Zamość, 23 kwietnia 1943 r., Wielki Piątek. W ogrodzie przy kolegiacie pracuje grupa więźniarek z pobliskich kazamatów gestapo. Jest po godz. 14, gdy do jednej z kobiet – Alicji Szczepankiewiczowej – podchodzi mężczyzna w „gestapowskim” płaszczu. To cichociemny ppor. Marian Gołębiewski, szef Kedywu Inspektoratu Rejonowego Zamość AK. Ma uratować uwięzioną kobietę i jej synka.

WYCZAROWANA WOLNOŚĆ

Szczepankiewiczowa była żoną komendanta Obwodu Tomaszów Lubelski mjra Wilhelma Szczepankiewicza („Drugaka”). Jej aresztowanie stanowiło spore zagrożenie dla miejscowej konspiracji. Złamana w śledztwie mogłaby zacząć sypać. Należało więc szybko działać. Po latach Szczepankiewiczowa relacjonowała, że Gołębiewski po prostu podszedł do niej, spokojnie podał płaszcz i wyprowadził ją spacerkiem przez bramę obok strażnika. „Jak po prostu i zwyczajnie, jak łatwo i cudownie jest wyjść na wolność. Nie myśli się wtedy, na co naraził się człowiek, który tam po prostu i zwyczajnie wyczarował mi wolność” – wspominała uratowana. Nieco inaczej wspominał tę sytuację sam Gołębiewski: „Gdy spostrzegłem dogodną sytuację, znowu skaczę do ogródka, kryję się pod matą. Gdy w tym czasie zajeżdża bryczka z gestapowcami, prawie truchleję z wrażenia, lecz ci na szczęście zlustrowali tylko pracujące [więźniarki] i gdy odjechali, ja nie namyślając się wiele naciągam na »Drugakową« płaszcz, tzw. prochownik, na [jej] głowę zakładam beret i siłą, wbrew oporowi i na trwożne »co pan robi, zabiją nas« wypycham ją na ulicę, lecz chłopiec ociąga się, wskakuje do ogródka. Łapię go za tyłek, przerzucam rozkazując, by szedł przed nami, ja zaś z »Drugakową« pod rękę, a raczej uciskając jej ramię, by zamilkła, pełen najwyższego napięcia i przy wściekłości na nią, używając siły i ordynarnych wyzwisk, by uspokoić ją, wyprowadzam ich przed plac Kolegiaty,
gdzie po przeciwnej stronie jest jakby sabat diabłów. Stoją auta, bryczki, motocykle i masa Niemców w cywilu i umundurowanych, w tym gestapowcy,
których »Drugakowa« wymienia po nazwisku. Ściskam jej ramię, że aż mnie palce bolą, staram się, by patrzyła w moją stronę i widzę »Szkwała«, może
nas zauważył, więc zbawczy samochód zaraz ruszy”. Akcja zakończyła się sukcesem. Gołębiewski otrzymał za nią Virtuti Militari. Ale cały jego życiorys obfitował w wydarzenia, nadające się na scenariusz filmu...

Z GARNITUREM W PLECAKU

Urodził się sto lat temu, 16 kwietnia 1911 r. w Płońsku. W 1939 r. przeniósł się do Kołomyi, gdzie pracował jako nauczyciel. Nie został zmobilizowany. „Denerwowałem się, że nie chciano mnie wziąć do wojska, w wyniku czego doczekałem się najścia Sowietów” – wspominał. Z zamiarem walki wyruszył do Rumunii. Granicę przekroczył wraz z jednym z ewakuujących się oddziałów: „Pamiętam, była noc. Olbrzymia ilość oddziałów z różnych stron spływała. Słychać było poszczególne strzały. Dochodziły do mnie wiadomości, że niektórzy popełniali samobójstwa, niektórzy wracali do Polski, nie chcieli oddawać broni. W międzyczasie przemundurowałem się w mundur z wozu, a garnitur, który miałem na sobie, włożyłem do plecaka”.

W Rumunii trafił do obozu dla internowanych w Krajowej, z którego zbiegł już w październiku. „Otóż przebrałem się w cywilne ubranie, kapelusz na głowę, jasny garnitur. Do garnituru wziąłem te lepsze buty, bo trudno, żeby gorsze brać. Lakierki takie miałem, jeszcze z Kołomyi. Koszary oczywiście były pilnowane dookoła wojskiem rumuńskim. Poza tym płot był wysokości co najmniej trzy metry, drut ze 40 cm wysokości” – wspominał Gołębiewski jak doszło do ucieczki.„O godzinie dwunastej obserwowałem, jak nastąpiła zmiana przy bramie. Przy bramie stało dwóch żołnierzy. Wyszedłem z budynku administracyjnego z teczką w ręku, po cywilnemu i idę śmiało prosto do bramy (…). Wszedłem między dwóch wojskowych, którzy siłą rzeczy musieli się rozstąpić, dać przejście. Chociaż mogłem ominąć z lewej lub z prawej strony. Tylko ja jestem pan w stosunku do wojska (z teczką idę i z kapeluszem, to jestem ważny, zatem wojsko musi się rozstąpić). Żołnierze rozstąpili się na boki: jeden w lewo, drugi w prawo i znalazłem przejście szerokie, prawie ze dwa metry, półtora. No i przeszedłem na ulicę i niewiele myśląc skierowałem się do miasta” – opisywał.

PRZEZ HISZPANIĘ DO ANGLII