-  pisze specjalnie dla "Focusa Historia"  Witold Pronobis. Historyk i były dziennikarz Radia Wolna Europa, a zarazem krewny generała, tropił jego zdrajców kilkadziesiąt lat. Oto raport z jego śledztwa

Historię mojego śledztwa tropem zdrajców gen. Grota ujawniłem podczas spotkania zorganizowanego 26 listopada 2009 r. przez szczeciński Klub Historyczny im. Grota-Roweckiego przy tamtejszym oddziale IPN. Niestety, w dużym reportażu „Gazety Wyborczej” pt. „Ostatnia misja Kalksteina” z 12 grudnia tego samego roku pominięto tę okoliczność, a pochodzące ode mnie i podane wówczas informacje, łącznie z dokonanymi przeze mnie najnowszymi odkryciami, zostały przekazane w taki sposób, by czytelnicy odnieśli wrażenie, że większość z nich jest efektem „dziennikarskiego śledztwa” autora wspomnianego reportażu. Składane do redakcji „GW” protesty i prośby o sprostowanie (zawłaszczono i wydrukowano też w tym reportażu jedną z posiadanych przeze mnie fotografii Kalksteina) – jak do tej pory zignorowano.Śledztwo w sprawie śmierci generała Grota-Roweckiego prowadzone przez szczeciński oddział IPN zostało umorzone w 2007 roku ze względu na śmierć sprawców. Wytypowano ich chyba w mało przekonujący sposób, choć pewnie zgodnie z prawem. Zdaniem prokuratorów bowiem byli nimi: Heinrich Himmler, Anton Kaindl (komendant obozu w Sachsenhausen) i Kurt Eckarius (komendant podobozu Zellenbau). Dlaczego jednak nie ma wśród nich np. szefa gestapo Heinricha Müllera (którego śmierć nie została zresztą do dzisiaj potwierdzona) czy SS-Untersturmführera Ericha Mertena – głównego organizatora siatki Kalksteina – któremu przypisywano w Berlinie zasługę pojmania przywódcy polskiego podziemia?W moim jednak przekonaniu najbardziej oczywistymi sprawcami śmierci Grota   (i tutaj dopiero możemy mówić o zbrodni) byli: Ludwik Kalkstein, a bezpośrednio Eugeniusz Świerczewski – członek jego grupy, stworzonej przez warszawskie gestapo po zdradzie Kalksteina w 1942 r. Personalnie nadzorował jego grupę wspomniany wyżej Erich Merten. Jej członkowie byli zaprzysiężonymi żołnierzami AK. Wydając swojego dowódcę w ręce wroga, musieli zdawać sobie sprawę, że może zostać stracony i to najprawdopodobniej po ciężkich torturach. Jeśli więc rzeczywiście wymienienione wyżej osoby wyśledziły i wskazały gestapowcom generała Grota-Roweckiego, a wszystko na to wskazuje, z całą pewnością są winne jego śmierci i to przede wszystkim wokół nich powinno toczyć się wspomniane śledztwo.

Motywacja zdrajców

 

Zdekonspirowany przez kontrwywiad AK agent gestapo Eugeniusz Świerczewski został ujęty w Warszawie 20 czerwca 1944 r. Jeszcze tego samego dnia – po przesłuchaniu – na mocy wyroku wojskowego sądu został powieszony w piwnicy domu przy ulicy Krochmalnej 74. Jego zwłoki zostały zakopane pod podłogą. Śledztwo kontrwywiadu AK wykazało, że przed śmiercią Świerczewski działał w strukturach państwa podziemnego na polecenie Untersturmführera Ericha Mertena. Należał do siatki kierowanej przez Ludwika Kalksteina, w której pracowała też Blanka Kaczorowska. Działając we dwójkę lub pojedynczo, okazali się zabójczo groźni dla państwa podziemnego. Informacje przekazane przez Świerczewskiego na Krochmalnej były na tyle szokujące, że kierownictwo polskiego podziemia nakazało jak najszybszą likwidację obojga. Akcji nadano kryptonim „Pudełko”. Specjalny oddział Armii Krajowej o kryptonimie 993/W, przeprowadzający między innymi akcje likwidacyjne na zdrajcach, dość szybko zlokalizował miejsce zamieszkania małżeństwa Kalksteinów na rogu ulic Śniegockiej i Koźmińskiej. Obserwowano ich, ale oboje zdołali jakoś wymknąć się z obławy.

Kaczorowską już wcześniej uratowała zaawansowana ciąża i zwyczaj stosowany przez akowski wymiar sprawiedliwości, by nie likwidować skazanych na śmierć kobiet będących w takim stanie (w połowie kwietnia 1944 r. Kaczorowska urodziła syna, najprawdopodobniej w jednym z niemieckich szpitali). Wiadomo, że poszukiwano ich jeszcze w czasie Powstania Warszawskiego. Także w grudniu 1943 r. pojmano za sprawą donosu Kaczorowskiej kilkunastu pracowników Biura Studiów Oddziału II KG AK, między innymi Irenę i Janusza Wituskich, Halinę Skierską, Marię Dziubakową, Marię Ike-Dunikowską, Natalię Rykowską, Eryka i Jadwigę Scharfenbergów. To Kaczorowska zadenuncjowała Karola Trojanowskiego „Radwana”, kierownika Referatu Zachodniego wywiadu ofensywnego („Stragan”), który był jej oficerem prowadzącym. Zdrada ta miała dalsze tragiczne konsekwencje, gdyż „Radwan” nie wytrzymał brutalnych przesłuchań i ujawnił przesłuchującym go gestapowcom kolejne osoby zaangażowane w prace polskiego podziemia.

Ostatnią ofiarą Kaczorowskiej była dr Jadwiga Krasicka z Wywiadu Przemysłowo-Gospodarczego AK. Z zadenuncjowanych przez Kaczorowską osób prawie wszystkie zginęły w katowniach na Pawiaku lub na Szucha. Wielu po okrutnym śledztwie pociągnęło za sobą dalsze ofiary... Postępowanie Kalksteina mogłyby tłumaczyć tortury w trakcie przesłuchań, przez które niewątpliwie przechodził na Szucha, gdy gestapo pochwyciło go po zorganizowaniu „kotła” w jednym z wykorzystywanych przez niego lokali. Wielu przed nim i wielu po nim nie było w stanie wytrzymać znęcania się śledczych. To zrozumiałe. Tego samego dnia aresztowano także jego rodziców i siostrę (żonę Eugeniusza Świerczewskiego).

Z pewnością stosowano wobec niego różne formy nacisku i szantażu. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że gdy tylko uległ gestapowskim żądaniom, członków jego rodziny wypuszczono. Jak bardzo byli wcześniej bici, świadczy fakt, że zarówno siostra, jak i ojciec przeżyli po pobycie w katowniach gestapo zaledwie kilka tygodni. Załamanie się Kalksteina w czasie śledztwa nie może więc budzić zdziwienia. Trudno byłoby też jednoznacznie potępić tę zdradę, gdyby nie fakt, że zgadzając się na współpracę, przejawiał w niej z czasem znaczne zaangażowanie, nawet gorliwość i niemal natychmiast wszczął starania o umieszczenie go na niemieckiej liście narodowościowej. Atutem Kalksteina było pruskie pochodzenie. Jego przodkowie 300 lat wcześniej przenieśli się do Polski po konflikcie z elektorem Fryderykiem Wilhelmem I. Byli od tego czasu wiernymi i lojalnymi obywatelami Rzeczypospolitej. Aż do zdrady Ludwika Kalksteina, zapewne początkowo nie całkiem dobrowolnej. Warto pamiętać, że przed aresztowaniem wyróżniał się wybitnymi osiągnięciami wywiadowczymi na rzecz antyhitlerowskiego podziemia. Zostały zresztą uhonorowane przez Komendę Główną Armii Krajowej przyznaniem mu w 1941 roku Krzyża Walecznych. Jednak niecały rok później Ludwik Kalkstein był już aktywnie związany z wywiadem niemieckim i w sposób coraz bardziej zaangażowany wydawał w ręce gestapo swoich niedawnych kolegów.

Dla porządku należy zaznaczyć, że także Blanka Kaczorowska, jeszcze zanim poznała Kalksteina, zdobywała w rodzinnych Siedlcach cenne informacje wywiadowcze, wysoko oceniane w podziemiu i świadczące o jej odwadze. Nawiązała, a potem utrzymywała bliskie kontakty z pracującym w tym mieście oficerem Wehrmachtu stacjonującym na miejscowym lotnisku Johannesem Berentem. Pomimo zauroczenia osobą przystojnego Niemca przekazywała swoim dowódcom z AK uzyskane od niego wiadomości. Dotyczyły między innymi uzbrojenia oddziałów stacjonujących na siedleckim lotnisku. Berent podobno z czasem zorientował się w jej kontaktach z polską konspiracją, jednak nie potrafił zadenuncjować pięknej Polki. Przełożeni na wszelki wypadek polecili wówczas Kaczorowskiej opuścić Siedlce i udać się do Warszawy. Z racji doświadczeń w pracy wywiadowczej umieszczono ją, pod pseudonimem „Sroka”, w grupie operacyjnej „Hanka”, dowodzonej przez Kalksteina. Wkrótce związali się ze sobą także uczuciowo i uchodzili za parę. Uniknęła skutków „kotła” i aresztowań członków tej grupy. Na wszelki wypadek zmieniła tylko miejsce zamieszkania, a na swojego byłego szefa i narzeczonego natknęła się przypadkowo już po wypuszczeniu go na wolność, prawdopodobnie późnym latem 1942 r. W kierownictwie AK panowało w tym czasie przekonanie, że Kalkstein został zamęczony na Szucha i nie żyje.

Redaktor marynista

Los Kalksteina i Kaczorowskiej w ostatnich miesiącach wojny i w PRL-u jest stosunkowo dobrze znany, przynajmniej do momentu opuszczenia przez nich więziennych cel. Chciałbym jednak przypomnieć choćby w zarysie historię tych dwojga z tamtych czasów, dla lepszego zrozumienia wydarzeń, które bezpośrednio wiązały się z moją rolą w całej tej sprawie. Co czuła i myślała Blanka Kaczorowska, będąc już w zaawansowanej ciąży, gdy cała Warszawa szykowała się właśnie do walki z Niemcami pod przywództwem jej niedawnych towarzyszy broni, a mąż poślubiony parę miesięcy wcześniej przyjął nowe nazwisko: Paul Henschel. Gdy tylko oficjalnie uzyskał pierwszą grupę na niemieckiej liście narodowościowej i włożył esesmański mundur, zamienił nazwisko na kolejne: Konrad Stark. Żonie również wręczył nowe dokumenty: kenkartę na nazwisko Elżbieta Walter. Z pewnością wiedzieli już wówczas o powieszeniu E. Świerczewskiego i o wyroku, który na nich wydano.

W trakcie powstania Kalkstein wysłał żonę z ich kilkumiesięcznym synkiem do Łowicza i umieścił w pokoju hotelowym, do którego klucze otrzymał od E. Mertena (cały czas blisko współpracowali). Sam pozostał w ogarniętej powstaniem Warszawie. Podobno walczył na Mokotowie, oczywiście po stronie Niemców. Do Łowicza dotarł dopiero w końcu października. Krótko pracował jeszcze w placówkach gestapo w Grójcu i Sochaczewie. Późną jesienią przenieśli się całą trójką do Skierniewic, gdzie wspólnie spędzili sylwestra i powitali Nowy Rok 1945. Potem się rozdzielili. Niebawem, niezależnie od siebie, znaleźli się w Łodzi. Tam Kalkstein otrzymał od Niemców jakieś pieniądze, radiostację i samochód z pracującym dla gestapo kierowcą o nazwisku Zdzisław Ciesielski. Najprawdopodobniej też jakieś zadania wywiadowcze, których nie miał już zresztą zamiaru wykonywać. Właśnie razem z Ciesielskim, już w cywilnych ubraniach, przeczekali wejście Rosjan do miasta, a w marcu po uspokojeniu sytuacji wyjechali do Krakowa.

Kalkstein przebywał tam kilka miesięcy, ciągle zmieniając mieszkania i kochanki. Wreszcie, już w 1946 r., jako Wojciech Mieczysław Świerkiewicz pojawił się na tzw. Ziemiach Odzyskanych, konkretnie w Szczecinie. Pracował tutaj jako dziennikarz w „Kurierze Szczecińskim” i specjalizował się w problematyce marynistycznej. Polskie Radio Szczecin regularnie emitowało jego słuchowiska. Popularny już wtedy pisarz Jerzy Andrzejewski (sportretowany jako „Alfa” w „Zniewolonym umyśle” Miłosza) przyjął go do Związku Literatów Polskich. Tutaj też odnaleźli go po kilku latach funkcjonariusze prowadzący śledztwo w sprawie jego współpracy podczas wojny z warszawskim gestapo. Został aresztowany w sierpniu 1953 r. Gdy po 12 latach opuścił więzienie, najpierw przyjechał właśnie tutaj – do Szczecina. Tym razem posługiwał się dowodem osobistym na własne nazwisko: Ludwik Kalkstein. Ale ukrywał ten fakt i przedstawiał się jako Ludwik Stoliński. W Szczecinie jednak nie udało mu się dłużej zagrzać miejsca. Zbyt wiele osób tutaj wiedziało, kim jest. Musiał wyjechać. Uwodził kolejne kobiety, przeprowadzał się do kolejnych miejscowości. Chyba nie szukał kontaktu z synem i byłą żoną, choć na pewno wiedział, że już od dawna przebywa ona na wolności (pozew rozwodowy został wniesiony przez B. Kaczorowską w 1955 r. w więzieniu w Fordonie). Bał się zresztą, że w Warszawie, gdzie mieszkała i pracowała, może zostać łatwo rozpoznany! W czasie gdy ona była już w Paryżu, osiadł w Mysiadle koło Piaseczna.

Tam właśnie w 1973 r. związał się z Teresą Ciesielską, córką bogatego rolnika. Nazwisko Ciesielska, jak udało mi się ustalić, nosiła po swoim pierwszym, nieżyjącym już mężu Edwardzie Ciesielskim, byłym więźniu Oświęcimia, współuczestniku słynnej ucieczki z tego obozu, zorganizowanej w kwietniu 1943 r. przez Witolda Pileckiego, zamordowanego w 1948 r. przez komunistów. Edward Ciesielski opublikował w 1968 r. swój pamiętnik „Wspomnienia Oświęcimskie”. Zbieżność nazwiska byłego gestapowskiego kierowcy, z którym w kwietniu 1945 r. Kalkstein przeniósł się z Łodzi do Krakowa, i więźnia Auschwitz jest zupełnie przypadkowa.

Kalkstein postanowił przenieść się z Teresą w okolice Jarocina, tym razem inwestując w hodowlę świń. Ale i tam dość szybko go odszukano. W lutym 1980 r. do RWE przyszedł anonimowy list z jego adresem; tenże list po sprawdzeniu prawdziwości zawartych w nim informacji trafił na antenę. Kilka miesięcy później, gdy zapanowała „solidarnościowa” wolność, historią Kalksteina zaczęło się interesować i pisać o niej coraz więcej dziennikarzy. Zniknęły szanse na dalszą anonimowość. Rozpoznawano go na ulicy, wytykano palcami. Zdecydował się wówczas opuścić Polskę i wyjechać na Zachód. Przedtem, po raz ostatni, zmienił personalia. Przybrał nazwisko żony (Ciesielski) i w listopadzie 1981 r. opuścił kraj. W Urzędzie Paszportowym istnieje adnotacja, że udał się do Paryża. Wydawało mu się, że wreszcie bezpiecznie ukryje swoją tożsamość i prawdziwe personalia, także przed RWE. I pewnie by mu się to udało, gdyby nie postanowił zemścić się na tej rozgłośni, która tak skutecznie dotąd nie dawała mu spokoju...

Z CIECh-u do Luwru

 

Blanka Kaczorowska w 1945 r. odnalazła w Łodzi niespodziewanie swojego ojca Jana Kaczorowskiego, który był zatrudniony w łódzkim sądownictwie wojskowym. Przez ojca poznała sędziego, potem właściciela prywatnej kancelarii prawniczej Romana Rawicza-Vogla. Choć był znacznie od niej starszy, po kilku tygodniach zamieszkała u niego i znajomym przedstawiała jako swojego męża. W 1948 r. przenieśli się do Warszawy i zamieszkali w zakupionym przez jej ojca domu przy Bachmackiej 15. Jeszcze w Łodzi podjęła studia uniwersyteckie na Wydziale Humanistycznym, które ukończyła w Warszawie. Wstąpiła do Polskiej Partii Robotniczej (PPR-u) i aktywnie udzielała się w Akademickim Związku Walki Młodych „Życie”. Po uzyskaniu dyplomu znalazła pracę w Państwowym Instytucie Badania Sztuki Ludowej.

Została aresztowana w momencie, gdy dyrekcja instytutu postanowiła wysłać ją na studia doktoranckie do Pragi. Zatrzymano ją w grudniu 1952 r. pod zarzutem kolaboracji i agenturalnej współpracy z gestapo. Wkrótce odbył się jej proces, zakończony wyrokiem dożywotniego więzienia. Przesiedziała jednak zaledwie 5 lat i mury więzienia w Fordonie pod Bydgoszczą opuściła już w 1958 r. Zgodziła się na ścisłą i lojalną współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, udowadniając ją jeszcze w celi gorliwym donoszeniem na współwięźniarki. W końcu czerwca 1959 r. została tajnym płatnym współpracownikiem Departamentu II (odpowiedzialnego za działalność kontrwywiadowczą) jako agentka „Katarzyna”. Ponieważ jej akta zostały w 1982 r. zniszczone, dokładnego charakteru jej współpracy, osób, które denuncjowała, i zadań, które wykonywała, także później we Francji, nie udało mi się odtworzyć. Od 1949 do 1968 r. (z przerwą spowodowaną aresztowaniem i uwięzieniem w latach 1953–1958) B. Kaczorowska mieszkała z synem w Warszawie we wspomnianym domu przy ul. Bachmackiej, wspólnie z rodziną swojego brata Włodzimierza (zmarł w 1975 r.). Później wprowadziła się tam także jej synowa. Młodsza od Blanki o 8 lat siostra Irena w końcu lat 60. przeprowadziła się do Szwajcarii i zamieszkała z mężem w Genewie.

Współpraca ze służbami pozwoliła też Kaczorowskiej, niemal natychmiast po zwolnieniu z więzienia, znaleźć atrakcyjne miejsca pracy. Najpierw był to CIECh, czyli Centrala Importowo-Eksportowa Chemikaliów przy ul. Powązkowskiej w Warszawie.Po roku przeniosła się do Państwowego Instytutu Wzornictwa Przemysłowego (ul. Świętokrzyska 20), a w kilka miesięcy później do „Orbisu”. Właśnie tam, pracując w Oddziale Zagranicznej Obsługi Turystów (ul. Krakowskie Przedmieście 40), związała się z peerelowskim kontrwywiadem. Najwyraźniej rodzaj stawianych przed nią zadań z czasem uległ zmianie, co w 1965 roku spowodowało przesunięcie jej do pracy jako głównej sekretarki w Centrali Importowo-Eksportowej „Foto-Kino-Film” (ul. Foksal 18).

W 1964 roku dziennikarz Krzysztof Kąkolewski napisał swój głośny reportaż pt. „Barwy hetmanów i czerń SS” na temat Kalksteina, który wówczas jeszcze siedział w więzieniu w Strzelcach Opolskich. Przeprowadził też przy okazji (w kawiarni) rozmowę z Blanką Kaczorowską. Opowiedziała mu o swojej pierwszej miłości, J. Berencie, czyli o owym niemieckim oficerze Wehrmachtu z Siedlec, którego uwiodła na żądanie Armii Krajowej, o jej prawdziwych uczuciach i stosunku do Kalksteina, obecnych kłopotach z mężczyznami i o synu, noszącym jej panieńskie nazwisko, który wie, że „ jest napiętnowany jakby grzechem pierworodnym”. Jak stwierdziła w tej rozmowie, nie ma szans na żaden trwały związek, gdyż mężczyźni, których spotyka na swojej drodze, natychmiast znikają, gdy tylko dowiadują się o przyczynach jej niedawnego uwięzienia. Wyznała, że nie widzi przed sobą przyszłości. Autor reportażu K. Kąkolewski wystrzegał się, by w tekście nie wymienić miejsca pracy swojej bohaterki. Z pewnością na życzenie Służby Bezpieczeństwa.

Powyższe wyznania pozwalają zrozumieć jej pragnienie opuszczenia kraju. Poza tym wykorzystujący ją funkcjonariusze służb specjalnych musieli zdawać sobie sprawę, że na skutek jej haniebnej przeszłości przydatność na terenie Polski tej wiernej agentki jest bardzo ograniczona. Decyzja wyjazdu akurat do Francji mogła być spowodowana jej względną znajomością francuskiego, wyniesioną jeszcze ze szkoły (w tym języku porozumiewała się w Siedlcach z Berentem). Należało też przygotować dla niej nowe zadania, znaleźć podstawy materialne i przekonujące uzasadnienie pobytu we Francji. Wyjechała samotnie 28 marca 1968 r. z turystycznym paszportem i prawem wielokrotnego przekraczania granicy. W kwestionariuszu wizowym wpisała też powód wyjazdu z kraju: badania nad zagadnieniami z historii sztuki. W czytelni muzeum w Luwrze, w księdze wpisów z 1969 r., kilkakrotnie znalazłem jej nazwisko i temat, nad którym rzekomo tam pracowała: „Mieszczaństwo drugiej połowy XVIII w. w malarstwie Canaletta w zbiorach Luwru i Muzeum Narodowego w Warszawie”. Nie była jednak normalną turystką. Często jeździła do Warszawy i jeszcze w 1971 r. odbierała pensję w Centrali Importowo-Eksportowej „Foto-Kino-Film”, choć w Paryżu nawet fikcyjnie nie występowała jako reprezentantka tej firmy.

Zaczynam własne śledztwo


Mój kontakt ze sprawą aresztowania gen. Grota-Roweckiego miał bardzo długo charakter przede wszystkim rodzinnych dyskusji i wspomnień. Nawet jako zawodowy historyk w PRL-u miałem niewielkie szanse, by jakiekolwiek aspekty tej sprawy dokładniej poznać. Zmieniło się to radykalnie w momencie mojego pojawienia się w 1982 r. w Radiu Wolna Europa w Monachium. Powierzono mi tam stworzenie komórki, która miała zajmować się archiwizowaniem i naukowym opracowywaniem podziemnych publikacji, a także przygotowywaniem tekstów z drugoobiegowej prasy na antenę RWE. Jednym z podstawowym moich zadań było szukanie odpowiednich kontaktów, także z podziemiem w Kraju, by możliwie najszybciej sprowadzać tę prasę z Polski do Monachium.

Dzięki pobytowi tam poznałem cały szereg osób, które uczyniły dla mnie ów „wolnoeuropejski” okres z pewnością najbardziej interesującym etapem mojego życia. Za szczególny honor poczytuję sobie bliską znajomość z Tadeuszem Żenczykowskim. Gdy przybyłem do Monachium, kończył przygotowania do wydania książki dotyczącej gen. Roweckiego. Zamierzał ukazać w niej wyniki swoich wieloletnich poszukiwań dotyczących okoliczności aresztowania, pobytu w Sachsenhausen i wreszcie śmierci pierwszego dowódcy Armii Krajowej. Książka ukazała się ostatecznie we wrześniu 1983 r., nakładem londyńskiego emigracyjnego wydawnictwa Polonia Book Fund, pod tytułem „Generał Grot u kresu walki”.

Jak przypuszczałem, to właśnie Żenczykowski był motorem wszystkich doniesień radiowych, dotyczących sprawy Kalksteinów. Byli żołnierze Armii Krajowej wykorzystywali swoje kontakty, by go natychmiast informować o bulwersujących poczynaniach władz PRL-u i bezpieki, dotyczących różnych szczegółów sądowego procesu przeciwko zdrajcom „Grota”. Później nadeszły wiadomości o bezpodstawnym zastosowaniu wobec nich amnestii i wypuszczeniu na wolność. Wbrew artykułowi pierwszemu obowiązującego wtedy dekretu PKWN „O wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy oraz zdrajców narodu polskiego” i udowodnieniu im zbrodniczej kolaboracji, Kalksteinowie nie zostali skazani na śmierć, lecz „zaledwie” na dożywocie. Przebieg postępowania procesowego przedstawiono w artykule Waldemara Grabowskiego („Biuletyn IPN”, 2004, nr 8/9). Nie będę więc tutaj cytował tych szokujących nawet wówczas argumentów wysuwanych na ich obronę.

Już przy pierwszym spotkaniu opowiedziałem Żenczykowskiemu o swoim pokrewieństwie z Grotem i Roweckimi. Bardzo go to poruszyło, tym bardziej że interesował się moimi dokonaniami jako radiowego historyka i wspierał prace, jakie prowadziłem nad niezależnym podręcznikiem historii, prezentowanym słuchaczom na antenie. Wspominał też rozmowy z Feliksem Chrzanowskim, także moim wujem, który przed laty pracował w RWE. Niestety zmarł w Londynie kilka miesięcy przed moim wyjazdem z PRL-u. W każdym razie T. Żenczykowski, gdy tylko przebywał w Monachium, przychodził do mojego pokoju i dawał do przeczytania rozdziały swojej pracy o Grocie. Otrzymałem też od niego zdjęcie Kalksteina, które najprawdopodobniej mieli przy sobie poszukujący go w 1944 r. żołnierze z grupy 993/W. To zdjęcie zresztą, znów przedziwnym zbiegiem okoliczności, pozwoliło mi później zidentyfikować Kalksteina w Monachium.

KONIEC CZĘSCI I