Trzy znakomite rzymskie legiony: XVII, XVIII i XIX pod dowództwem Publiusza Kwintyliusza Warusa maszerowały w stronę dzikiego gęstego lasu. W konwoju szło 20 tysięcy żołnierzy, a także kobiety, dzieci, prawnicy, lekarze, kupcy, pisarze... w sumie 30 tysięcy osób. Wieziono nawet wygodne, duże łóżka!

Był początek września 9 r. n.e., ale pogoda była prawdziwie listopadowa. Wiał wiatr, wokół zaś zbierały się ciemne chmury. Kilka dni wcześniej Warus za namową germańskiego sprzymierzeńca, księcia Arminiusza z plemienia Cherusków, zdecydował o udaniu się w głąb dzikiej i nieujarzmionej krainy. Miał rozstrzygnąć spór pomiędzy plemionami Germanów. Niektórzy odradzali mu tę wyprawę, ale sprawowanie sądów było wielką pasją namiestnika. Poza tym czuł się bezpiecznie, wspomagany przez pomocnicze oddziały germańskie Arminiusza. Ufał temu dzielnemu, błyskotliwemu 25-letniemu mężczyźnie, który wyróżniał się na tle germańskich barbarzyńców: nie dość, że znał łacinę i namiestnik mógł się z nim swobodnie porozumieć, to jeszcze przez większość życia służył jako oficer w wojskach pomocniczych legionów, za co otrzymał rzymskie obywatelstwo.

Oddziały weszły w gęsty las. Droga okazała się zbyt wąska dla rzymskich kohort, które musiały zmienić swój normalny, zwarty szyk bojowy i rozciągnąć się na długość 5 km. Po jednej stronie traktu było strome zbocze, po drugiej zaś bagna.

MYSZY W KLATCE

Do Warusa podjechał Arminiusz a namiestnik zgodził się na oddzielenie się jego wojska od Rzymian. Germanin miał przyprowadzić więcej swoich ludzi. Warus nie podejrzewał, że tam w dzikich lasach armia 40 tysięcy pałających zemstą wojowników germańskich tylko czeka na sygnał od Arminiusza, żeby zmiażdżyć rzymskie legiony. Nie zdawał sobie sprawy, że on sam, były kwestor cesarski, legat, konsul i prokonsul Afryki, namiestnik Syrii pozwolił się tak łatwo omotać i dał złapać w straszliwą zasadzkę.

„Wojsko dzielne i karne wskutek niedołęstwa wodza, przewrotności wroga i niesprawiedliwości losu zostało osaczone ze wszystkich stron. Otoczone lasem, bagnami i zasadzka zostało wycięte w pień przez wrogów, których zawsze rżnięto jak bydło”.

W. Paterkulus „Historia rzymska” Ks. II, rozdz. 118, przeł. E. Zwolski

Nagle na maszerujących Rzymian spadły setki włóczni. Legioniści, choć zupełnie zaskoczeni, starali się zgrupować w bezpieczne formacje. Było to jednak niemożliwe na zbyt wąskiej drodze. Wróg dobrze wybrał teren bitwy. Kłębiący się rzymscy żołnierze chaotycznie starali się odeprzeć nieoczekiwany atak. Centurioni próbowali zapanować nad swoimi kohortami, jednak ciężko było komunikować się z tak rozciągniętymi oddziałami. Drugiego dnia walki rozpętała się burza, czarne chmury wisiały nad głowami zdziesiątkowanego wojska. Nie dość, że legioniści nie mogli ustawić się w swój obronny szyk, to z powodu silnego deszczu strzały straciły siłę lotu, duże tarcze zrobiły się wyjątkowo ciężkie, nogi ślizgały się w błocie... Las pokrywały ich trupy. Wszystko spływało błotem i krwią. Panował chaos. Stracono legionowe orły i sztandary. Sytuacja stała się beznadziejna. Ale jeszcze dowódcy legionów liczyli na to, że wojsku uda się wyjść z puszczy i dotrzeć na otwarte przestrzenie. Tam będą większe szanse na pokonanie wroga. Jednak kiedy trzeciego dnia bitwy Rzymianom to się udało – było już za późno. Germanie zmasakrowali blisko 20 tysięcy legionistów. Publiusz Kwintyliusz Warus, tak jak wcześniej jego ojciec i dziadek, odebrał sobie życie.

Cesarz Oktawian August nie mógł przeboleć straty swoich ukochanych legionów. A te należały do jego najlepszych. Był zrozpaczony. Wiele dni się nie golił, nie obcinał włosów, miał koszmary. Wołał przez sen: „Warusie, oddaj mi moje legiony!”. Pechowe legiony XVII, XVIII i XIX nie zostały nigdy odtworzone.

KIEPSKI WYBÓR

 

Cesarz August mianował Publiusza Kwintyliusza Warusa, swojego zaufanego i doświadczonego urzędnika, namiestnikiem podbitej przez Druzusa i Tyberiusza Germanii. Sam Tyberiusz zapewniał, że obszary położone na wschód od Renu są już spacyfikowane, ludność porażona ogromem rzymskiej potęgi i gotowa na włączenie w obręb cesarstwa jako jego prowincja. Potrzebny jest tam jedynie zarządca, który zaprowadzi w zamieszkanej przez półkoczownicze plemiona Germanii porządek i zbuduje państwowość na rzymską modłę. 54-letni Warus, były namiestnik Syrii, świetnie się do tej misji nadawał. W pierwszym roku swojej pracy objechał podległą mu krainę i wkrótce zabrał się do budowy stolicy. Osobiście wprowadzał w życie rzymskie prawo – uwielbiał bowiem sprawować sądy. Namiestnik rozstrzygał w sprawach najistotniejszych, dotyczących konfliktów pomiędzy rodami lub plemionami, prości Germanie trafiali przed oblicze niższych rangą urzędników. Zarówno Warus, jak i inni sprawujący władzę Rzymianie dali się szybko poznać jako osoby surowe, niezważające na lokalne zwyczaje i tradycje. Niezwykle często wymierzali karę chłosty – bardzo popularną w cesarstwie rzymskim, a dla miejscowych – oznakę hańby. Żelazny uścisk cesarstwa pętał Germanów coraz silniej. Wysokie podatki, które musieli płacić na rzecz cesarstwa, były jak rozżarzona iskra rzucona w suche drewno. Nie tylko czuli się gnębieni i zniewoleni, ale narastała w nich furia i chęć zemsty. Mogli sobie wyobrazić swój marny los jako poddani władzy Rzymu. Tymczasem Warus nie zdawał sobie sprawy, że plemiona Germanii w przypadku zjednoczenia mogą wystawić do walki około 400 tys. wojowników. Działania Rzymian były igraniem z lwem. Arminiusz dostrzegał nastroje Germanów, a także rozleniwienie i coraz większe poczucie bezpieczeństwa wśród wojsk rzymskich. Uknuł zdradziecki plan. Postanowił zwabić wojska Warusa w głąb lasu, uwięzić jak w klatce i wykończyć. Podstęp powiódł się znakomicie.

Kiedy Germanik dotarł 7 lat później na miejsce bitwy, odnalazł: „na środku równiny bielejące kości, jak uciekali, jak opór stawiali, bądź rozrzucone, bądź spiętrzone. Zarazem widziano czaszki ludzkie z przodu do pni drzew przybite. W pobliskich gajach stały barbarzyńców ołtarze, przy których trybunów i pierwszych setników zarzezali”.

Tacyt „Roczniki” Ks. I, rozdz. 62, przeł. S. Hammer



GRZEBANIE BOHATERÓW


Arminiuszowi udało się poprowadzić do walki ze wspólnym wrogiem zwaśnione dotychczas plemiona germańskie, ale nie dał rady zjednoczyć ich na dłużej. Kilkanaście lat później zginął w bratobójczych walkach. Pamięć o Arminiuszu, zwanym Hermannem, odżyła w XIX w., kiedy kształtował się niemiecki nacjonalizm. Hermann stał się symbolem siły i jedności narodowej. Co ciekawe, faszyści nie korzystali z tego mitu – Hitler uważał Arminiusza za buntownika. W latach 70. XIX wieku ukończono budowę ogromnego pomnika Hermanna, który wraz z cokołem ma wysokość 16 pięter! Sam miecz w ręku bohatera mierzy 7 m! Chociaż statuę ustawiono w Lesie Teutoburskim, to długo nie było wiadomo, gdzie faktycznie doszło do bitwy. Jej historyczne opisy nie wskazywały konkretnego miejsca, ale ogromny obszar. Dopiero w 1987 roku archeolog amator J. A. S. Clunn odnalazł rzymskie monety i kamienie do katapult, dowód, że bitwa rozegrała się w Kalkriese w okolicy Osnabrück. „Było to epokowe odkrycie dla archeologii pól bitewnych, pierwszy raz odnaleziono pole antycznej bitwy” – powiedziała dr Susanna Wilbers-Rost, która prowadzi tam badania.

Bitwa, która doprowadziła do zatrzymania armii cesarstwa na Renie przez zjednoczone plemiona germańskie, to jedna z największych i decydujących bitew świata. Zapoczątkowała siedmioletnią wojnę, która na czterysta lat, aż do upadku imperium, ustanowiła granicę cesarstwa rzymskiego na Renie. Marzenia Oktawiana Augusta o bezpiecznej granicy na Łabie nie ziściły się nigdy.