W USA chorzy umysłowo zabójcy pozostają w szpitalach przez co najmniej dwadzieścia lat. W Polsce wychodzą do domu po czterech latach. I nikt specjalnie nie przejmuje się tym, że znów zabijają.


Schizofrenii paranoidalnej towarzyszą halucynacje  i urojenia. O spisku, zdradzie, wykradaniu myśli i działaniu mrocznych sił, z którymi trzeba walczyć na śmierć i  życie.


54-letni Lech Ś. ze Szczecina „zdradę” żony widział jak na dłoni: gdy rozmawiała przez telefon, wychodziła z domu lub brała kąpiel. Był pewien, że Elżbieta ma kochanka, może nawet wielu. Nie wierzył, gdy mówiła, że trzeba zrobić zakupy i opłacić rachunki. „Wiedział”, że wymyka się na spotkanie z innym. Lech postanowił z  tym skończyć. Kiedy kolejną noc z rzędu „niewierna” żona spędziła poza domem – wyśledził ją i zmasakrował nożem, tnąc także oczy, którymi „spoglądała” na urojonego kochanka. Elżbiety Ś. nie udało się uratować.


Każdego roku z ręki szaleńców ginie w Polsce co najmniej kilkanaście osób. To oczywiście margines – nie wolno stygmatyzować wszystkich chorych odpowiedzialnością za czyny garstki, jednak problem jest poważny.


Z informacji Komendy Głównej Policji wynika, że każdego dnia funkcjonariusze w całym kraju są wzywani do kilkudziesięciu, a nawet kilkuset chorych psychicznie zachowujących się agresywnie. Jeśli coś pójdzie nie tak i ktoś zginie, najłatwiej obwiniać policję: bo działała nieprofesjonalnie lub nie przyjechała na czas. Tymczasem problem jest bardziej złożony. Nikt nie chce uderzyć się w pierś, chociaż winę za taki stan rzeczy ponoszą także lekarze, prokuratorzy i sędziowie, którzy zamiast zapobiec – poniekąd przyzwalają na tragiczny finał.


Zabił, bo nie było miejsca w szpitalu


Tamtą grudniową noc 2007 roku Elżbieta Ś. spędziła u syna; właśnie tam gdzie szukała schronienia, gdy nasilały się objawy choroby męża. Żyła nadzieją, że kiedyś ten koszmar się skończy. Krajowa Komisja Psychiatryczna, czyli dziewięcioosobowe grono złożone z lekarzy i przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia, stwierdziła przecież, że jej mąż stanowi poważne zagrożenie, a sąd orzekł wobec niego przymusowe leczenie w szpitalu psychiatrycznym. Ale decyzja pozostała na papierze – w szpitalu w Międzyrzeczu, gdzie miał trafić chory, przez szesnaście miesięcy nie było wolnego miejsca, a gdy już się zwolniło, Lech Ś. złamał nogę, więc termin przyjęcia na oddział znów się przesunął. Pod koniec listopada patrol policji przywiózł schizofrenika na komendę. Tego samego dnia chory wrócił do domu. Dziewięć dni później zamordował żonę. Nikomu nie przyszło na myśl, by spróbować go umieścić w innym szpitalu.


– Szczecińskiemu sądowi zabrakło determinacji w wyegzekwowaniu własnego orzeczenia – uważa  dr Ryszard Wardeński z Krajowej Komisji Psychiatrycznej.


Odpowiedzialność karna spadła na policjantów. Prokuratura Rejonowa w Pyrzycach oskarżyła ich o niedopełnienie obowiązków (w lutym br. sąd w Stargardzie Szczecińskim warunkowo umorzył postępowanie wobec funkcjonariuszy).


– Od tamtej pory wydarzyło się w Polsce kilka analogicznych spraw – dodaje dr Wardeński. Śmierć z  rąk paranoików najczęściej ponoszą ich najbliżsi. Kiedy objawy choroby się nasilają, przerażone i zagrożone rodziny zdane są wyłącznie na siebie. Tak jak 52-letnia żona schizofrenika z domu przy ul. Kolumba we Włochach, pocięta nożem, polana benzyną i podpalona. Prawda o tej zbrodni ma drugie dno. Morderca był niegdyś pacjentem psychiatrycznym. Trafił do szpitala po tym, jak w  tym samym domu zabił swoją pierwszą żonę i próbował popełnić samobójstwo. Odratowano go, zamknięto na kilka lat na oddziale dla osób z zaburzeniami, podleczono i wypuszczono do domu. Jego druga żona nie znała mrocznej przeszłości męża. Kiedy ją poznała – szukała pomocy na policji, prosiła o ochronę. Ale jej nie dostała.


Niedawno do podobnej tragedii doszło w Sieradzu. Chory psychicznie przestępca, karany w przeszłości za znęcanie się nad rodziną, zastrzelił żonę i popełnił samobójstwo. Wszyscy w okolicy wróżyli, że kiedyś dojdzie do tragedii. Wszyscy współczuli, ale nikt nie pomógł.


Oskarżenia zza biurka


O  tym, jak powinna wyglądać skuteczna interwencja w takich przypadkach, dowiadujemy się z kwietniowego numeru magazynu „Policja” wydawanego przez Komendę Główną Policji. „W grudniu ubiegłego roku w  Jaworznie załoga pogotowia ratunkowego zaatakowana przez chorego psychicznie pacjenta wezwała na pomoc policjantów. Negocjacje z chorym nie przyniosły rezultatu: obrzucał policjantów metalowymi przedmiotami, groził, że ich pozabija, a głowy nabije na pal, po czym zaatakował ich widłami i siekierą. Policjanci w obecności lekarza użyli amunicji gumowej i w ten sposób agresywny 49-latek został obezwładniony, a potem przewieziony przez pogotowie, w  asyście policjantów, do szpitala psychiatrycznego. Interwencja trwała niespełna godzinę i zakończyła się sukcesem, o czym z satysfakcją doniosła lokalna prasa” – czytamy  w opracowaniu Elżbiety Sitek pt. „W matni – policja a chorzy psychicznie”.


W  tym samym raporcie znajdujemy też przykład fatalnej w skutkach interwencji pod Wołominem w domu 42-letniego Grzegorza P. ze schizofrenią paranoidalną, którego stan zdrowia uległ w czerwcu 2009 roku gwałtownemu pogorszeniu.


„Brat i siostra chorego zgłosili się do Komisariatu Policji w Jadowie, kategorycznie żądając, by policjanci zabrali Grzegorza P. do szpitala. Oczekując na przybycie lekarza, dzielnicowy usiłował uspokoić chorego, ale w tym czasie do pokoju weszła żona Grzegorza P., co ponownie go pobudziło. Przewrócił krzesła, wyciągnął spod łóżka nóż z  bardzo długim ostrzem i ruszył w kierunku policjantów. Policjanci użyli miotacza gazu łzawiącego. Chory wycofał się. (...) Funkcjonariusze ponaglali dyżurnego o przyjazd karetki i nadal sami podejmowali próbę obezwładnienia mężczyzny, który stawał się coraz bardziej agresywny. Rzucał w nich wiadrem z nieczystościami, potem butelkami, rowerem, wszystkim, co miał pod ręką. (...) Agresja chorego narastała. Ciężkim przedmiotem trafił dzielnicowego w plecy, powodując u niego niedowład prawej nogi. Następnie zamachnął się na niego nożem. Wtedy, po czterech strzałach ostrzegawczych, na które mężczyzna nie zareagował, w  jego stronę poleciały dwie kule. Strzały były śmiertelne”.


– Szalejący pacjent, który demonstruje, co potrafi. Lekarz pogotowia, który stoi z boku albo chowa się w karetce. I zdany wyłącznie na siebie policjant, którego zadaniem jest ochrona obywateli i który w sytuacji bezpośredniego zagrożenia ma prawo użyć broni – wylicza uczestników zajścia  dr Ewa Kramarz, psychiatra, biegła sądowa ze ścisłej krajowej czołówki. W  rozmowie ze „Śledczym” doktor Kramarz sugeruje, że nie spisał się lekarz.


Tymczasem prokurator z  Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga-Południe wszczął sprawę przeciwko policjantom – uznał, że przekroczyli swoje uprawnienia. Powinni byli, zdaniem prokuratora, wezwać psychiatrę, który zadecyduje o przetransportowaniu chorego do szpitala, a nie działać na własną rękę. Trudno się dziwić prokuratorowi – każdy, kto ma do czynienia z dokumentacją na biurku, a nie z realnym zagrożeniem, chłodno patrzy na sprawę i skrupulatnie przestrzega przepisów. W grudniu 2010 roku akt oskarżenia przeciwko policjantowi trafił do sądu. Do lekarza z karetki prokurator nie miał zastrzeżeń.


Dopiero po tragicznych wydarzeniach pod Wołominem Biuro Prewencji KGP opracowało „zalecenia dla funkcjonariuszy policji w zakresie podejmowania i przeprowadzania interwencji wobec osób, których zachowanie wskazuje na zaburzenia psychiczne”. Jest w nich mowa między innymi o użyciu siatki obezwładniającej i paralizatora elektrycznego.


Zabójcy pod specjalną ochroną


Kiedy osoba niepoczytalna ze skłonnościami do czynów o „wysokiej społecznej szkodliwości” przebywa na wolności, a  nie w zakładzie zamkniętym, tragedia wisi na włosku. Przykłady z ubiegłych lat można by mnożyć. Policjanci nieoficjalnie szacują, że każdego roku z rąk szaleńców ginie co najmniej kilkanaście osób. W marcu 2010 r. cierpiący na zaburzenia psychiczne mężczyzna z Nowego Sącza pociął nożem trzyletnią córeczkę, po czym targnął się na swoje życie. Odratowano go, tłumaczył się depresją. Wcześniej w centrum Radomia obłąkany mężczyzna zabił nożem przechodnia, a trzy inne osoby ciężko ranił, wbijając ostrze gdzie popadnie. Schizofrenik z Gdyni zaatakował na Świętojańskiej matkę z dzieckiem, zabił śpiące w wózku niemowlę. W Poznaniu niepoczytalna kobieta zamordowała nauczycielkę akademicką, a we Wrocławiu ofiarą szaleńca padła młoda kobieta po wypadku – przed śmiercią uratował ją gipsowy gorset ortopedyczny.


Osoby chore psychicznie nie podlegają odpowiedzialności karnej nawet wtedy, gdy zabiją. Psychozy „zwalniają” od więzienia, choć „skazują” na izolację w placówce służby zdrowia (izolacja rzadko trwa tyle, ile wyniósłby wyrok za zbrodnię). Sądy nie określają z góry czasu, jaki chory powinien spędzić w szpitalu. Pacjent wychodzi na wolność, gdy w opinii lekarzy jego pobyt w szpitalu nie jest już konieczny. Potem musi brać tabletki, a gdy o tym zapomina – zagrożenie powraca. Rodzina nie zawsze zdąży wezwać pomoc. W styczniu 2009 roku w miejscowości Janów chory na schizofrenię zabił siekierą swojego ojca i brata. W nocy, kiedy wszyscy spali, usłyszał głosy, które „kazały” mu odciąć im głowy.


Ale w ośrodkach zamkniętych, gdzie leki podawane są regularnie, również dochodzi do dramatów. W październiku 2008 roku schizofrenik ze szpitala w Grajewie zabił pacjentkę śpiącą w sali obok. Śmiertelne rany zadał wieczkiem od puszki konserw. Niedawno pacjent szpitala w Gryficach zabił innego pacjenta, bo „miał z nim konflikt”.


– Dyrektor szpitala psychiatrycznego w Bolesławcu został napadnięty przez pacjenta we własnym gabinecie. Doznał ciężkich obrażeń, musiał przejść na rentę. Inny chory psychicznie mężczyzna zabił siekierą lekarkę z Poznania, gdyż uroił sobie, że podczas zabiegu laryngologicznego „zrobiła mu krzywdę” – przypomina dr Jerzy Pobocha, psychiatra, biegły sądowy, który także został zaatakowany przez schizofrenika (miał połamane żebra, usunięto mu uszkodzoną śledzionę).


Marzła - podpaliła szpital


Jeszcze do niedawna ucieczka z większości szpitali psychiatrycznych w Polsce nie stanowiła problemu. Spośród około 850 chorych umieszczanych każdego roku w zakładach leczniczych uciekało sześćdziesięciu. Służba zdrowia nie inwestowała w monitoring i profesjonalne zabezpieczenia. Wejść na oddział i wyjść mógł praktycznie każdy. Mistrz ucieczek siedmiokrotnie wychodził za bramę szpitala psychiatrycznego w Gorzowie Wielkopolskim krótko po dowiezieniu go do tej placówki przez funkcjonariuszy policji.  Nikt nawet nie zauważył, kiedy ze szpitala psychiatrycznego w Szczecinie wyszła ubrana w piżamę chora na schizofrenię trzydziestolatka. Kilka godzin później, w środku nocy, kobieta znalazła się na poddaszu innego szpitala – przy ul. Unii Lubelskiej. Było jej zimno, chciała się ogrzać, gdzieś znalazła zapałki... Pożar wybuchł nad oddziałem chirurgii dziecięcej. Rozprzestrzenił się w okamgnieniu. O czwartej nad ranem płonęły już dwa skrzydła budynku. Choć wydarzenia, o których mowa, rozegrały się w kwietniu

1998 roku, do dziś przypominane są studentom medycyny podczas zajęć z psychiatrii.


– Miałem wtedy na miejscu trzystu policjantów, stu dwudziestu żołnierzy i wszystkich strażaków z miasta i okolic – wylicza Stanisław Bukowski, który jako zastępca komendanta zachodniopomorskiej policji dowodził akcją. – Wąskimi klatkami schodowymi ewakuowano nieprzytomnych pacjentów z oddziału intensywnej terapii, podłączonych do aparatury ratującej życie. Wynoszono ich w kocach, bo łóżka się nie mieściły wraz ze sprzętem, którego odłączenie oznaczałoby dla nich śmierć. Ogień udało się opanować dopiero po czterech godzinach.


Więzienie zwane szpitalem


W marcu 2001 roku weszły w życie przepisy, mające położyć kres ucieczkom ze szpitali psychiatrycznych, atakom na innych pacjentów i personel medyczny. Szczególnie niebezpieczni pacjenci psychiatryczni zaczęli trafiać do szpitali przypominających zakłady karne: Regionalnych Ośrodków Psychiatrii Sądowej tzw. maksymalnego zabezpieczenia w Gostyninie, Starogardzie Gdańskim i Branicach. Nie ma tam tłoku i nie zdarzyło się, by odmówiono przyjęcia pacjenta „z braku wolnego miejsca”.


Otoczone sześciometrowym gładkim murem, okratowane we wszystkich pomieszczeniach, monitorowane za pomocą kamer telewizyjnych przez 24 godziny na dobę. System alarmowy ostrzega przed niekontrolowanym otwarciem drzwi i okien. Ze względów bezpieczeństwa personel przynajmniej dwukrotnie przewyższa liczebnością pacjentów, a każdy lekarz i sanitariusz ma przy sobie indywidualne urządzenie alarmowe. W samym tylko Gostyninie na wyposażenie pawilonów w  systemy bezpieczeństwa wydano 6 milionów złotych. Opłaciło się.


– Nikomu nie udało się uciec, chociaż wielu podejmowało próby, zazwyczaj  podczas wizyty u stomatologa lub badań rentgenowskich klatki piersiowej – mówi dr Ryszard Wardeński, dyrektor Regionalnego Ośrodka Psychiatrii Sądowej w Gostyninie.


Po raz pierwszy w historii polskiej służby zdrowia we wszystkich tych ośrodkach zatrudniono zawodowych ochroniarzy. I chociaż nie mają broni z ostrą amunicją ani gazów paraliżujących, a jedyne dopuszczalne środki przymusu to izolatka i kaftan bezpieczeństwa, i tak udaje im się utrzymać w ryzach niebezpiecznych pensjonariuszy. Do jednego z tych trzech szpitali można było skierować Lecha Ś. – agresywnego paranoika ze Szczecina, który przez półtora roku „czekał” na wolne łóżko na oddziale w Międzyrzeczu. Wtedy jego żona by żyła.


– Po fakcie wszyscy są mądrzy, a przecież na problem zagrożenia ze strony osób z psychozami trzeba spojrzeć, zanim dojdzie do tragedii, i to interdyscyplinarnie – podkreśla prokurator Anna Jóźwiak z Prokuratury Rejonowej Szczecin Śródmieście, prowadzącej niegdyś sprawę przeciwko Lechowi Ś. o znęcanie się nad rodziną. – W wielu spornych sprawach, którymi zajmują się policjanci, prokuratorzy i sędziowie, skłóceni małżonkowie wzajemnie pomawiają się o maltretowanie rodziny i choroby psychiczne. Nie możemy być narzędziem w ich rękach.


Mówiąc o przymusowym leczeniu wkraczamy na obszar praw obywatelskich. Pora ustalić wyraźne kryteria, które zminimalizują ryzyko pomyłki. Rola psychiatrów jest tu nieoceniona.


Autorka: Ewa Ornacka