Sierżant Bóbr, krokodyl Tirek. Polacy kochają maskotki. Bawią, a czasem… straszą

Duże oczy, małe noski, miękkie futerko – to cechy, które od razu przychodzą na myśl, gdy myślimy o maskotkach. Pluszaki chętnie są wykorzystywane jako forma ocieplania wizerunku i dotarcia do dzieci i dorosłych. Dlaczego im się przyglądamy? Wszystko zaczęło się od mapy policyjnych maskotek w Polsce, ale sprawa jest znacznie ciekawsza!

To, że maskotki wyglądają tak, a nie inaczej nie jest oczywiście przypadkiem. Ich twórcy doskonale wiedzą jak grać na instynktach opiekuńczych dorosłych oraz zachwycie dzieci. Istnieje badanie, przeprowadzone przez Paule de Lancastre z portugalskiej uczelni Universidade Católica Portuguesa, z którego jasno wynika, że cechy pluszaków (krągłości, budowa twarzy, rozmiar oczu i innych elementów twarzy) działa pobudzająco na dzieci.

Dlatego trudno się dziwić, że różnego rodzaju instytucje starają się pomóc własnemu wizerunkowi zamawiając maskotki, które będą ich reprezentować. Futrzanych awatarów jest tak wiele, że zjawisko zauważył słynący ze społecznej wrażliwości serial „SouthPark”, który w jednym z wczesnych sezonów umieścił Pandę opowiadającą o zagrożeniach związanych z molestowaniem seksualnym. 

Zostańmy jednak jeszcze na chwilę w Polsce. Tutaj pomysł zdecydowanie się przyjął. Sznupek na Śląsku, Zebra na Mazowszu, Pyrek w Wielkopolsce i wiele innych. Przebrani w kostiumy funkcjonariusze (lub pracownicy firm wypożyczających kostiumy) odwiedzają przedszkola, szkoły i festyny miejskie promując działania swoich formacji.

 

Skutecznie? Tu już można się kłócić szczególnie, że niektóre z kreacji wyglądają bardziej niepokojąco niż przyjaźnie. Zresztą patrząc na spojrzenia, jakimi urzędnicy obdarzają tą na poniższym filmie można domyśleć się szerokiej palety uczuć towarzyszących spotkaniu takiego awatara. 

Krążąca w sieci mapa maskotek pokazuje fantazję z jaką opracowuje się koncepty i nazewnictwo takich postaci.

Źródło: Facebook

 

Inne służby także chętnie korzystają z takiej formy promocji. Inspektor Transportu Drogowego ma krokodyla Tirka, ponieważ ze względu na zielony kolor mundurów inspektorów nazywa się krokodylami. Na szczęście krokodyl Tirek nie ma partnerki, bo strach bierze jak mogła by się nazywać.

Urzędowe maskotki pojawiają się w lokalnych oddziałach straży miejskich oraz biurach urzędów gmin i wojewódzkich. Gmina Pniewo z pomocą dwóch postaci promowała rozliczanie podatku PIT. Ocenę skuteczności takiej promocji pozostawiamy wam. 

 

Osobnym rozdziałem pluszowego szaleństwa są maskotki drużyn sportowych. Towarzyszą imprezom, otwierają zawody, występują w przerwach rozgrywek, są stałym elementem krajobrazu widowiska sportowego. Nawet gdy, jak ta smutna papuga, która niegdyś wspierała Bogorię Grodzisk Mazowiecki, nie bardzo ma ochotę. 

 

Maskotki drużynowe uczestniczą w zbiórkach charytatywnych, towarzyszą młodzieżowym drużynom i zachęcają do sportu. Czasem jednak i im zdarza się „zbłądzić”, co pokazuje historia Żabolka. Maskotka Górnika Zabrze zachowywała się prowokacyjnie podczas meczu swojej drużyny z Jagiellonią Białystok.

Sprawa stała się głośna, szczególnie w środowiskach kibicowskich. Klub, nie czekając na to aż mleko rozleje się szerzej, postanowiło wezwać Żabolka na połajankę. 

Jak wspominaliśmy na samym początku – królami maskotek pozostają Amerykanie i ich tradycja sportowo-festynowa („festyniarska” brzmi pejoratywnie, a nie chcemy obrażać fanów sportu). Ich drużynowe postaci totemiczne potrafią toczyć boje na boiskach, śmiać się z kibiców i robić psikusy zawodnikom własnej drużyny. Ich wejście na murawę z reguły budzi entuzjazm. Przypadek pewnej  wyjątkowej ryby z Chicago doskonale to obrazuje.

 

Mackerel Jordan to wielka makrela z wywalonym językiem, występująca w ubraniu drużyny NBA Chicago Bulls. Jej imię oraz strój to oczywiście dowcip z zawodnika NBA Michaela Jordana, który niegdyś był królem koszykówki. Chicago zresztą ponoć słynie z dobrej makreli, więc dowcip jest podwójny. Maskotka stała się sławna po tym jak zaczęła dosłownie pożerać sędziów, zawodników i pracowników obiektów sportowych. Na dodatek po skończonym posiłku bardzo często wypluwa ubranie swoich „ofiar”. Oczywiście publiczność wita to oklaskami i śmiechem.

Na koniec coś, co trudno nam zrozumieć, choć naprawdę próbujemy dowiedzieć się gdzie tkwi „magia” pluszowych przedstawicieli. Trzy słowa: King Cake Baby. To maskotka towarzysząca drużynie The New Orleans Pelicans. Swoim wyglądem nawiązuje do tradycyjnej potrawy przygotowywanej z okazji karnawału Mardi Gras. Kiedyś chowano w nim pojedyncze nasiona fasoli, które miały symbolizować dzieciątko Jezus, z czasem zastąpiono je malutkimi figurkami. Tradycja ciekawa, oczywiście nie dziwimy się nawiązaniom, ale wygląd maskotki Pelikanów… Cóż… Jest po prostu upiorny!

Wszystkim narzekającym na mnogość i design polskich maskotek możemy powiedzieć jedno: wszystkie są lepsze od tego dzieciaka!