Jako trzydziestolatek został milionerem, a przed czterdziestką miliarderem. Mark Cuban dziś ma 53 lata i wcale się nie stara, by jego pozycja na liście najbogatszych ludzi w Ameryce rosła. „Na świecie jest tyle ciekawszych rzeczy niż robienie szmalu” - powtarza biznesmen.

 

Mark Cuban twierdzi, że najwięcej zawdzięcza ojcu. Gdy jako dwunastolatek poprosił go o nowe tenisówki, usłyszał, że jeśli nie jest zadowolony ze swoich butów, sam powinien zarobić na nowe. „Gdyby tata wtedy kupił mi buty, dziś nie byłbym tym, kim jestem” – mówił wielokrotnie Mark. Na trampki rezolutny chłopak zarobił, sprzedając worki na śmieci. Potem imał się wszystkiego – uczył tańca dyskotekowego, sprzedawał znaczki, rozsyłał listy św. Antoniego. Dzięki temu uzbierał 1100 dolarów i skończył szkołę średnią. Dziś jest jednym z najbogatszych ludzi w USA.

Jeden trafny rzut

Mark urodził się w lipcu 1958 roku na przedmieściu Pittsburgha w rodzinie żydowskich emigrantów. Jego dziadek Morris Chabenisky przybył do Ameryki z Rosji. Na Ellis Island urzędnicy zmienili mu trudne do wypowiedzenia nazwisko na Cuban. Radził sobie jak mógł, chwytając się każdej pracy. To po nim Mark odziedziczył żyłkę do interesów.

Na studia Cuban zapisał się najpierw w rodzinnym mieście, ale kusiło go słońce, kobiety i niezależność – przeniósł się więc do Dallas, bo jego stary rozklekotany samochód nie dojechałby do Miami. Gdy studiował na drugim roku administracji na Indiana University w Bloomington, wydzierżawił niewielki bar, który nazwał Motley’s. Lokal był zawsze pełen studentów, słynął z tanich drinków i dobrej zabawy. Zamknięto go, gdy okazało się, że w konkursie na miss mokrego podkoszulka zwyciężyła 16-letnia dziewczyna oskarżona wcześniej o prostytucję. 

Po studiach Mark założył z kolegą Martinem Woodallem niewielką firmę komputerową MicroSolution. Siedem lat później – w 1990 roku – sprzedali ją za sześć milionów dolarów korporacji H&R Block CompuServe, tuż przed tym, jak ceny komputerów zaczęły gwałtownie spadać. Nic dziwnego, że wiele lat później, porównując sport i biznes, Cuban napisał na swoim blogu: „w koszykówce, aby być mistrzem, musisz cierpliwie rzucać piłką, starając się poprawić swoją skuteczność trafień. W biznesie wystarczy jeden trafny rzut i jesteś ustawiony na całe życie”.

Mając niewiele ponad trzydziestkę i milionowe konto w banku, Mark pojechał do Los Angeles, by uczyć się aktorstwa. Wystąpił nawet u boku Chucka Norrisa w serialu „Strażnik Teksasu”, szybko się jednak znudził. W 1995 roku założył z Toddem Wagnerem niewielką firmę AudioNet, którą później przechrzcili na Brodcast.com. „W gruncie rzeczy myśmy tylko przekształcili nasze hobby w biznes” – stwierdził później. Wiele razy będzie powtarzał, że wykorzystanie swoich zainteresowań to najlepsza droga do sukcesu. Obaj byli zapalonymi kibicami sportowymi. Brodcast.com, będący internetową antologią wszystkich stacji radiowych Ameryki, pozwalał im słuchać relacji z meczów odbywających się w każdym zakątku kraju. To był strzał w dziesiątkę. W błyskawicznym tempie Brodcast.com zyskał miliony słuchaczy. „Dzień, w którym weszliśmy na giełdę, spędziliśmy w barze na Wall Street. Za każdym razem, gdy w CNN padała nazwa naszej firmy, wychylaliśmy kieliszek. Upiliśmy się w sztok” – wspominał w wywiadach. Opuścili bar nie tylko pijani, ale i bogaci. W chwili otwarcia giełdy za akcję Brodcast.com trzeba było zapłacić  18 dolarów, a przed jej zamknięciem – 62 dolary! W ten sposób Mark Cuban, o którym Devin Leonard z magazynu „Fortune” napisał złośliwie, że był ostatnim facetem, którego można było podejrzewać o to, że zrobi duże pieniądze, zainkasował 83 mln dolarów.

Największy kawałek tortu miał jednak wciąż przed sobą. Obaj ze wspólnikiem wiedzieli, że internetowa hossa nie potrwa długo, zaproponowali więc dwóm potentatom – Yahoo i AOL, aby kupili ich firmę, jeśli nie chcą mieć konkurencji. Na przynętę złapało się Yahoo. Szybko okazało się, że Cuban i Wagner mieli rację – technologia poszła do przodu i słuchanie radia przez internet stało się anachronizmem. Mogli już tylko zastanawiać się, co zrobić z sześcioma miliardami dolarów zarobionymi na transakcji.

Globalny show

Mark Cuban kupił sobie jacht za 36 mln dolarów (wcześniej miał dwa mniejsze), a 285 mln wydał na Dallas Mavericks, słaby zespół koszykarski występujący w lidze NBA. Nie można powiedzieć, żeby był specjalnie oryginalny, każdy multimilioner prędzej czy później zostaje właścicielem klubu sportowego. Okazało się jednak, że Cuban jest właścicielem nietypowym. Aby zmotywować zawodników do treningu, wyposażył szatnie w gigantyczne ekrany telewizyjne, jacuzzi, siłownie i komputery. Zaczął wozić ich na mecze luksusowym samolotem (który wypożyczył od niego Tom Cruise, aby przewieźć swoich gości weselnych do Włoch na ślub z Katie Holmes). Gdy pierwszy raz wygrali, postawił drinki wszystkim kibicom!

Z każdego meczu Cuban robi show z sobą w roli głównej – jeśli się nie zgadza z sędziami, krzyczy na nich i obrzuca wyzwiskami. Ukarano go za to kilkanaście razy, łącznie na 1.665.000 dolarów. Rekordową grzywnę, pół miliona dolarów, zapłacił za krytykę menedżera Eda T. Rusha, któremu powiedział, że nie potrafiłby kierować nawet Dairy Queen. Ponieważ dyrekcja tej popularnej za oceanem sieci barów szybkiej obsługi uniosła się honorem, oprócz kary pieniężnej musiał też jeden dzień przepracować w ich placówce w Coppell. W dniu, w którym magnat w kelnerskim uniformie z uśmiechem na ustach pojawił się za ladą, do niekończącej się kolejki stanęli prawie wszyscy mieszkańcy teksańskiego miasteczka. „Takiego obrotu nie mieliśmy od kilkunastu lat” – ogłosiła w prasie dyrekcja Dairy Queen.

W 2006 roku Dirk Nowitzki, najlepszy koszykarz Cubana, powiedział, że szef musi się nauczyć kontrolować, podobnie jak wymaga tego od zawodników. „Jeśli chodzi o koszykówkę, to tak zachowuję się od piątego roku życia. Przez pozostałe 23 godziny w ciągu doby jestem łagodny jak baranek” – odpowiedział Cuban. Jego szaleństwo przyniosło pozytywne efekty. Drużyna, która w momencie zakupu miała na koncie 40 zwycięstw i 42 porażki, właśnie sięgnęła pierwszy raz w historii po mistrzowski tytuł. 

Zachowanie Cubana, jego wygląd (najczęściej pokazuje się w dżinsach i podkoszulku lub wypuszczonej na spodnie koszuli), soczysty język (jego ulubionym wyrażeniem jest „No balls no children”, czyli „Nie masz jaj, nie masz dzieci”), nie wszystkim się podoba. Nie darzy go sympatią żaden  z 28 pozostałych właścicieli zespołów NBA (notabene żaden z nich nie jest tak popularny jak Cuban).

„Ciągle wydaje mu się, że bawi się z kumplami, że jest tym samym chłopcem, który nosił na prywatki dwie koszulki, bo się pocił” – napisał w „Herald Tribune” nielubiący go dziennikarz sportowy. „Moje konto w banku nigdy nie stanowiło o tym, co jest ważne w moim życiu. Ciągle smakują mi kanapki z pieczoną wołowiną i lubię chodzić do kina. A gdy wchodzę na wagę, nie myślę o pieniądzach, tylko o tym, dlaczego nie mogę schudnąć” – odpowiedział Cuban. 

Czytaj, będziesz bogaty

Mark Cuban nigdy nie przejmował się tym, co mówią  i myślą o nim inni. Jest zwolennikiem libertarianizmu – filozofii postulującej nieograniczoną swobodę w dysponowaniu własną osobą, o ile to nie ogranicza praw innych. Z tym sposobem myślenia Cuban zapoznał się dzięki powieści „Źródło” (The Fountainhead), którą przeczytał kilka razy. „Jest niezwykle motywująca, zachęciła mnie do samodzielnego myślenia, nauczyła, że aby osiągnąć cel, trzeba zaryzykować, być gotowym do wzięcia odpowiedzialności zarówno za sukces, jak i za porażkę” – powtarza miliarder. Nie jest zbyt oryginalny. Choć w Europie książka Ayn Rand, rosyjskiej emigrantki żydowskiego pochodzenia, jest praktycznie nieznana, w Ameryce zrobiła furorę. Jej pierwsze wydanie z 1943 roku osiągnęło rekordowy nakład 6,5 mln egzemplarzy. Powieść jest dość nudna (nie bez powodu rękopis odrzuciło 16 wydawców), jej bohater to młody architekt, pogardzany przez otoczenie geniusz, który po latach bezkompromisowej walki z establishmentem w końcu odnosi sukces, uosabiając tym samym zwycięstwo jednostki nad kolektywem.

Krytycy dopatrzyli się inspiracji postacią Franka Lloyda  Wrighta oraz Nietzschego. Książka mogła nie przypaść do gustu wyrafinowanym Europejczykom, ale Amerykanie się nią zaczytywali. Pracownicy Biblioteki Kongresu USA uznali, że żadna inna książka, poza Biblią, nie miała takiego wpływu na rozwój ich kontynentu. Byłoby przesadą twierdzenie, że dzięki poślednim gustom literackim Ameryka rozwinęła się ekonomicznie, ale Cuban z pewnością tak.

Mimo że polityka kusi wielu amerykańskich bogaczy, jego właściwie nigdy nie interesowała. Nie wydał zbyt wielu dolarów na kampanie polityczne. Może dlatego, że jego zdaniem amerykańskie partie straciły poczucie tego, co jest dobre dla kraju. W ostatnich wyborach prezydenckich, gdy większość opowiedziała się za Barackiem Obamą, on starał się namówić na start nowojorskiego burmistrza Michaela Bloomberga (którego w ubiegłym roku magazyn „Forbes” umieścił na 10. miejscu wśród najbogatszych Amerykanów, szacując jego majątek na 18 mld dolarów). Cuban przyznał, że z reguły głosuje na tych, którzy najmniej obiecują, bo nie ma zaufania do dziesięcioletnich planów. Nie ulega jednak wątpliwości, że kocha Stany Zjednoczone, bo – jak mówi – ten kraj tworzy wyjątkowe warunki dla przedsiębiorców, nagradza ludzi, którzy postawili sobie cel i go osiągnęli. Dlatego, wbrew libertariańskim przekonaniom, namawia do płacenia podatków i uważa, że najwyżej opodatkowani powinni być ludzie o największych dochodach. „Jeśli pieniądze mają być zmarnowane przez rząd, lepiej jeśli będą to pieniądze Cubana, Warrena Buffeta i innych superbogaczy niż twoje” – napisał w swoim blogu. I jak przeciętni Amerykanie mogą nie kochać Cubana?

Kontrowersyjny magnat z Dallas nie ukrywa radości z posiadanego majątku: „Niektórzy mówią, że duże konto w banku przyprawia ich o ból głowy; mnie bolała głowa, gdy nie miałem na czynsz”. Często powtarza, że dzięki pieniądzom mógł sobie kupić to, co najważniejsze, czyli czas. „Ludzie, którzy chcieli zbić fortunę i im się to udało, z reguły chcą więcej, ale są i tacy jak ja, którzy wolą używać zarobionych pieniędzy, aby im i ich bliskim żyło się lepiej” – powiedział. Sporo uwagi poświęca rodzinie. Jest dobrym ojcem, ma dwie córki i syna (dla czteroletniej Alexis wystąpił w „Tańcu z gwiazdami”, bo uwielbiała ten program). Ożenił się w 2002 roku ze swoją wieloletnią narzeczoną Tiffany Steward, a i wcześniej, mimo że wystąpił jako Macho Mark w filmie „Rozmowy o seksie”, nie prowadził rozwiązłego życia, sam przyznał, że szkołę średnią skończył, będąc prawiczkiem. Rodzina Cubanów żyje wygodnie w liczącym 2200 metrów kwadratowych domu w Dallas (mają też dwa apartamenty w Nowym Yorku i willę w Miami). Brat Marka, Brian, kieruje jedną z jego fundacji. Ojciec, który kazał mu zarobić na trampki, również nie musi się martwić, że ma niską emeryturę. Norton Cuban, który przepracował pół wieku w jednym przedsiębiorstwie jako tapicer samochodowy, stwierdził, że Mark bardzo go zaskoczył i wszystko, co robi, dziwi go tak dalece, że czasem zagląda do metryki urodzin, aby sprawdzić, czy na pewno jest jego synem.

Bez strachu

Cuban wydaje sporo na cele charytatywne – jeśli dostanie karę za złe zachowanie na stadionie, tyle samo przeznacza na akcje dobroczynne. Założył fundację dla rodzin poległych w Iraku żołnierzy. Przede wszystkim jednak popiera tych, którzy chcą zostać milionerami. W lutym 2009 roku ogłosił „stymulujący plan” – oferuje finansowe wsparcie ludziom, którzy zdołają zainteresować go swoim pomysłem. Postawił następujące warunki: firma powinna być założona w ciągu 60 dni, a pierwsze zyski mają przyjść najpóźniej po upływie trzech miesięcy. Na razie zainwestował w zaawansowane technologicznie toalety. Bierze też udział w telewizyjnym programie „Shark Tank” jako jeden z biznesmenów, którzy oceniają idee i projekty młodych przedsiębiorców. Nagrodą dla najlepszego jest milion dolarów.

Wszyscy, którzy twierdzą, że od czasu sprzedaży firmy MicroSolution, a poźniej Brodcast.com, Mark Cuban nie odniósł większego sukcesu, mają rację. Założył, co prawda, sieć kinoteatrów o 282-calowych ekranach Landmark Theatres i sieć telewizji wysokiej rozdzielczości HDNet, ale żadna z nich nie jest kurą znoszącą złote jajka. Zapytany o to, czy nie przeraża go wizja, że mógłby stracić majątek, odrzekł: „Nieważne, czy masz sto dolarów, czy sto milionów dolarów, nie chcesz ich stracić”. Na pytanie, na czym można będzie w najbliższej przyszłości zarobić, odpowiedział, że nie wie, ale jego zdaniem nie będzie to branża komputerowa, lecz coś zupełnie innego, co odkryje jakaś 10-letnia dziewczynka, a wszyscy będą się dziwić, jak mogli na to nie wpaść. Czy go to martwi? Ależ skąd! Zawsze lubił się dobrze bawić i wciąż doskonale mu się to udaje. Prowadzi bloga, twitteruje, czyta wszystkie e-maile, które dostaje, i na wiele odpowiada. Kiedyś napisał: „Gdybym mógł przyjść na świat po raz drugi, chciałbym urodzić się ponownie jako Mark Cuban”. „Zgadzam się w zupełności” – skomentował jeden z jego fanów. „Ja też chciałbym się ponownie urodzić jako Mark Cuban”.