Trudno jest zignorować ponad 20 tys. obywateli protestujących pod oknami własnego domu. Przekonał się o tym premier Japonii Yoshihiko Noda, przed którego rezydencją co piątek zbierają się tłumy Japończyków zorganizowanych wokół ruchu „Metropolitan Coalition Against Nukes” („Metropolitalna Koalicja przeciw Atomowi”, MCAN). Widok tysięcy tokijczyków wędrujących ulicami z flagami „Sayonara dla atomu” i „Nie chcemy drugiej Fukushimy” nikogo już nie dziwi. Japończycy są wkurzeni jak nigdy.

Niezadowolenia na tak masową skalę nie widziano w Japonii od lat 90. XX wieku, kiedy trzech amerykańskich żołnierzy zgwałciło japońską dziewczynkę. Oczywiście, nawet jeśli protestują, Japończycy nie zamieniają się nagle w  miotających kamieniami i  wyzwiskami Indignados. Demonstranci są wyjątkowo grzeczni. Wykrzykują przygotowane wcześniej hasła i machają flagami, a po skończonym proteście nie zapominają ukłonić się i podziękować stojącej z boku policji.

Kalejdoskop decyzji

W Japonii, gdzie w 2011 roku wywołana trzęsieniem ziemi fala tsunami uszkodziła elektrownie atomowe w Fukushimie i Onagawie, gdzie mieszkańcy żyją od półtora roku w strachu przed radioaktywnym skażeniem, a starsi pamiętają jeszcze ataki atomowe na Hiroszimę i Nagasaki, masowy protest antyatomowy ma zdecydowaną rację bytu.

Tymczasem decyzje dotyczące energii nuklearnej zmieniają się jak w kalejdoskopie. W  połowie września japoński rząd ogłosił długoterminowy plan energetyczny, według którego do 2040 roku Japonia miałaby zupełnie odejść od energii jądrowej. 

Do tej pory pokrywała ona około 30 proc. zapotrzebowania Japonii na prąd. Tylko mniej niż 10 proc. energii pochodziło ze źródeł odnawialnych. Miało się to zmienić. Japończycy oznajmili, że za 20 lat zielona energia potroi swój udział w energetycznym koszyku.

Reszta energii miałaby być importowana, przy założeniu, że roczne koszty wzrosną o trzy biliony jenów (ok. 40 mld dolarów). „Damy radę. To nie jest mrzonka, ale realistyczny i pragmatyczny plan” – twierdził na konferencji premier Yoshihiko Noda. Aż 90 proc. Japończyków opowiadało się wówczas za odejściem od energii jądrowej, a tylko 4 proc. było „za” atomem.

Zanim jednak lobby antynuklearne zdołało porządnie nacieszyć się sukcesem, nastąpił niespodziewany zwrot kursu. 

Tydzień po konferencji rządowej minister ds. handlu i przemysłu Yukio Edano oznajmił, że wcześniejszy plan był wysoce nierealistyczny. Podobnie zrobiła Szwecja, która w latach 80. po wygranym antyatomowym referendum w ciągu 30 lat miała zamknąć wszystkie elektrownie jądrowe, ale w  2010 roku odwołała to postanowienie pod pretekstem większego niż wcześniej zagrożenia globalnym ociepleniem. 

Gospodarcze harakiri

Minister Edano nie powiedział na głos jednej rzeczy: że tak naprawdę japoński rząd ugiął się pod presją potężnego atomowego lobby biznesowego, które twierdzi, że Japonia bez atomu skazuje się na gospodarcze harakiri. „Nasz wzrost gospodarczy byłby wtedy bliski zeru” – lamentuje lider jednej z energetycznych firm lobbingowych Hiromasa Yonekura. W niedawnym sondażu 71 proc. japońskich producentów przemysłowych stwierdziło, że braki w dostępie do energii mogą zmusić ich do zmniejszenia produkcji, a 96 proc., że wyższe koszty elektryczności negatywnie wpłyną na zarobki ich pracowników. Także Japoński Instytut Ekonomii Energetycznej ostrzegał, że całkowite odejście od energii jądrowej może zmniejszyć wzrost japońskiego PKB do zaledwie 0,1 proc. w 2012 r. Już teraz rachunki za importowaną energię (obecnie w Japonii działają tylko dwa reaktory jądrowe) wynoszą 100 mln dolarów dziennie!

Mocno pronuklearne są też tradycyjne media. Przemysł nuklearny wydawał rocznie miliardy jenów na promocję w mediach i darowizny dla polityków. Sama firma TEPCO (Tokyo Electric Power Company), zarządzająca uszkodzoną podczas tsunami elektrownią jądrową Daiichi w Fukushimie, kupowała w największych japońskich dziennikach reklamy o łącznej wartości 400 mln dolarów. 

Przeciwnicy atomu nie składają jednak broni. „Nie damy sobie wmówić, że powrót do atomu jest bezpiecznym i tanim rozwiązaniem” – twierdzi przywódczyni ruchu MCAN, wytatuowana artystka znana pod pseudonimem Misao Redwolf. 

Podczas protestów i występów medialnych zawsze towarzyszy jej Norimichi Hattori, rzecznik MCAN. Redwolf i Hattori to nowi bohaterowie japońskiej opinii publicznej. We wrześniu dziennik „Mainichi Shimbun” ogłosił, że ich antyatomowa kampania ma poparcie połowy japońskiego społeczeństwa. 

„Początkowo na nasze protesty przychodziło 300 osób. Ale kiedy premier w czerwcu ogłosił, że dwa reaktory jądrowe elektrowni Oi we wschodniej prefekturze Fukui zostaną ponownie włączone, ludzie zaczęli masowo dołączać” – tłumaczy Norimichi Hattori.

Koszty i zyski

Pozostaje pytanie, czy w Japonii da się żyć bez atomu? Ostatnie wakacje pokazały, że tak, i to nie najgorzej. Do czasu katastrofy w Fukushimie z ekstremalnymi upałami radzono sobie dzięki wszechobecnej klimatyzacji. Specjalne nawiewy zainstalowane były w  metrze, domach, biurach, sklepach, a nierzadko nawet na ulicach czy w parkach. Włączone od świtu do późnego wieczora. To masa energii, teraz mocno racjonowanej. Japończycy zaczęli oszczędzać. W niektórych biurach wprowadzono nowy „dress code” – krótkie rękawki i brak obowiązkowych rajstop dla kobiet. Furorę zaczęły robić nowe gatunki materiałów chłonących wilgoć.