Jego marka, znana dotychczas z tworzenia szalenie dyskretnych, niemal niewidzialnych punktów świetlnych, zaprezentowała projekt o nazwie Race of Lights. Tak, to modułowa lampa ścienna, ale nie taka, jak można się spodziewać. W rzeczywistości to zelektryfikowany tor wyścigowy z magnetycznymi autkami, który ktoś z niewyjaśnionych przyczyn postanowił powiesić na ścianie jako główne źródło światła. I najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ten szalony pomysł sprawdza się we wnętrzu absolutnie doskonale.
Dziecięcy tor wyścigowy, który rozświetla elegancki salon
Cały koncept działa dokładnie tak, jak podpowiada nam to wyobraźnia po usłyszeniu samej nazwy. Zamiast tradycyjnego kabla i nudnej oprawki z gwintem, otrzymujemy zelektryfikowany tor wykonany z fakturowanego, matowego polietylenu w głębokim, czarnym kolorze. Ten specyficzny materiał montujemy bezpośrednio na ścianie w dowolnej, wymyślonej przez siebie konfiguracji, tworząc wijące się pętle, ostre zakręty i długie proste. To właśnie ten polimerowy tor przejmuje na siebie rolę przewodnika prądu, stając się elegancką, geometryczną rzeźbą wkomponowaną w przestrzeń naszego pokoju.

Prawdziwa magia dzieje się jednak w momencie, gdy do gry wkraczają same źródła światła, ponieważ to one nadają całemu projektowi ten niesamowity, zabawkowy charakter. Tradycyjne żarówki zastąpiono tu miniaturowymi, przypominającymi samochodziki reflektorkami, które przyczepiają się do toru za pomocą silnych magnesów. Podstawowy zestaw składa się z dwóch krótkich prostych, czterech dłuższych odcinków, sześciu łuków oraz czterech kolorowych autek-żarówek w odcieniach zieleni, bieli, błękitu i czerwieni. Cały ten misterny system może rozciągać się na długość nawet pięciu metrów, zasilając jednocześnie do ośmiu samochodzików, z których każdy ma ruchomą głowicę pozwalającą na precyzyjne kierowanie snopem światła.
Patrząc na to czysto obiektywnie, pomysł wydaje się kompletnie absurdalny i przypomina raczej odjechaną instalację z galerii sztuki współczesnej niż praktyczny element wyposażenia domu. Jednak właśnie o to chodzi. Oświetlenie wnętrz nie musi być nudne, może być też zabawą i sposobem na zadowolenie swojego wewnętrznego dziecka. To projekt, który burzy sztywną barierę między dorosłym, poważnym designem a nieskrępowaną frajdą z układania własnych tras wyścigowych na grubym dywanie w salonie za dzieciaka.

Nie ukrywam, że najbardziej podoba mi się tu elastyczność elastyczność i podatność na nasze codzienne kaprysy. Modułowość sprawia, że możemy zmienić układ lampy w dowolnym momencie, przepinając samochodziki, kierując światło na nowy obraz na ścianie albo przebudowując cały tor, gdy tylko poczujemy znudzenie. Zwykle lampy czy kinkiety montujemy raz i potem trzeba z tym jakoś żyć do kolejnego remontu, tutaj można po prostu zmienić układ toru, przenieść samochodziki i całość będzie już wyglądała inaczej. Zamiast statycznego klosza zbierającego kurz, otrzymujemy żywy, interaktywny obiekt, który prowokuje do ciągłej, radosnej zmiany.
Dlaczego mistrz minimalizmu porzucił niewidzialność
Mimo wszystko, bardzo ciekawe jest tutaj również samo podejście projektanta, bo jak wspomniałam, Davide Groppi raczej do tej pory celował w totalny minimalizm i ascetyzm. Jego kultowa lampa Nulla, która w 2014 roku zdobyła prestiżową nagrodę Compasso d’Oro, mierzy zaledwie 18 milimetrów średnicy i po zamontowaniu w suficie staje się praktycznie niewidoczna dla ludzkiego oka. Filozofia jego marki od zawsze opierała się na tym, że oprawa powinna całkowicie znikać z naszego pola widzenia, by ustąpić miejsca czystej wiązce światła. Tymczasem ten tor wyścigowy robi coś zupełnie odwrotnego – krzyczy ze ściany swoimi kształtami, kolorami i niecodzienną formą.

Trzeba tu jednak zrozumieć, że włoska marka nigdy nie hołdowała ślepemu, pustemu minimalizmowi dla samego minimalizmu. Ich język projektowania od zawsze niósł za sobą potężny ładunek emocjonalny. Sam Groppi wielokrotnie wspominał w wywiadach, że traktuje światło jako doskonałe narzędzie do uwodzenia i budzenia ciekawości, a najlepszy design zawsze rodzi się z połączenia precyzyjnego umysłu i gorącego serca. Race of Lights bierze ten emocjonalny wymiar i przekuwa go w najbardziej dosłowną, namacalną formę z możliwych. Inspiracją była tu nostalgia i żywe wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to elektryczne autka śmigały po plastikowych torach na podłodze. Teraz ten tor przenosi się na ścianę, autka zatrzymują się w miejscu i zaczynają oświetlać naszą dorosłą codzienność.

Oczywiście, to nie jest projekt dla wszystkich i zawsze znajdą się tacy, którzy będą nazywać to tanim chwytem marketingowym. Tylko że… co z tego? Nostalgia jest czymś, za czym wiele osób tęskni. W dodatku najlepszy światowy design od zawsze pożyczał motywy z beztroskiej zabawy, starając się przełamać naszą nudną, uporządkowaną rutynę. Davide Groppi przez dekady udowadniał, że lampa to coś więcej niż żarówka i kabel, ale po raz pierwszy ubrał ten argument w formę wyścigowych autek z dumnie świecącymi reflektorami. I ja jestem tym zachwycona.
