To byli świetni gliniarze. Starszy posterunkowy Tomasz J. w policji służył od ośmiu lat. Był gwiazdą wydziału kryminalnego opolskiej komendy, zajmował się najcięższymi przestępstwami. Za skuteczną pracę dostał siedemnaście nagród. W maju tego roku usłyszał prawomocny wyrok: dwa lata więzienia za wyjątkowo brutalne wymuszanie zeznań od podejrzanych i świadków – bicie, duszenie, kopanie, wykręcanie nóg, zakładanie kominiarek na głowy i bolesne unieruchamianie na krześle. Sierżant Sebastian Zając stał się w Kędzierzynie-Koźlu bohaterem, kiedy uratował tonącego w rzece mężczyznę. Dzień później, razem z kolegą z patrolu, zatrzymał pijanego i agresywnego 25-latka z przestępczą przeszłością. Zakuł go w kajdanki i w nocy – według ustaleń sądu – wywiózł do lasu, gdzie grożąc użyciem gazu, zmusił do podpisania mandatu za nieokazanie dokumentów. Sierżant Zając dostał w lipcu wyrok w zawieszeniu i również musiał się pożegnać ze służbą. „Agresja jest wpisana w pracę policjanta, którego jednym z głównych zadań jest ochrona życia i zdrowia ludzi przed bezprawnymi działaniami, mogącymi je naruszyć. Podobnie jak w pracę chirurga, który lecząc, kaleczy ciało chorego, czy dentysty wyrywającego zęby, by przynieść ulgę pacjentowi” – mówi Izabela Solarska z Wydziału Psychologów Policyjnych Komendy Głównej Policji. „Jednak jest to agresja instrumentalna, zadaniowa. Inne jej rodzaje nie są akceptowane ani w tej służbie, ani w innych”. Gdzie więc dla policjanta przebiega granica między agresją dozwoloną i niedozwoloną?

Genetyczny dzwonek alarmowy

Za ścianą pijany facet maltretuje żonę i dzieci. Naćpany nastolatek biega z maczetą po osiedlu. Drogowy pirat masakruje człowieka na przejściu dla pieszych i ucieka. Zamaskowani chuligani demolują stadion. Jak reaguje przeciętny człowiek na widok takiej agresji? W ogóle nie reaguje – robi to za niego jego układ nerwowy. Spłyca oddech i przyspiesza tętno. Ogranicza dopływ krwi do mózgu, kierując ją do mięśni. Zwiększa ich napięcie, by były gotowe do reakcji zgodnie ze starym ewolucyjnym mechanizmem: uciekaj lub walcz. Widok agresji uruchamia sferę instynktowo- popędową człowieka, w której nie ma miejsca na wolną wolę i wyrafinowane funkcje umysłowe. Psychologowi żartują czasem, że w takim stanie fizyczno-intelektualnym człowiek jest w stanie z pamiętać tylko trzy cyfry: 997 lub 112. I w zwać na pomoc policję. Polska policja interweniuje kilka milionów razy w ciągu roku. Do samych awantur rodzinnych jest wzywana 700 tys. razy, w tym niemal 100 tys. razy do takich, gdzie użyto przemocy. Funkcjonariusze – mimo setek godzin szkoleń, podczas których ćwiczą różnego rodzaju warianty interwencji – nigdy do końca nie wiedzą, jak będą musieli zareagować w naj- bliższej sytuacji. Jeśli reakcja będzie zbyt słaba, może jeszcze bardziej rozjuszyć agresora. W 2010 roku odnotowano 385 przypadków czynnej napaści na policjantów – o ponad 100 więcej niż rok wcześniej. Zbyt ostra reakcja narazi policjantów na zarzut brutalności. Każdego roku na ich pracę wpływa ponad 18 tysięcy skarg, z których 500–700 dotyczy nieludzkiego lub poniżającego traktowania.

Cztery grupy ryzyka

Pytanie, jak policja i inne formacje mundurowe sprawdzają poziom agresji kandydatów do służby, psychologowie uważają za źle postawione. „Nie sprawdza się agresji, tylko zdolność kontrolowania własnych emocji i stabilność systemu nerwowego” – mówi Jakub Spyra, prowadzący treningi kontroli stresu w polskich jednostkach specjalnych. „Służą temu testy przesiewowe oraz obserwacja zachowań rekruta w warunkach wyzwalających szczególne emocje”. W policji takim testem jest MultiSelect. Składa się z niemal 600 stwierdzeń, na które trzeba odpowiedzieć „tak”, „nie”, „raczej tak”, „raczej nie” itd. Niektóre z nich mogą budzić zdziwienie, na przykład: mam zwykle dość ciepłe ręce i nogi; na zatwardzenie cierpię bardzo rzadko lub nigdy; moja dusza opuszcza czasem ciało; chciałbym być ogrodnikiem; unikam stawiania nogi na szpary między płytami chodnika. Inne z kolei dotyczą spraw dość intymnych: nigdy nie miałem kłopotów z powodu mojego zachowania seksualnego; płaczę z byle powodu; nie lubię wtajemniczać ludzi w to, co robię; zasługuję na ciężką karę za swoje grzechy; nienawidzę całej mojej rodziny. Interpretacja MultiSelectu polega na analizie czterech skal: reprezentatywności, neurotycznego poczucia winy, wrogości i podejrzliwości oraz naiwnej autoprezentacji. Ich celem jest wyeliminowanie czterech kategorii kandydatów, nieprzydatnych do pracy w policji.

Pierwsza grupa to osoby, które reagują nieadekwatnie do bodźca, czyli zbyt silnie (nadreaktywność) lub za słabo (paraliż w sytuacji zagrożenia). Czasem są to dzieci alkoholików, które wielokrotnie doświadczały stanów bezradności i w dorosłym życiu stosują wyuczony, destruktywny wzorzec reakcji na zagrożenie. Druga grupa to „poszukiwacze wrażeń” – ludzie cierpiący na tzw. głód dopaminowy. Polega on na potrzebie dostarczania sobie coraz silniejszych bodźców, co w skrajnej postaci prowadzi do zachowań destrukcyjnych. Trzecia grupa to ludzie, którzy pracę w policji chcą traktować jako kompensację doznanych w życiu upokorzeń. Mogą być to na przykład osoby, które doświadczały permanentnej przemocy ze strony rówieśników, co spowodowało trwałe upośledzenie ich samooceny. Czwarta grupa to osoby aspołeczne, psychopatyczne lub sadystyczne. Czasem wynika to z wad neurorozwojowych mózgu lub obciążeń genetycznych. Do tego dochodzą wszystkie możliwe kombinacje tych cech.

 


„MultiSelect ma eliminować agresję uwarunkowaną biologicznie” – mówi Izabela Solarska. „Ma minimalizować negatywny wpływ emocji na późniejszą pracę policjantów. Przez sito selekcji powinni przejść ludzie o stabilnej, dojrzałej psychice, bez uprzedzeń”. „Ideałem w służbach są ludzie reprezentujący tzw. ambiwertywny model reakcji na bodźce” – dodaje Jakub Spyra. „Oznacza to reakcję ani za silną, ani za słabą: po prostu optymalną w stosunku do siły bodźca”. Ile osób  potrafi reagować w taki sposób? MultiSelect oblewa ponad połowa kandydatów do policji. Kolejnych eliminują indywidualne badania. Oznacza to, że zaledwie trzy, cztery osoby na dziesięć starających się o pracę mają odpowiednie cechy psychiczne, by zostać policjantem.

Policyjna mantra: procedury zamiast emocji

Program podstawowego szkolenia zawodowego dla policjantów to prawie tysiąc godzin, podczas których ćwiczą oni symulowane sytuacje interwencji, konwojowania, zabezpieczania śladów, przesłuchań, poszukiwania i zatrzymywania sprawców przestępstw czy przywracania zbiorowo naruszonego porządku publicznego. Do tego szkolenie strzeleckie. W podobny sposób przygotowywani są funkcjonariusze innych służb mundurowych. Niewiele tu miejsca na psychologię. Twój partner jest ranny, krwawi i jęczy. Napastnik jest uzbrojony. Co zrobić? Sięgnąć po broń i unieszkodliwić agresora? Ratować kolegę? Ewakuować się? Celem takich zajęć jest wyuczenie reakcji ciała na bodźce związane z  sytuacją zagrożenia. To tzw. metoda warunkowania, taka sama jak w wypadku psa Pawłowa. Jej celem jest doskonała automatyzacja odruchów. I chociaż brzmi to brutalnie, przełożonych (a także zwykłych ludzi) nie obchodzi, co funkcjonariusz myśli i czuje, tylko jak wykona zadanie.

Czy taki robocop w ogóle istnieje? Najbliżej ideału są funkcjonariusze jednostek specjalnych i antyterrorystycznych. Nie bez powodu nazywa się je elitarnymi. Ale nawet tam zdarzają się przypadki załamań psychicznych, połączonych z niekontrolowanymi wybuchami agresji. Trudno się więc dziwić, że znacznie częściej dotyka to szeregowych gliniarzy, dla których obrażanie policji, pobicia i szarpaniny przy interwencjach albo ataki z użyciem niebezpiecznych narzędzi to częste doświadczenia. „Kiedy dojdzie do skumulowania problemów osobistych i zawodowych, a człowiek wykorzystał już wszystkie możliwości ich rozwiązania, może dojść do psychicznego pęknięcia i wybuchu agresji” – mówi Izabela Solarska. „Potrzebny jest tylko tzw. czynnik spustowy. Czasem zupełny drobiazg”. Puszczają mi nerwy. Boję się, że przesadzę – to najczęstsze słowa, z którymi funkcjonariusze zwracają się do policyjnych psychologów. Co roku na Oddział Leczenia Nerwic Specjalistycznego Szpitala MSWiA w Otwocku trafia 350 pacjentów.

Jak zrzucić przestępcę ze schodów (behawioralnych)

Psychologiczne metody radzenia sobie z agresją domowych tyranów, przestępców czy kibiców od kilku lat są stosowane w programach szkoleń
policjantów. „Uczy się ich, jak rozpoznawać agresywną osobę, jak prowadzić z nią rozmowę, jakich gestów nie używać, jak budować przyjazny wizerunek osoby interweniującej” – informuje Grzegorz Mikołajczyk „Cichy”, specjalista od szkoleń antyterrorystycznych. „Ważna jest umiejętność stałej obserwacji agresora. O powodzeniu decyduje zastosowanie gradacyjnych technik interwencyjnych w połączeniu z walką wręcz i samoobroną”. W największym stopniu ze szkoleń psychologicznych korzystają policyjni negocjatorzy. Wykorzystują tzw. model schodów behawioralnych, opracowany przez zespół negocjacji kryzysowych amerykańskiego FBI. Zakłada on pięć etapów negocjacji: aktywne słuchanie, wzbudzenie empatii, nawiązanie dobrych stosunków, uzyskanie wpływu i zmiana zachowania agresora.

Podstawa to aktywne słuchanie. Jego elementami są: mirroring (powtarzanie przez negocjatora kilku ostatnich słów, które wypowiedział napastnik), parafrazowanie (osłabienie emocjonalnej siły przekazu przez zmianę niektórych słów), nazywanie emocji („słyszę złość w twoim głosie”) i podsumowanie („pozwól mi się upewnić, że dobrze rozumiem, co powiedziałeś: bez powodu wylali cię z pracy i dlatego jesteś zły na swojego szefa, którego właśnie trzymasz na muszce”). W negocjacjach ważny jest każdy czynnik: nawet spójniki, których używamy. Nie należy używać spójników twardych: ale, aczkolwiek, niemniej, tylko. Zamiast nich stosuje się spójniki miękkie: i, dlatego, ponieważ, więc, bo. Podobnie jest z używaniem tzw. leksemów kwantyfikacyjnych. Kwantyfikatory duże: każdy, zawsze, wszyscy, nigdy, podnoszą agresję rozmówcy, podczas gdy kwantyfikatory małe: zazwyczaj, przeważnie, w większości, ją obniżają. Jednocześnie dobry negocjator wie, że jego twarz i głos nie mogą być lustrzanym odbiciem agresywnego napięcia neuromięśniowego napastnika. Kiedy więc tamten krzyczy, negocjator zachowuje naturalne brzmienie i tempo głosu. Kiedy napastnik wykrzywia twarz w grymasie złości, twarz negocjatora musi pozostać spokojna.



Takich psychologicznych metod osłabiania agresji uczą się także policjanci, których zadaniem jest dbanie o bezpieczeństwo na trybunach w czasie meczów, czyli tzw. spottersi (więcej na ten temat w wywiadzie z podinspektorem Dariuszem Dymińskim). Ale co zrobić, kiedy agresja tłumu wymknie się spod kontroli? „Tłum reaguje popędem stadnym, a  ten można wygasić tylko przez uderzenie w instynkt samozachowawczy ludzi” – mówi
Jakub Spyra. „Psychologiczne taktyki bez użycia siły lub jej demonstracji nic tu nie dadzą”. Czy nam się to podoba czy nie, ostatecznym argumentem policji będzie zawsze agresja.

Psychologia kontra kibole

 

Rozmowa z podinspektorem Dariuszem Dymińskim, kierownikiem grupy eksperckiej ds. policyjnego zabezpieczenia Euro 2012 i naczelnikiem Wydziału Operacyjnego Głównego Sztabu Policji Komendy Głównej Policji

Andrzej Fedorowicz:
Ile przypadków zbiorowej agresji zdarza się w czasie meczów piłkarskich?

Dariusz Dymiński: W pierwszej połowie 2010 roku takich zbiorowych naruszeń prawa było 26. W pierwszej połowie tego roku – tylko dziewięć.

A.F.: Opinia publiczna jest jednak przekonana, że na stadionach jest niebezpiecznie. Z badań wynika, że ludzie boją się kibiców i tego,  że policja sobie z nimi nie poradzi.

D.D.: – W czasie meczu Legii z Lechem na stadionie w Bydgoszczy sprawy zaszły faktycznie za daleko. Stąd zdecydowana polityka zwalczania
chuligaństwa w tym roku. Ale przez ostatnie dwa, trzy lata dużo się zmieniło i agresji na stadionach jest mniej.

A.F.: Co się zmieniło?

D.D.: – Kiedyś policjanci z prewencji siedzieli w samochodach pod stadionem i  się nudzili.  Sam ich widok prowokował agresywne zachowania kibiców. Od kilku  at trudno ich zobaczyć. Są blisko, ale niewidoczni. Chuligani, którzy nie widzą policji, nie są w stanie zidentyfikować wroga. Są tym zdezorientowani, ale w  sumie – spokojniejsi. Druga zmiana to asystowanie kibicom z dworców na stadiony. Kiedyś były to szczelne kordony, składające się z 200–300 funkcjonariuszy. Teraz, np. w Katowicach, taki pochód prowadzi jeden radiowóz, a asystuje mu zaledwie kilku policjantów. Ze stadionów znikną też ochroniarze z psami, tarczami, w hełmach i ochraniaczach, których zresztą często mylono z policją, a pojawią się stewardzi, ubrani w  żółte kamizelki. Taki widok nie będzie budził agresji.

A.F.: Pozostaje jeszcze kwestia stadionów. Jak uniknąć agresji na trybunach między wrogimi grupami kibiców?

D.D.: – Czasem to kwestia samego stadionu. Widać to szczególnie w niższych ligach, gdzie przyjezdni kibice są wrzucani do sektorów – klatek. I zamknięci tam zaczynają się zachowywać jak zwierzęta. Ale na nowych stadionach, na przykład w Łomży, są już przyjazne trybuny. Sama infrastruktura obniża agresję. Najważniejszy jednak będzie nowy rodzaj policjantów – spottersi.

A.F.: Na czym polega ich rola?

D.D.: – Spottersi to policjanci, którzy dobrze znają środowisko kibiców i jawnie w nim funkcjonują. Gromadzą informacje o potencjalnie groźnych osobach i dbają o bezpieczeństwo kibiców. Są widoczni na trybunach – noszą niebieskie kamizelki – i w razie potrzeby ich zadaniem jest przywrócenie porządku. Spottersi pracują już w klubach, mamy do tej pory przeszkolonych 127 takich funkcjonariuszy, 125 przeszkoli się w tym roku i 50 w przyszłym. Na Euro 2012 powstanie też elitarna grupa Spotters Team Polska, pracująca z kibicami reprezentacji.

A.F.: Ilu kibiców z innych krajów może przyjechać do Polski na Euro?

D.D.: – Jeśli reprezentacjom będzie dobrze szło na mistrzostwach, z Holandii może przyjechać 100 tys. kibiców, z Anglii nawet pół miliona.

A.F.: Angielscy kibice nie mają u nas dobrej opinii. Uważani są za agresywnych.

D.D.: – Nie wszystko, co wygląda na agresję, rzeczywiście nią jest. Musimy się nauczyć tolerancji dla odmiennych zachowań. Towarzyszyłem kibicom z  Irlandii, którzy przyjechali na mecz do Polski. Od granicy pochłaniali piwo w ogromnych ilościach, a po dotarciu na miej-sce zrobili sobie fiestę pod centrum handlowym, gdzie wypili jeszcze kilka beczek. Byli głośni, ale nie stwarzali zagrożenia.

A.F.: Przypuszczam jednak, że kilka osób już chwyciło za telefony, aby wezwać policję.

D.D.: – Prosty przykład – sylwester na placu Konstytucji w Warszawie. Odbywa się w tym samym miejscu od wielu lat, ale co roku, minutę po dwudziestej drugiej, na policję dzwonią ludzie z informacją, że została naruszona cisza nocna i domagają się interwencji. Niestety, badania poczucia zagrożenia wśród mieszkańców miast, w których będą strefy kibica w czasie Euro 2012, pokazują, że trzeba tam będzie wykonać jeszcze dużą pracę.