Więzień w pomarańczowym kombinezonie został obudzony o godzinie 4 nad ranem, po 4 godzinach snu. Rozpoczynało się przesłuchanie, zgodnie z regulaminem. Wielokrotnie zakładano mu na głowę kaptur i przeprowadzano do różnych boksów. W jednym, gdzie klimatyzacja wytwarzała niską temperaturę, trzymano go bardzo długo. Potem, zakapturzonego, przeprowadzono do innego pomieszczenia. Tam zakładano mu obrożę na szyję i prowadzono na smyczy, jak psa. Zmuszano do ubrania biustonosza i na głowę nasadzano damskie figi. Cały czas musiał siedzieć z rękami nad głową, a u jego stóp leżał wilczur, agresywnie reagujący na każdy ruch. Tak przez 24 godziny, po których, zgodnie z regulaminem, miał prawo do 4-godzinnego snu. I znowu przesłuchanie. Zgodnie z regulaminem było to przesłuchanie z zastosowaniem technik drugiej kategorii. Następnego dnia miały być trzeciej… Złapano go w Afganistanie w listopadzie 2001 roku i po trzech miesiącach przewieziono do bazy w Guantanamo, gdzie był jednym z pierwszych więźniów. Od razu zaczęły się przesłuchania prowadzone przez wojskowych i agentów FBI, którzy starali się wydobyć od niego wszystko, co wiedział o przygotowaniach do zamachów. Choć nie było pewności, czy rzeczywiście miał z tym cokolwiek wspólnego.

Przez dziesiątki lat Ameryka, jako ostoja demokracji i praworządności, trzymała się twardo konwencji genewskich, nakazujących humanitarne traktowanie ludności cywilnej i jeńców wojennych. Żołnierze armii amerykańskiej, prowadząc przesłuchania, musieli stosować się do przepisów US Army Field Manual 34–52. Ten regulamin uaktualniono w 1992 r., co miało związek z wojną w Iraku. Jednakże autorzy nowej wersji ani na krok nie odeszli od ducha konwencji genewskich, z których pierwszą podpisano w 1864 r. Trzecia konwencja z 1949 r. chroni jeńców wojennych, nakazując, że mają być traktowani humanitarnie. Wszelkie formy tortur i okrucieństwa zostały zakazane. Osoby naruszające postanowienia artykułu stają się międzynarodowymi przestępcami, podlegającymi ściganiu i karze w każdym zakątku świata.

Field Manual, nazywany w skrócie FM 34–52, stracił swój charakter niespodziewanie. 27 listopada 2002 roku William J. Hayes, doradca sekretarza obrony, przekazał krótką notatkę swojemu szefowi. Być może wyczuwał bojowy nastrój, jaki w Białym Domu rozsiewał George W. Bush, i doszedł do wniosku, że propozycja zaostrzenia postępowania wobec osób podejrzanych o terroryzm spodoba się prezydentowi. Do dokumentu dołączył opinie prawne oraz listę nowych technik przesłuchania, sporządzoną przez płk. Heralda Phifera.

Techniki dzielą się na trzy kategorie w zależności od zachowania przesłuchiwanego. Pierwszą można określić jako zestaw prób zastraszenia: „jeżeli nie powiesz, będzie z tobą źle” albo „twoje milczenie źle się skończy dla twojej rodziny”. Jeżeli nie przynoszą rezultatu i przesłuchiwany odmawia współpracy, przesłuchujący mogą zastosować techniki drugiej kategorii, które już tak łagodne nie są: mogą zmusić więźnia do utrzymywania niewygodnej pozycji przez wiele godzin, pozbawić go przedmiotów kultu lub pamiątek, upokarzać i obrażać, wykorzystać fobię, jak np. lęk przed szczurami. W technikach wyższego, trzeciego stopnia, można wykorzystywać siłę: potrącanie lub popychanie, kuksańce, wystawianie na zimno lub oblewanie zimną wodą, aż do podtapiania za pomocą mokrego ręcznika lub wlewania wody do nosa. Dokument Hayesa nie mówi nic o ograniczeniach czasowych ani nie zabrania stosowania kilku technik jednocześnie. Ponadto odrzuca zasadę z FM 34–52, nakazującą przesłuchującym uzyskanie zgody przełożonych na zaostrzenie form przesłuchania.

Sekretarz obrony przeczytał uważnie propozycje swojego podwładnego i po kilku dniach namysłu podpisał je 2 grudnia 2002 r., nadając paru kartkom papieru moc większą niż międzynarodowe konwencje. Sekretarz obrony USA, w myśl prawa międzynarodowego, stał się przestępcą.

Wydawałoby się, że nie ma nic lepszego dla obrazu prezydenta supermocarstwa niż zdecydowane działanie. Zwłaszcza w społeczeństwie amerykańskim, gdzie mit szeryfa, który kilkoma strzałami przywraca porządek, jest mocno zakorzeniony. Okazuje się jednak, że czasy się zmieniły, może również dzięki duchowi konwencji genewskich. Cywilizowany świat dawno już doszedł do wniosku, że poczucie krzywdy rodzi chęć zemsty i spirala terroru zaczyna się nakręcać. Amerykanie nie chcieli kolejnego szeryfa, ale wskazali na polityka proponującego inną drogę ochrony świata. Barack Obama już drugiego dnia po objęciu urzędu podpisał nakaz zamknięcia więzienia w Guantanamo i tajnych więzień CIA poza granicami USA oraz zakaz stosowania „twardych” technik przesłuchania. „Będziemy prowadzić walkę z terroryzmem w sposób zgodny z naszymi wartościami i ideami” – zapowiedział. Ameryka przypomniała sobie o Genewie.