kościelnych ani wielokrotne lanie rózgą. Dziewięć lat w Magdeburgu, mimo blizn na plecach, zostawiło raczej wesołe wspomnienia. Wydawało się, że to samo powtórzy się w Pradze, ale tu po pewnym czasie nastąpiła ducho-wa przemiana. Miejsce erotyczno-alkoholowych imprez zajęły modlitwy, pomoc ubogim i krzewienie wiary. Takiego „pokutnego mnicha” Czesi z przyjemnością wypromowali w 983 roku na biskupa Pragi. Sęk w tym, że Wojciech okazał się nieudolnym politykiem i bardzo szybko popadł w konflikt z księciem Bolesławem II. Na domiar złego nastawił przeciw sobie wszystkich praskich duchownych. Osamotniony, po pięciu latach kierowania diecezją, stchórzył i uciekł do Rzymu. Co prawda z końcem 992 roku, naciskany przez synod i papieża, wrócił do Pragi, ale tu potrafił jednoczyć wyłącznie swych wrogów.

Nic dziwnego, że wytrwał zaledwie dwa lata i znów uciekł do Rzymu. Porzucenie diecezji było wedle prawa kanonicznego bardzo ciężkim wykroczeniem, wytoczono mu więc proces. Ponieważ Wojciech błagał, aby nie przywracać go na stanowisko biskupa – ogłoszono, że uniknie kar kościelnych, jeśli wyruszy na pielgrzymkę pokutną, a następnie na misje do pogan. Co usłyszał, to wykonał. Po Moguncji udał się do Francji, a następnie do Niemiec, gdzie znalazł przyjaciela w osobie cesarza Ottona III. Stamtąd Wojciech, w towarzystwie przyrodniego brata Radzima - Gaudentego, skierował się na Węgry, a potem do Polski.

Książę Bolesław Chrobry przyjął go serdecznie, co wynikało wyłącznie z politycznych kalkulacji. Polski władca starał się bowiem o pozyskanie korony, a Wojciech znał przecież cesarza i wielu wpływowych dygnitarzy kościelnych. Poza tym ochrzczenie Prusów mogło się stać przyczynkiem do ich łatwiejszego podbicia przez polskiego księcia.

POGAŃSKA WŁÓCZNIA