Mecz baseballu w USA. Na trybunach dziesiątki tysięcy kibiców. W centrum pola gry staje pitcher (miotacz). W rogu, kilkanaście metrów dalej, przykuca jego partner – catcher (łapacz). Głównym zadaniem catchera jest wyłapywanie piłek rzucanych w jego kierunku przez pitchera. W ten sposób tych dwóch zawodników prowadzi atak na stojącego obok łapacza, tzw. battera, czyli pałkarza (przeciwnik z drugiej drużyny wyposażony w kij). Jak to zrobić? W baseballu amatorskim gra odbywa się nieco na oślep. Jest rzut, przypadkowe uderzenie kija i piłka leci właściwie tam, dokąd chce. Dla zawodowców to nie do pomyślenia. Ligowy pitcher i ligowy catcher potrafią błyskawicznie ocenić sytuację na boisku, wybrać taktykę ataku i w ciągu kilkunastu sekund wymienić się informacjami – bez użycia nawet jednego słowa. Stosują do tego – podobnie jak zawodnicy uprawiający wiele innych zespołowych sportów – wyjątkowo wyrafinowany kod gestów. I choć współczesny sport jest coraz bardziej przesiąknięty elektroniką, język pozawerbalny okazuje się bardziej skuteczny niż stosowane dotychczas rozwiązania technologiczne.

KRADZIEŻ PALCÓW


Rodzaj piłki (prosta, podkręcona, podana możliwie nisko) oraz kierunek rzutu catcher sygnalizuje za pomocą wychylania odpowiedniej liczby palców (przy piłce szybkiej pokazuje się jeden palec, przy podkręconej dwa, a trzy palce oznaczają rzut niski, bliżej ziemi). To jednak dopiero połowa sukcesu. Trzeba pamiętać, że najważniejszy jest rzut wykonany nie tylko z odpowiednią siłą, ale też właściwie skierowany. Piłka wyrzucona przez pitchera leci z prędkością około 150 km/godz. Żeby mogła zostać odbita, batter (a więc przeciwnik z kijem) musi w nią trafić i uderzyć z mocą odpowiadającą 6,5 tys. watów (lub, co może bardziej przemawia do wyobraźni, dziewięciu koni mechanicznych).

Od chwili wyrzucenia piłki do uderzenia mija około 90 milisekund, więc niewłaściwe uderzenie sprowadza się do jednego – drużyna traci czas, który konkurentom potrzebny jest do zdobycia punktu. Jak catcher sygnalizuje pitcherowi kierunek rzutu? Tu system jest już znacznie bardziej złożony. Najpierw palcami pokazuje się rodzaj piłki, a potem dodaje jej „adres”. Dla przykładu: przy szybkiej piłce catcher wystawia najpierw jeden palec, robi chwilę przerwy, a potem – jeśli piłka ma zostać wybita do środka – dwa palce. Szybkie podkręcenie to podwójne wystawienie jednego palca. Odmianą tego sposobu komunikowania jest dotykanie odpowiedniej części sportowej garderoby.

Rzuty można sygnalizować palcami i przez dodatkowe wskazywanie maski, rękawicy czy rękawa koszulki. Ten sposób ma całkiem prozaiczne wytłumaczenie. Stosują go zawodnicy, których zawodzi wzrok i mają problemy z dostrzeganiem samych palców. Ktoś, kto układał przepisy baseballu, zadbał nawet o zapis, że zawodnikom do barwienia rękawic wolno stosować odblaskową, fluorescencyjną farbę! „Musicie widzieć siebie nawzajem, żeby wiedzieć, co chcecie pokazać i jak zagrać” – można wyczytać w podręcznikach dla początkujących baseballistów. Tajemnice kodów „palcowych” są skrzętnie skrywane, bo ich przejęcie (w sportowym żargonie: kradzież) oznacza wygranie całego meczu. Catcherzy muszą się nauczyć takiej sygnalizacji, żeby ich adwersarze nie mogli uzyskać żadnej informacji. W praktyce kucają bez szerokiego rozstawiania kolan i bardzo dbają o to, żeby nikt ich nie podejrzał.

To, czego nie widzą konkurenci, jest jednak bardzo ciekawe dla kibiców. Podczas relacji telewizyjnych dodatkowa kamera podpatruje ruchy rąk łapacza. Wszyscy chcą wiedzieć, co się będzie działo, bo wyliczanka na palcach pozwala się zorientować w akcji – ruchy ręki łatwo powiązać z zachowaniem drużyny na boisku, atakami, przejściami itp. W grze w baseball liczy się również pomoc coacha – trenera. To on jest autorem języka gestów i to on ćwiczy go ze swoimi zawodnikami. Podczas meczu stale kontroluje sytuację i włącza się do akcji jeszcze bardziej tajemniczo. Dotyka ręką daszka czapki, drapie za uchem lub w odpowiedni sposób łapie za głowę. Co oznacza ta dziwaczna pantomima? Nie wiadomo – ten sekret jest wyjątkowo mocno strzeżony.

JĘZYK AUTOMATYCZNY


Sygnały można również spotkać w wielu innych grach zespołowych: hokeju na trawie, futbolu amerykańskim, siatkówce czy koszykówce. Sygnalizacja jest jednak znacznie mniej skomplikowana – zawodnicy przekazują sobie głównie kierunek ataku. System kodów, tak jak w baseballu, układa zwykle trener. Niezwykła skuteczność tego „języka” bierze się stąd, że zrozumienie gestów odbywa się automatycznie, bez angażowania słuchu i uruchamiania dużych partii kory mózgowej. Dlatego znaki niewerbalne mogą być wykorzystane nawet w bardzo dynamicznej koszykówce. Informacja przesłana od trenera pozwala w mgnieniu oka ustawić skuteczną obronę czy wybrać, który z zawodników wykona atak. Wystarczy, żeby trener złożył dłonie na kształt litery „L”, żeby gra przeniosła się na lewą stronę boiska. Cztery palce rozłożone na prawej dają z kolei informację, że grę będzie wykonywał czwarty z piątki graczy itp. Odpowiednia gestykulacja pozwala podkręcić tempo gry, a także zatrzymuje zawodników na boisku. Często zdarza się, że w ferworze walki koszykarze zbyt szybko wracają na swoją połowę. Kilkukrotny ruch dłoni z rozłożonymi palcami, którą trener zdaje się poklepywać niewidoczną przeszkodę, zatrzymuje graczy na właściwych pozycjach.

 

Znacznie bardziej złożone są kody, którymi posługują się sędziowie. Każdy z nich ma nie lada zadanie do wykonania – w sportach takich jak zapasy, hokej, piłka nożna, rugby do przekazania informacji stosuje się kilkanaście różnych układów ciała. W ten sposób sędziowie boczni szybciej komunikują się z sędziami głównymi lub jasno i bez barier językowych – z zawodnikami. Gesty sędziów najczęściej umykają kamerom. Z wyjątkiem jednego, znanego z boisk futbolowych: rękę z uniesioną do góry czerwoną kartką chętnie pokazuje i powtarza każda stacja telewizyjna.

FLAGA ZAMIAST RADI


Gesty lub znaki przydają się nie tylko w zespole. W Formule 1 system kilkunastu flag pozwala na przekazywanie informacji bezpośrednio do kierowcy. Teoretycznie w każdym bolidzie jest radiostacja, więc zawodnik ma obustronny kontakt z boksami serwisowymi i szefem swojego zespołu. Tyle tylko, że mechanicy widzą jedynie kilkusetmetrowy fragment toru i nie wiedzą, co się na nim dzieje, a radio – przy dużym poziomie hałasu i zakłóceń sygnału – bywa zawodne.

W sytuacji zagrożenia znacznie szybciej reagują tzw. marshalle (komisarze toru), którzy w Formule 1 pełnią rolę piłkarskich sędziów bocznych. Każdy z nich zajmuje się krótkim wycinkiem trasy i jego zadaniem jest przekazywanie informacji kierowcom. Jak to zrobić, kiedy samochody Formuły 1 rozpędzają się do 320–350 km/godz. i sygnały naprawdę łatwo przeoczyć? Wystarczy zastosować flagi o różnych kolorach, które dobrano tak, żeby nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Dla przykładu: czerwień to znak zatrzymania wyścigu, żółć oznacza niebezpieczeństwo, a niebieski – „inny kierowca chce wyprzedzać”. W dobie komunikacji satelitarnej flagi wydają się anachronizmem. Jednak w tak specyficznych warunkach niczego lepszego dotąd nie wymyślono. Błysk kolorowej szmaty dochodzi do mózgu kierowcy w czasie milisekund i, co najważniejsze, jest od razu identyfikowany i klasyfikowany. Pomyłki zdarzają się niezwykle rzadko, czego o komunikacji przez radio powiedzieć się nie da.

ZABIJ I WYGRAJ!


Niektóre zachowania wyrażane pozawerbalnie (bez użycia słów) mają za zadanie wyprowadzenie z równowagi przeciwników. Tak jest ze słynnym tańcem nowozelandzkich rugbistów z drużyny „All Blacks”, którzy przed każdym meczem odprawiają kolorowy rytuał Haka wzorowany na maoryskim tańcu bojowym. W dzisiejszym świecie „taniec” rugbistów bardziej przydaje się do ich promocji i na pewno nie odstrasza przeciwników, ale kiedyś, na prawdziwym polu walki, tancerze Haka musieli wzbudzać przerażenie. Zgięte przedramię odpowiednio skrzyżowane z drugą ręką to znak wyjątkowo zaczepny i wulgarny, ale za to świetnie rozumiany pod każdą szerokością i długością geograficzną. Przekonał nas o tym Władysław Kozakiewicz.

W 1980 roku ten najbardziej znany skoczek o tyczce na olimpiadzie w Moskwie pokonał barierę 5,78 m. Przed skokiem rosyjscy kibice go wygwizdali, na co – już po fakcie – Kozakiewicz zareagował emocjonalnie i złożonymi rękami pokazał moskwianom, co o nich naprawdę myśli. Gest przeszedł do historii. Mało kto dziś pamięta, że Polak zdobył wtedy złoto, za to „gest Kozakiewicza” żyje własnym życiem – niedawno odegrał główną rolę w reklamie żelu przeciwbólowego. Nic więc dziwnego, że i inni sportowcy komunikują się w podobny sposób z kibicami na trybunach. Trudno rozmawiać z całym stadionem, więc dobry gest ma naprawdę wielkie znaczenie. Pokaż, żeby zwyciężyć!

Rafał Jemielita