Przeciwnik jest może i niezbyt inteligentny, ale ma miażdżącą przewagę liczebną. A to sprawia, że błyskawicznie się uczy – ba, umie nawet przekazywać zdobytą „wiedzę” innym oddziałom. Potrafi się doskonale maskować i wykorzystuje bezlitośnie każdy nasz błąd. Bakterie oporne na antybiotyki to już nie przelewki. Atakują na całej linii w szpitalach, gdzie co dziesiąty pacjent pada ofiarą infekcji. Zakażenia wewnątrzszpitalne zabijają co roku co najmniej 30 tys. Polaków. W krajach rozwijających się, zwłaszcza w Afryce, spustoszenie sieją zmutowane szczepy gruźlicy, często atakujące ludzi osłabionych już zmaganiami z wirusem HIV. Tam ofiary liczy się w setkach tysięcy.

Specjaliści próbują edukować lekarzy i pacjentów. Nawołują do rozsądnego stosowania środków bakteriobójczych w przemyśle, firmach i domach. Wymyślili nawet Europejski Dzień Wiedzy o Antybiotykach, przypadający na 18 listopada.

NIE STRZELAĆ DO SOJUSZNIKÓW!

Ale te leki już nie wystarczą. Uczeni muszą całkowicie zmienić sposób myślenia o naszych odwiecznych mikroskopijnych wrogach. Zabijanie bowiem nie zawsze jest najlepszym wyjściem. W organizmie każdego z nas jest kilka razy więcej komórek bakteryjnych niż ludzkich. Dzięki nim możemy uzyskać nawet o ok. 30 proc. więcej kalorii z każdego posiłku, mamy zapewnione dostawy ważnych witamin i ochronę przed inwazją mniej przyjaznych mikrobów. Ale gdy bierzemy silny antybiotyk, po głowie dostają nie tylko nasi wrogowie, lecz i sprzymierzeńcy.

Skutki tego są poważniejsze, niż mogłoby się wydawać. Po antybiotykoterapii nie tylko może męczyć nas biegunka czy ogólne osłabienie. Żyjące w nas przyjazne bakterie też potrafią uodpornić się na zażywane przez nas leki. A gdy już to zrobią, przy najbliższej okazji przekażą tę cechę swoim groźniejszym kuzynom – choćby tym zamieszkującym każdy, nawet najporządniejszy szpital.

Oczywiście można stosować precyzyjne leczenie. Wiele antybiotyków działa jak karabin snajperski, likwidując tylko wąski zakres bakteryjnych celów. Dotyczy to chociażby oksazolidynonów i lipopeptydów – jedynych nowych grup antybiotyków wprowadzonych do użytku w ciągu ostatnich 40 lat. Ale nawet tak doskonała broń nie pomoże, gdy brakuje żołnierzy, którzy potrafią z niej korzystać. Jak ocenia prof. Waleria Hryniewicz, kierownik Zakładu Epidemiologii i Mikrobiologii Klinicznej Narodowego Instytutu Leków, tylko w 55 proc. przypadków lekarze wiedzą, jaki szczep bakterii jest przyczyną zapalenia opon mózgowych. Gdy mają do czynienia z sepsą czy zapaleniem płuc, bywa jeszcze gorzej. A dzięki takiej wiedzy można leczyć nie tylko skuteczniej, ale i taniej – czasem mikroby nie reagują na nowe drogie preparaty, za to poddają się po starej, poczciwej penicylinie.

WOJNA KOMUNIKACYJNA

Wynalezienie nowej, skutecznej broni to proces trudny i żmudny. Nierzadko okazuje się, że bardzo skuteczny lek ma tyle działań ubocznych, że nie nadaje się do masowego stosowania. Tak może być w przypadku peptydów kationowych – nowej klasy antybiotyków, które są jednak bardzo drogie, mało stabilne i prawdopodobnie również toksyczne dla ludzi. Naukowcy analizują dziś genomy bakterii, grzebią w ich biochemii, ale efektów nadal jest niewiele. Nasz arsenał mogą wzbogacić w najbliższej przyszłości jedynie leki blokujące aktywność tzw. deformylazy peptydów.

Ten enzym jest niezbędny do życia tylko bakteriom i do tej pory nie znaleziono szczepów, które potrafiłyby poradzić sobie bez niego. Problemem pozostaje jednak nadal dotarcie z lekiem do celu. Bakterie nie działają bowiem w pojedynkę – w wojnie biorą udział całe armie, tworzące tzw. biofilm. Ta struktura jest w stanie przetrwać nie tylko uderzenie antybiotyków, ale też stosowanie środków dezynfekujących czy nawet promieniowanie jonizujące.