W roku 1780 brytyjska armia, walcząca z hinduskim królestwem Mysore, przeżyła wstrząs. Podczas przegranej bitwy pod Pollilur spotkała się z nieznaną bronią – rakietami. Również w kolejnych latach Europejczycy musieli stawić czoła spadającym z nieba mieczom, bo taką właśnie formę przybrały hinduskie rakiety, dolatujące na odległość nawet 2 km. Brytyjczycy byli pod wielkim wrażeniem. Nic więc dziwnego, że przeanalizowali broń nieprzyjaciela i stworzyli jej własny odpowiednik. Dokonał tego William Congreve, a  jego rakiety zostały wykorzystane w wojnach napoleońskich. W 1807 r. około 25 tysięcy rakiet podpaliło Kopenhagę, a w „bitwie narodów” pod Lipskiem w 1813 r. znacząco przyczyniły się do porażki Europie wykorzystali rakiety do celówNapoleona. To doprowadziło wielu historyków zachodnioeuropejskich do konkluzji, że to Brytyjczycy pierwsi w stricte bojowych. A tymczasem...

Niemal dwa wieki przed Congreve’em rakiety w swoim arsenale miały już wojska Rzeczypospolitej. Gdy w  latach 1630–1635 Andrzej dell’Aqua pisał podręcznik artylerii „Praxis ręczna działa”, stwierdził, że rakiety (zwane wówczas w Polsce racami): „na wojnie czynią obronę w paleniu, zabijaniu i turbowaniu nieprzyjaciela, jako się tego już napatrzyło i co dzień widzieć przydaje”. Urodzony w Wenecji w 1584 r. dell’Aqua spędził w Polsce większość swojego życia. Jego fachową wiedzę docenił król Zygmunt III Waza, który w 1631 r. nadał wenecjaninowi tytuł profesora, wyznaczył mu wysoką pensję i zezwolił na założenie szkoły kształcącej artylerzystów królewskich. Na jej potrzeby powstało dzieło „Praxis ręczna działa”. Analizując jego treść, Tadeusz Marian Nowak doszedł do wniosku, że „zawiera kilka interesujących nowych elementów z dziedziny techniki rakietowej. Należy do nich koncepcja baterii rakietowej, pomysł wystrzeliwania z dział pocisków zawierających rakiety, następnie odpalanie rakiet w skład których wchodzą:za pomocą specjalnego zapalnika (tzw. małej racy), a wreszcie szeroki wachlarz zastosowań rakiet do potrzeb wojskowych, sygnalizacja, podpalanie nieprzyjacielskich obiektów na odległość, rażenie żywej siły, a nawet odpalanie min podłożonych pod fortyfikacjami”.



Rakiety opisane przez dell’Aquę miały różne głowice i rozmaite były sposoby ich wyrzucania. Z powstałymi w XIX w. rakietami Congreve’a  łączyła je jedna wspólna cecha: do stabilizacji lotu służyła żerdź. W niektórych aspektach przewyższały jednak dziewiętnastowieczną broń Brytyjczyków. Dell’Aqua pisał o bateriach rakiet – to innowacja, która zapewniała znacznie gęstsze nasycenie ogniem niż wystrzeliwane pojedynczo rakiety brytyjskie. Wspominał także o rakietach dwustopniowych, podczas gdy te Congreve’a były jednostopniowe. Jest to o tyle istotne, że większa liczba stopni rakiety, przy tej samej ilości materiału pędnego, zapewnia jej większy zasięg. Czy takich właśnie rakiet użyła polska armia w 1637 r. do spalenia ukraińskiej Borowicy? Nie wiadomo. Faktem jest, że wspomniane miasteczko było świadkiem podobnej tragedii jak Kopenhaga 170 lat później. Opisał ją Szymon Okolski w „Diariuszu transakcyi wojennej”. Będąc kaznodzieją, towarzyszył armii koronnej w wojnie przeciw zbuntowanym Kozakom Pawluka. Gdy tych pokonano w bitwie pod Kumejkami, a  ich niedobitki schroniły się w Borowicy, hetman Mikołaj Potocki „dwanaście razy w miasto z dział uderzył, potem racami [czyli rakietami] zapalił je”, zmuszając tym samym obrońców do kapitulacji.

WENECJANIN NIE BYŁ PIERWSZY

Choć dzieło weneckiego profesora wprowadziło nową jakość w polskim rakietnictwie, nie on pierwszy w naszym kraju pisał o rakietach. Kilkadziesiąt lat wcześniej robili to sami Polacy: Marcin Bielski („Sprawa rycerska” z 1569 r.) i Stanisław Sarnicki („Księgi hetmańskie” z roku 1575). Z przekazu Bielskiego wynika, że chodziło o nieskomplikowane jednostopniowe rakiety, stabilizowane żerdzią. Co jednak najciekawsze, ze słów Sarnickiego („race jako czynią, to jest rzecz pospolita”) wynika, że już wtedy rakiety nie stanowiły w Polsce żadnej nowości. I choć wspomniani autorzy nie pisali wprost o ich bojowym użyciu, to jednak istnieją silne ku temu przesłanki. Po pierwsze pisano o rakietach w traktatach poświęconych właśnie sztuce wojennej. Po drugie Bielski, gdy kończył akapit o latających „smokach ognistych”, zaznaczył, że były bezużyteczne w bitwach i służyły tylko celom rozrywkowym. Jednak takiej samej uwagi nie poczynił w poprzednim fragmencie, gdy pisał o racach (rakietach). Można więc sądzić, że w przeciwieństwie do „smoków ognistych” miały zastosowanie bojowe.

Sarnicki z  kolei dostrzegał olbrzymi potencjał tych rakiet. Stwierdził bowiem, że raca zapala nie tylko suche drzewo: „alem widał że gruskę z leściem świeżem spalała”. Z  drugiej strony dodaje, że opisane przez niego race wykonywano dla uczczenia uroczystych wjazdów książąt do miast. Czy więc używano u nas rakiet w celach bojowych już w XVI w.? Nie ma źródła, które by to jednoznacznie potwierdziło. Na razie można tylko przypuszczać, że w szesnastowiecznej Polsce przy pomocy rakiet co najmniej oświetlano przeciwnika nocą – analogicznie do tego, co zrobili Rosjanie w trakcie oblężenia Pskowa przez wojska Rzeczypospolitej w 1581 r. Tak czy inaczej, największy wkład w rozwój rakietnictwa miał nasz rodak Kazimierz Siemienowicz. W wydanym w 1650 r. dziele „Artis magnae artilleriae pars prima” – oprócz usystematyzowania dotychczasowego stanu wiedzy na temat rakiet – zawarł ciekawe pomysły usprawnienia tak ich samych, jak i technologii produkcji. Proponował zamianę długiej i nieporęcznej żerdzi stabilizującej na stateczniki typu delta [czyli w kształcie trójkąta, przypominającym grecką literę – przyp. red.]. W ten sposób rakiety nam dziś kształt. Był też autorem dokładniejszego opisu i rysunku rakiety trzystopniowej. Opisał także baterię rakietową. W sumie zaproponowane przez niego rozwiązania daleko wyprzedzały powstałe ponad półtora wieku później rakiety Congreve’a. Siemienowicz nie był jednak zwolennikiem bojowego zastosowania rakiet. Wprost przeciwnie – wręcz wyśmiewał takie zastosowanie.

Rakiety Siemienowicza

UPADEK POLSKIEGO RAKIETNICTWA

 

U podłoża tej postawy wydaje się tkwić personalny konflikt z wielkim zwolennikiem rakiet, dowódcą artylerii koronnej Krzysztofem Arciszewskim. W latach 1646–1648, gdy Arciszewski sprawował funkcję przełożonego nad artylerią koronną, Siemienowicz był najpierw inżynierem w arsenale warszawskim, a później zastępcą dowódcy. Miał wtedy okazję obserwować produkcję rac i przeprowadzane próby. Możliwe, że rakiety zabrano, by tłumić rebelię Bohdana Chmielnickiego, która rozpoczęła się w 1648 r. To wydarzenia z  tego roku wykorzystał Siemienowicz do wykpienia przybrały znany Arciszewskiego oraz idei bojowego zastosowania rac. Pisał: „Miałem bowiem sposobność (…) dowódcę artylerii (jego nazwiska na tym miejscu nie wspominam, chociaż on nigdy nie oszczędziłby mojego), który tych tylko uważał za najbieglejszych i najbardziej wyćwiczonych w sztuce artyleryjskiej i dopuszczał do usług władcy państwa oraz zaliczał w poczet znawców artylerii, którzy budowali najlepsze rakiety, co więcej z tego powodu wielce się chełpił przed władcą ich niezrównaną znajomością sztuki. Ale może zrozumiał nie tak dawno (byleby tylko zechciał zrozumieć pouczony publiczną, a nie osobistą szkodą, chociaż cudze sprawy mniej nas zwykle obchodzą niż własne), że rakiety sprawiają tylko przyjemność i są raczej pociskami pijanego Bakchusa i swawolnej Wenery niż krwawego Marsa, nie oni jednak przestraszają i pokonują nieprzyjaciela. Ci bowiem, których nauczył tak doskonale budować rakiety, poniechawszy i zlekceważywszy wszelkie ćwiczenia w ustawianiu i obchodzeniu się z działami zgodnie z przepisami sztuki, okazali się, gdy sprawa tego wymagała [pod Piławcami w 1648 r.] i należało razić nieprzyjaciela częstymi pociskami, niegodni nawet tego imienia, które im dał tak doskonały mistrz. On zaś sam, nie chcąc być obecnym przy tak miłym i zasługującym na poklask widowisku, pełen obawy ukrywał się poza sceną w odległości 40 mil”.

Rok 1648 był przełomowy dla potężnej do tego czasu Rzeczypospolitej. Okazał się również krytyczny dla polskiego rakietnictwa. Państwo polskie weszło w stan długotrwałego kryzysu. Wraz z potopem szwedzkim (1655–1660) dotknął on też artylerię i  rakietnictwo. W 1655 r. arsenał warszawski padł łupem Szwedów. Niemal w tym samym czasie odeszli z tego świata ludzie, którzy byli zwolennikami bojowego zastosowania rakiet. Arciszewski i dell’Aqua zmarli w 1656 r. Pozostało dzieło Siemienowicza, które doczekało się tłumaczeń i wydań w wielu językach. Zapewne właśnie ta szeroka recepcja w kręgach fachowych dzieła polskiego inżyniera, sceptycznego co do militarnej przydatności rakiet, przyczyniła się do regresu w tej dziedzinie. I gdy pod koniec XVIII w. Europej- czycy na polu bitwy spotkali się z rakietami hinduskimi, to właśnie one, a nie rodzime europejskie tradycje, stały się impulsem do ponownego zainteresowania rakietnictwem.