Czasami niewinna przejażdżka rowerem przez las może skończyć się koszmarem. Szczególnie jeśli na jednym z drzew zakończył życie samobójca i teraz czeka na transport. Mocne!

Nie wiadomo, jakie licho gnało nocą leśnym duktem samotnego rowerzystę. Nie zauważył w porę przeszkody i jak długi wyrżnął w ziemię. Mdłe rowerowe światełko po upadku i tak przestało świecić, a cyklista nie miał oczu przyzwyczajonych do ciemności. Nerwowo macał wokół siebie jak ślepiec, aż natrafił na twarz leżącego obok martwego mężczyzny. Nie można dziwić się reakcji rowerzysty. Po prostu wrzasnął histerycznie, rzucając się w panice do ucieczki na oślep, nic nie widząc i nic nie słysząc. Na leśnym dukcie zostało martwe ciało i nieco pogięty rower.

 

Uciekinier nie był świadom, że ruszyła za nim jedna z większych policyjnych obław. Nigdy nikt nie chwalił się tą gigantyczną operacją, pomimo pozytywnego rezultatu. Równo trzy doby, bez snu i czasu wolnego, zajęło policjantom wytropienie nieznanego rowerzysty, który zjawił się nagle na leśnej polance i jeszcze szybciej zniknął w chaszczach.

 

Zaczęło się banalnie. W lesie znaleziono trupa. Wisiał na gałęzi, martwy i zupełnie już obojętny na sprawy tego świata, o czym dobitnie świadczyło stężenie pośmiertne wszystkich mięśni, lekko zmętniałe rogówki i wystudzone ciało. Na miejsce przybyła specjalna grupa. Jej zadaniem było zabezpieczenie wszelkich śladów, jakie mogłyby być pomocne w ewentualnym śledztwie. Oględziny są bardzo czasochłonną czynnością, szczególnie gdy mamy do czynienia ze śmiercią. Tutaj nie wolno przyjmować z góry, wydawałoby się, oczywistych rozwiązań. Chociaż tym razem wszystko wskazywało na samobójstwo, kolejne czynności musiały być wykonane bardzo starannie i uważnie.

 

Kierownik dochodzeniówki wykazywał coraz większą nerwowość, dyżurny raz za razem wywoływał załogę mundurową, chcąc słać ją do mnożących się jak króliki interwencji. Oględziny miejsca zrobione, technik wypstrykał serię rutynowych fotek, nieboszczyk już odcięty z gałęzi, ale została jeszcze najbardziej niewdzięczna czynność, jaką jest spisanie protokołu. Czyli trzeba opisać szczegółowo każdą część garderoby, jaką ma na sobie, każde zadrapanie znalezione na ciele, skopiować treść każdego karteluszka wyszperanego w kieszeniach. Lekko licząc, jeszcze ze dwie do trzech godzin. Przez ten czas załoga może „obskoczyć” kilka interwencji, a technik przemieścić się na miejsce kolejnego zdarzenia. Szkoda, aby tylu ludzi bezczynnie czekało na wynik pracy jednego policjanta. Protokolant wiedział, co musi powiedzieć.

 

– To ja zostanę sam i dokończę. Później przyjedziecie mnie zmienić do czasu, aż po ciało zgłoszą się pracownicy zakładu pogrzebowego – oznajmił. Pozostałym nie trzeba było dwa razy powtarzać. Po krótkich ustaleniach, o której ma przybyć radiowóz, zniknęli w tumanie kurzu. Czas mijał, w końcu oględziny zostały spisane. Policjant tkwił w środku lasu, za jedynego kompana mając nieboszczyka. Jak później opowiadał, dopóki słońce nie zaszło, było nawet fajnie. Ptaki śpiewały, wiatr szumiał w koronach drzew – taka chwila relaksu dla znużonego mieszczucha. Leżący nieboszczyk nie absorbował w żaden sposób swoją obecnością, dla policjanta obcowanie z trupami jest sprawą niemalże codzienną. Po jakimś czasie człowiek się oswaja ze śmiercią i jej wszelkimi objawami.

 

Po zmroku okazało się, że umarlak nie jest wymarzonym towarzyszem do spędzania samotnych godzin w ciemnym lesie. Policjant ratował się przez jakiś czas, zapalając wątły płomyk zapalniczki. Wszystko ma swój kres, gaz w zapalniczce też. Nastała nieprzenikniona ciemność, mrok spowił świat i duszę nieszczęsnego policjanta. Gdy pomału tracił nadzieję, że jeszcze ktoś o nim pamięta, w oddali zobaczył majaczące światełko. Nasz bohater sądził, że w radiowozie uszkodził się reflektor podczas podskakiwania po wyboistej leśnej drodze. Uśmiechnął się mściwie, postanowił wziąć odwet za długie godziny czekania i schować się. Stanął za drzewem, chichocząc jak uczniak. Nie zwrócił uwagi na fakt, że tak długo wyczekiwany samochód jedzie wyjątkowo cicho.

 

Dalej akcja potoczyła się błyskawicznie. Są takie chwile w życiu, po których nic już nie jest takie jak dawniej. Tego wieczoru dla samotnego rowerzysty nastał taki właśnie moment, gdy rozpędzonym rowerem najechał na martwe ciało. Po chwili, wrzeszcząc dziko gnał przed siebie, zostawiając za sobą trupa i rower. Policjant usiłował gonić nieszczęśnika. W odróżnieniu od ogarniętego paniką uciekiniera czuł ból chłoszczących boleśnie gałęzi i nie miał najmniejszych szans na dogonienie oszalałego ze strachu mężczyzny. Zniknął on bezpowrotnie za szczelną zasłoną krzaków i drzew.

 

Sytuacja mocno się skomplikowała. Od tego momentu czynności policji w tej sprawie przebiegały dwutorowo. Ustalano przyczyny śmierci mężczyzny znalezionego w lesie, skrzętnie gromadząc wszelkie materiały i informacje, a drugi tor, priorytetowy dla całej komendy, to były poszukiwania rowerzysty.

 

Paradoksalnie, szukanie osób związanych ze środowiskiem przestępczym są dla policjantów prostsze. Poruszają się w świecie dobrze znanym, mają swoich informatorów i po prostu wiedzą, gdzie szukać. Poszukiwanie osób, które nigdy nie popełniły przestępstwa, jest czasami prawdziwą zmorą. W przypadku rowerzysty sprawa wydawała się beznadziejna. Policjant widział mężczyznę bardzo krótko i po ciemku, brakowało nawet porządnego rysopisu. Dopiero po trzech dniach udało się wytropić zbiega. Podczas gdy szukała go policja, facet siedział w knajpie i nie trzeźwiał. Opowiadał wszystkim wokół, że w pobliskim lesie przejechał śmiertelnie rowerem człowieka. Nikt mu nie wierzył, pogłębiając tylko frustrację nieszczęśnika. Gdy udało się w końcu doprowadzić go do porządku i wyjaśnić nieporozumienie, oświadczył, że znów idzie się upić. Tym razem ze szczęścia.

 

Ale to nie koniec tej historii. Nieboszczyk znaleziony w lesie okazał się samobójcą. Niemniej rodzina zmarłego w żaden sposób nie chciała tego faktu przyjąć do wiadomości.

 

– My rozumiemy, że ciało ma siną pręgę na szyi – mówili.

 

– To tak zwana pręga wisielcza – wyjaśniał cierpliwie prokurator.

 

– No tak. Ale proszę powiedzieć, skąd na twarzy wzięło się to dziwne znamię? – prokurator wpatrywał się w zdjęcie. Fotografia przedstawiała zbliżenie twarzy denata, przygotowanego już do pochówku, w odświętnym ubraniu z doskonale widocznym na policzku tajemniczym odciskiem. Prokurator doskonale wiedział, skąd wziął się ten dziwny regularny kształt na twarzy zmarłego. Pod wpływem uderzenia, na miękkim policzku odcisnął się wzór bieżnika opony rowerowej. Banalna sprawa. Zwykły wypadek. Jednak w prosty sposób wyjaśnić tego rodzinie nijak się nie da.