To był wyjątkowo paskudny wirus. Najpierw zaatakował moje dzieci, wywołując biegunkę i wymioty, co zapewniło nam wszystkim niezapomnianą noc. Nad ranem poczułem, że dobiera się i do mnie. W żołądku coś się kotłowało, miałem mdłości – wiedziałem, że przykry ciąg dalszy jest tylko kwestią czasu.

„Weź to homeopatyczne lekarstwo na wymioty. Dzieciom pomogło” – poradziła żona. Popatrzyłem na białą buteleczkę. Nigdy nie wierzyłem w homeopatię. Uważałem, że to pseudoterapia, która w najlepszym razie działa na tych, którzy w nią wierzą. Ale co miałem do stracenia? Odmierzyłem 10 paskudnie smakujących kropli, połknąłem, popiłem... I nie minęło nawet pół godziny, gdy mdłości minęły.

Jak to możliwe? Przecież lek homeopatyczny jest tak rozcieńczony, że najczęściej praktycznie nie zawiera substancji leczniczej. Nie powinien mi pomóc, a mimo to poczułem się lepiej. Nie zostałem jednak uzdrowiony, doświadczyłem jedynie zadziwiającego zjawiska, jakim jest efekt placebo – nieodłączny element medycyny, który dopiero niedawno zaczął pokazywać swoje prawdziwe oblicze.

Długa historia robienia dobrze

Był to prawdopodobnie pierwszy element szeroko pojętej sztuki lekarskiej. Podawanie pacjentowi substancji, która nie ma działania leczniczego, lub poddawanie go równie nieskutecznemu zabiegowi stanowiło przez tysiąclecia medyczną normę. Ta prawda, szamańska czy ludowa medycyna była jednak zadziwiająco skuteczna – wielu ludzi uważało, że to dzięki niej wrócili do zdrowia. Tak wielką siłę może mieć bowiem sama sugestia leczniczego zabiegu. Jak to możliwe?

„Psychoneuroimmunologia bada związki między działaniem umysłu, mózgu i układu immunologicznego. Dzięki niej wiemy, że pozytywne myślenie pomaga zmniejszyć dolegliwości i może nawet zmobilizować organizm do walki z nowotworem” – wyjaśnia dr Mariusz Wirga, szef medyczny wydziału onkologii psychospołecznej w Long Beach Memorial Medical Center. W przypadku placebo na pacjenta działa np. sam akt połknięcia pigułki – niezależnie od tego, co się w niej znajduje. Badania dowiodły, że w efekcie dochodzi do zmian w pracy mózgu (choć zaskakująco różnorodnych, o czym za chwilę), a to może przekładać się także na funkcjonowanie innych narządów. A przecież uczucie nudności, które mnie męczyło, nie jest czymś niematerialnym i ulotnym – wynika z aktywności moich komórek nerwowych.

Jednak termin „placebo” szybko zyskał negatywny wydźwięk. Po łacinie oznacza on „podobam się” i od stuleci tłumaczony był jako poprawianie pacjentowi samopoczucia. Takie „robienie dobrze” już w XIX w. zostało zakwalifikowane jako medyczne oszustwo. „Jeśli chory odkryje, co robimy, roześmieje nam się prosto w twarz lub zareaguje gniewem. Ze mnie już się śmiano i czułem też cudzy gniew. Podawanie placebo to szarlataneria” – grzmiał w 1903 r. prof. Richard Cabot z Harvardu. Jednak wielu jego kolegów po fachu nadal wolało dawać ludziom fałszywe pigułki z chleba czy zastrzyki z wody niż odprawiać ich z kwitkiem. I tak jest do dziś – z badań ankietowych wynika, że placebo regularnie przepisuje mniej więcej połowa lekarzy w krajach rozwiniętych, od Izraela przez Szwajcarię, Niemcy i Danię po USA (i oczywiście także Polskę). Tyle że dziś medycyna posługuje się nieco subtelniejszymi metodami niż pigułki z chleba.