Szabatowa winda

Prawdziwe wyzwanie dla wyznawców judaizmu miało jednak nadejść dopiero z rewolucją przemysłową i informatyczną. W 2004 r. rabin Shmuel Veffer z Toronto pochwalił się mediom, że skonstruował nowoczesną lampę szabatową. Uporał się w ten sposób z problemem od lat dręczącym ortodoksów. Uczeni w Piśmie orzekli bowiem, że skoro w szabat nie wolno rozniecać ognia, nie można też włączać światła ani żadnego urządzenia elektrycznego.

Wynalazek Veffera nie ma przełącznika ani przycisku, lecz obrotowy abażur. Światło zapala się w piątek przed zachodem słońca, a potem jego źródło można odsłonić lub zasłonić. Tę pracę zdaniem uczonych w Piśmie wykonać wolno.

Historia wydaje się zabawna, lecz dla półtoramilionowej społeczności ortodoksyjnych żydów jest śmiertelnie poważna. Udało się rozwiązać już wiele podobnych dylematów. Skonstruowano szabatowe lodówki, w których po otwarciu drzwi nie zapala się światło, i szabatowe piekarniki, w których termostat reaguje z opóźnieniem. Wszystko po to, by Bóg nie pomyślał, że jego gorliwy wyznawca jednak w szabat coś zapala lub podgrzewa.

Skorzystanie z windy wymaga naciśnięcia guzika, a to jest zakazane. W wysokich budynkach zamieszkanych przez ortodoksów windy programuje się więc tak, by w szabat jeździły non stop, zatrzymując się na każdym piętrze.

W Izraelu i Stanach Zjednoczonych powstały firmy, które specjalizują się w dostosowywaniu nowoczesnych urządzeń do wymogów Tory. Najbardziej znana z nich – Zomet Institute – wyposaża sprzęt w timery, które nastawia się w przeddzień szabatu. Dzięki temu ekspres sam przygotuje poranną kawę, zabezpieczenia antywłamaniowe włączą się, gdy domownicy opuszczą mieszkanie, i wyłączą po ich powrocie, kuchenka podgrzeje obiad. Pracą jest również pisanie, jednak rabini już przed wiekami stwierdzili, że dotyczy to wyłącznie tekstów zapisanych na trwałe. Za dozwolone uznali pisanie na piasku.

Dziś byłoby o to trudno, więc należało wymyślić coś bardziej współczesnego. W izraelskim dzienniku „Haaretz” zaprezentowano niedawno wynalazek na miarę XXI wieku – szabatowe pióro. Na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia, ale stosowany w nim atrament… znika po trzech dobach. To wystarczy, by tekst napisany w szabat przetrwał do następnego dnia, gdy można go sfotografować lub skserować. Potem staje się zbędny i może wyparować.

W Instytucie Zomet opracowano też kilkadziesiąt szabatowych patentów dla wojska, od komputerów i telefonów po wykrywacze metalu używane przez ochroniarzy przy Ścianie Płaczu. Podstawowa zasada działania tych urządzeń sprowadza się do tego, by człowiek nie musiał niczego włączać przez naciskanie klawiszy ani nie zamykał bezpośrednio obwodu elektrycznego, gdyż kojarzy się to z rozniecaniem ognia. Stosuje się rozmaite detektory ruchu, sensory, skanery, promienie podczerwone itp.

W zależności od potrzeb jedne urządzenia działają z opóźnieniem ułamka sekundy, inne – na przykład otwierane automatycznie bramy – kilku minut. Migocące diody informują, kiedy można już przejść przez ciężkie wrota, gdyż ich własnoręczne popychanie to też zakazana praca. „Żołnierze muszą bronić kraju, a my dążymy do tego, by także dla nich szabat miał możliwie najbardziej świąteczny charakter” – tłumaczy Dan Maran, dyrektor Instytutu Zomet.

Gęsi o smaku wieprzowiny

O tym, czy zmodyfikowane urządzenia spełniają wymogi prawa religijnego, decydują uprawnione instytucje, takie jak Rada Rabinów ds. Urządzeń Telekomunikacyjnych czy Instytut Nauki i Halachy (obowiązującej wykładni Prawa Mojżeszowego). To one orzekły, że odbieranie telefonów, esemesów i maili jest zakazaną pracą. Jeśli jednak urządzenia uruchamiają się „samoczynnie” albo tekst ukazuje się na monitorze automatycznie, można z nich korzystać.

W szabat kategorycznie zabronione jest podróżowanie. Na lądzie to żaden problem, ale jak mieli się zachować żydzi emigrujący do Ameryki, jeśli statek płynął dłużej niż tydzień? Rabini po głębokim namyśle doszli do wniosku, że boskie nakazy dotyczą ziemi, zatem rejs po wodzie ich nie narusza. To otworzyło furtkę do dalszych interpretacji i w przedwojennej Polsce widywało się w soboty żydów siedzących w pociągu na butelkach z wodą. Nie było to zbyt wygodne, ale prawu stawało się zadość, bo pasażer nie jechał, lecz „płynął”.