Czas powstania i skala obu cmentarzy są podobne. Pierwsze pogrzeby we Lwowie i w Warszawie odbyły się pod koniec XVIII wieku, a więc obie nekropolie należą do najstarszych w Europie. Na Łyczakowie spoczywa około 300 tysięcy osób, a w Warszawie pochowano nawet milion. We Lwowie szacunkowo jest dziś 80 tysięcy mogił, w tym trudna do dokładnego policzenia liczba kamiennych grobowców (szacunkowo od 2 do nawet 4 tysięcy). Cmentarz Łyczakowski ma ponad 40 hektarów powierzchni, czyli nieznacznie mniej niż nekropolia w Warszawie.  Podobnie jak Stare Powązki również słynie z okazałych nagrobków i wystawnych kaplic grobowych. 

Jak i czy w ogóle można je porównywać? W żadnym wypadku nie chodzi o zbliżanie na siłę Warszawy do Lwowa! Związki historyczne tych miast są jednak bardziej niż oczywiste, bo z jednej strony mamy stolicę Rzeczpospolitej, a z drugiej piszemy o jednym z najważniejszych miast w historii Polski. To naturalne, że wielu mieszkańców Warszawy (lub ludzi z nią blisko związanych) spoczęło na Łyczakowie, gdy groby lwowiaków równie licznie znajdujemy na Powązkach

Warszawa jest całkiem blisko Lwowa, biorąc choćby za przykład losy Juliana Konstantego Ordona, bohaterskiego obrońcy tzw. Reduty 54, kawalera srebrnego Virtuti Militari (za udział w bitwie pod Ostrołęką, ale walczył też pod Olszynką Grochowską). Urodził się w Warszawie i w powszechnej opinii, którą zawdzięcza wierszowi Adama Mickiewicza, również tu zginął. Tymczasem miejsce ostatniego spoczynku Ordona jest… w grodzie nad Pełtwią – we Lwowie. Dlaczego? Poznaj sekrety Łyczakowa.

Reduta Ordona: fikcja i prawda

Dokładnie 6 września 1831 roku Rosjanie przypuścili szturm na ziemny szaniec powstańczy, którego pozostałości znajdują się w Warszawie w rejonie ulicy Na Bateryjce, opodal Dworca Zachodniego i ronda Zesłańców Syberyjskich. Ordon odpowiadał za skromną artylerię tej reduty – pod swoim dowództwem miał dosłownie sześć armat. Rosjan przybywało, byli zdecydowanie silniejsi. Wersja „mickiewiczowska” głosi, że gdy nieustraszony oficer zorientował się, że wróg zwycięży, wysadził się w prochowni i w ten bohaterski sposób powstrzymał atak:  

„Znasz Ordona, czy widzisz, gdzie jest?" 
- Jenerale, Czy go znam - Tam stał zawsze, to działo kierował.
Nie widzę - znajdę - dojrzę! - śród dymu się schował:
Lecz śród najgęstszych kłębów dymu ileż razy
Widziałem rękę jego, dającą rozkazy. -
Widzę go znowu, - widzę rękę - błyskawicę,
Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świecę,
Biorą go - zginął - o nie, - skoczył w dół, - do lochów”!
„Dobrze - rzecze Jenerał - nie odda im prochów”.

Reduta nr 54 padła 6 września 1831. Rzeczywiście doszło w niej do wybuchu, ale mógł być przypadkowy i spowodowany raczej ogólnym ferworem niż dramatyczną decyzją oficera. Tym bardziej, że Ordon… nie zginął. 

Eksplozja armatniego prochu mocno go poparzyła, ale wydobrzał. Wyemigrował – jak inni rewolucjoniści. Najpierw znalazł się w Dreźnie, żeby dość okrężną drogą przez Szkocję i Londyn osiąść ostatecznie we Włoszech, we Florencji. Długie lata próbował prostować wersję rozsławioną w wierszu Mickiewicza, ale bez skutku. W 1887 roku sędziwy, blisko 80-letni Ordon popełnił samobójstwo i zgodnie z ostatnią wolą zmarłego, jego ciało zostało spopielone. 

Powinien był spocząć w Warszawie, ale na to – mimo że powstanie listopadowe wydarzyło się pół wieku wcześniej – nie zgadzali się carscy urzędnicy. Prochy artylerzysty trafiły ostatecznie do Lwowa. Sprowadzili je tam: Ludwik Ostaszewski, także powstaniec i również banita, przyjaciel Ordona z ostatnich lat życia, oraz rzeźbiarz Tadeusz Barącz. 

Co działo się później? Prochy czekały kilka lat na pochówek. Dopiero w 1896 roku gmina podarowała pod pochówek miejsce na Łyczakowie. Tam – na lewo od bramy głównej i w najbardziej reprezentacyjnej części cmentarza, czyli w tzw. Panteonie – ustawiono obelisk upamiętniający Ordona. Też nie obyło się bez problemów i kontrowersji. Projektantem pomnika był Barącz, ale zanim go skończył, zaczął narzekać na wzrok. Rzeźbiarz poprosił wtedy o zastępstwo i dokończenie dzieła Juliana Markowskiego. Pomnik odsłonięto w 65. rocznicę powstania listopadowego. Wypominano jednak, że to skandal. Bo przecież Ordon nie tylko był samobójcą (a tych nie chciano oficjalnie chować), ale też ewangelikiem (w Warszawie miał spocząć w rodzinnym grobie na cmentarzu ewangelicko-augsburskim przy Młynarskiej).

Kamienna piramida z rannym lwem u stóp i orłem dumnie rozpościerającym skrzydła na samym szczycie wiele lat popadała w ruinę. Renowację zabytku udało się przeprowadzić Fundacji Dziedzictwa Kulturowego w roku 2016 z funduszy programu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Ochrona dziedzictwa kulturowego za granicą”. W podobny sposób w latach 2014-2015 wykonano prace także na grobie innego rewolucjonisty z 1831 roku, Seweryna Goszczyńskiego. 

Przywrócić blask grobowcom

Instytut Polonika koordynuje i finansuje nie tylko renowację nagrobków, ale przede wszystkim prace konserwatorskie i budowlane przy największych kaplicach grobowych. Co roku przybywa kolejnych upamiętnień, które udaje się ocalić od zniszczenia. Wystarczy wspomnieć neogotycką kaplicę Krzyżanowskich – prace już zakończono, wykorzystując ponad 8 tysięcy cegieł w specjalnie dobieranych odcieniach, rekonstruując porozbijane witraże, zagubione lampiony i dachówki oraz kamienne i ceramiczne rzeźby (patrz zdjęcie poniżej).

Na początku 2022 r. skończy się także remont mauzoleum rodziny Barczewskich. Wielkość tej kaplicy robi wrażenie – ma 3 kondygnacje. Od czasu bombardowania w roku 1941, gdy została uszkodzona kopuła, niszczała przez prawie 80 lat. 

Instytut Polonika we Lwowie zadbał też m.in. o grobowiec architekta Piotra Tarnawieckiego i jego rodziny (ciekawy także z powodu nietypowego materiału: pomnik jest z betonu, a nie cegły czy kamienia, zdjęcie poniżej). 

A także pomnik historyka literatury Piotra Chmielowskiego (wieloletniego nauczyciela warszawskich gimnazjów) zaprojektowany przez Stanisława Kazimierza Ostrowskiego. Tak, tego samego, który na swoim koncie ma m.in. Grób Nieznanego Żołnierza pod kolumnadą Pałacu Saskiego oraz pomnik Jagiełły zaprojektowany na Światową Wystawę w Nowym Jorku (stoi w tamtejszym Central Parku). Ostrowski to postać znana również wielbicielom numizmatów, bo to on projektował przedwojenne monety z Józefem Piłsudskim

Tu leżą dawni powstańcy

Warto wrócić do wspomnianego wcześniej Seweryna Goszczyńskiego. Wprawdzie ten pisarz i poeta polskiego romantyzmu urodził się w Ilińcach niedaleko Winnicy, czyli na dalekich wschodnich rubieżach dawnej Rzeczpospolitej, to życie związało go najpierw z Warszawą, a później z Galicją i Lwowem. Za udział w spisku Piotra Wysockiego i atak na Belweder, a potem czynny udział w powstaniu listopadowym, skazano go na karę śmierci. Nie miał innego wyboru – musiał uciekać. Wybrał wtedy Lwów, bo uznał, że miasto jest na tyle blisko Warszawy, że w razie potrzeby szybko znajdzie się z powrotem.  

Na Łyczakowie wykrojono oddzielną kwaterę powstańców listopadowych – „Żelaznej kompanii” (zdjęcie poniżej), a także specjalne miejsce dla weteranów zrywu w styczniu 1863 roku.

Ponad 400 powstańców spoczywa poza tymi kwaterami, jak np. Karol Brzozowski – urodzony nad Wisłą, wyuczony w szkole agronomicznej na Marymoncie. Albo architekt Józef Kajetan Janowski, który był sekretarzem stanu Rządu Narodowego. Warto wspomnieć, że w Warszawie kończył Szkołę Sztuk Pięknych, a pod koniec życia był wykładowcą – docentem Politechniki Lwowskiej. Długowieczny Janowski był ostatnim żyjącym członkiem powstańczego rządu, zasiadał w zarządzie Muzeum Narodowego Polskiego w Rapperswilu, jedynego takiego w XIX wieku.  

Ślad „warszawski” prowadzi też do kwatery powstańców listopadowych i skromnego żelaznego krzyża na grobie Feliksa Krasuskiego, który wraz z bratem Gabrielem brał udział w zamachu na carskiego namiestnika generała Fiodora Berga. Bomby, którymi obrzucono na Nowym Świecie powóz oficjela, gubernatora nie zabiły. W odwecie Rosjanie za to zdemolowali i ograbili Pałac Zamoyskich, z którego zamachowcy wyrzucili swoje ładunki. Na bruku wylądował wtedy zrzucony przez zaborców fortepian Chopina, co później opisał Cyprian Kamil Norwid

Sekrety Łyczakowa

Specyficzny klimat cmentarz Łyczakowski zawdzięcza również lokalizacji. Gdy Powązki są praktycznie płaskie, najbardziej okazała nekropolia Lwowa znajduje się na wzniesieniach. Od głównej bramy przy ulicy Miecznikowa (kiedyś św. Piotra) alejki wznoszą się ku całkiem stromemu szczytowi, a potem opadają szerokimi zboczami w dolinę, wprost na monumentalny cmentarz Obrońców Lwowa (potocznie Orląt Lwowskich, zdjęcie poniżej). Pochowano tam kilka tysięcy uczestników walk z Ukraińcami w roku 1919 i wojny polsko-bolszewickiej, a także – znacznie później – generała Tadeusza Rozwadowskiego.

W encyklopedii czytamy, że „miał znaczący wkład w zwycięstwo w wojnie polsko-ukraińskiej”. Wiadomo też, że Rozwadowski odegrał ogromną rolę w wojnie z bolszewikami w 1920 roku i że trafnym analizom tego oficera przypisuje się polskie zwycięstwo w tzw. Cudzie nad Wisłą. Być może to właśnie z tego powodu miał raczej kiepskie stosunki z Józefem Piłsudskim, dla którego poniekąd był konkurentem? Podczas „przewrotu majowego” w roku 1926 Rozwadowski stanął po stronie urzędującego prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Gdy ten złożył dymisję i doszło do zawieszenia broni, został aresztowany. Uwolniono go wprawdzie, ale po roku w więzieniu nigdy nie doszedł do siebie. Zmarł w październiku 1928 roku. 

Zapadła decyzja, że spocznie we Lwowie. Jego grób jest jednak pusty, podobnie jak generała Wacława Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego, który dowodził południowym frontem w wojnie 1920 roku. W czasach ZSRR, gdy likwidowano polskie ślady i niszczono cmentarz Obrońców Lwowa, pojawiło się ryzyko, że prochy generałów zostaną zbezczeszczone. W tajemnicy doczesne szczątki obu panów  złożono więc w cywilnych grobach na terenie łyczakowskiej nekropolii. Niestety nie wiadomo, w których – do dziś tego nie ujawniono. Udało się za to odnaleźć i przywrócić należne miejsce na cmentarzu Obrońców Lwowa szczątkom arcybiskupa lwowskiego obrządku ormiańskiego Józefa Teodorowicza – teologa, polityka, posła na Sejm Ustawodawczy i senatora II RP.  W pamięci potomnych pozostało kazanie, które  ten duchowny wygłosił 10 lutego 1919 r. w katedrze św. Jana Chrzciciela na rozpoczęcie obrad Sejmu Ustawodawczego.

Od Konopnickiej do Herberta

Na Łyczakowie swój kres znalazło wielu Polaków, którzy niekoniecznie się w Warszawie urodzili, ale za to ze stolicą w pewnych okresach życia byli mocno związani. Weźmy np. Marię Konopnicką. Wprawdzie z urodzenia była kaliszanką, ale kształciła się (z Elizą Orzeszkową) u sióstr Sakramentek, a potem publikowała przede wszystkim w pismach warszawskich i kilkanaście lat sama spędziła w stolicy. Spoczywa jednak nie w Krakowie czy w Warszawie. Koniec życia spędziła w dworku w Żarnowcu, nieopodal Krosna. Stamtąd do Lwowa był mały krok, a tam pod miasto jeździło się „do wód”, czyli na leczenie w uzdrowisku. Konopnicka zmarła w sanatorium Kiselki na zapalenie płuc, a potem trafiła do łyczakowskiego „Panteonu”

Wystarczy się przejść alejkami tego cmentarza, żeby znaleźć wiele innych postaci niegdyś bardzo znanych, a dziś zapomnianych jak np.: Ferdynanda Feldmana (aktora, ojca znakomitej Krystyny Feldman znanej z filmu „Mój Nikifor”), Franciszka Stefczyka (założyciela kas zapomogowych) czy Leonarda Marconiego (rzeźbiarza, który odpowiadał za wystrój nieistniejącego warszawskiego Pałacu Kronenberga w miejscu obecnego Hotelu Victoria). Jego autorstwa są też figury z „wędrującej fontanny” przed warszawskim kinem Muranów. Kiedyś stała na Krakowskim Przedmieściu (tam, gdzie obecnie pomnik Mickiewicza), a potem dwukrotnie ją przenoszono, najpierw nieopodal Pałacu Błękitnego, na plac Bankowy, a potem przed kino i znajdujący się tuż obok Pałac Mostowskich. Marconi pracował w Warszawie, ale był też wykładowcą lwowskiej Akademii Technicznej i z nadania cesarza Franciszka Józefa – CK profesorem. Gdy zmarł, do Warszawy jego trumny już nie odwożono. 

Prosty krzyż stoi na Łyczakowie na grobie Elżbiety „Lusi” Zarembianki, która została zamordowana w 1931 roku. Relacje z poszlakowego procesu jej domniemanej zabójczyni, Rity Gorgonowej (choć ją skazano, sprawa wciąż budzi wątpliwości), publikowały wszystkie ówczesne gazety. O utrudnianie śledztwa i procesu podejrzewano nawet ojca Lusi, Henryka Zarembę, znanego architekta. Po śmierci córki i równie tragicznym wypadku syna, którego w Tatrach przysypała lawina, inżynier Zaremba przeprowadził się ze Lwowa do Warszawy. Jego znane budowlane atelier upadło, a on sam zmarł w roku 1954. Pochowano go na… Powązkach, tyle że Wojskowych

Kilka oddzielnych słów warto też poświęcić Zbigniewowi Herbertowi. Wielki poeta jest kolejnym z „lwowsko-warszawskich łączników”. Mieszkał m.in. przy ul. Łyczakowskiej 55, a to ulica prowadząca dokładnie w stronę cmentarza. Do głównej bramy jest tylko kilometr spokojnym spacerkiem. Na Łyczakowie wciąż znajduje się grób familii Herbertów. Zbigniew Herbert chciał być tam pochowany obok brata. Ostatecznie po śmierci spoczął jednak w Warszawie, choć symbolicznie na jego trumnę rozsypano ziemię z Łyczakowa, z mogiły wspomnianego wcześniej generała Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego. 

Lwowiacy na Starych Powązkach

Łyczakowską kaplicę Krzyżanowskich – odbudowaną i zrekonstruowaną przez Instytut Polonika – zaprojektował Jan Tomasz Kudelski. Architekt był silnie związany nie tylko ze Lwowem, ale i ze Stanisławowem, a od 1919 roku pracował i mieszkał także w Warszawie. Spoczął na Starych Powązkach, tak jak wielu innych podobnych mu „ekspatów ze wschodu”: matematyk Wacław Sierpiński, architekt Witold Szolginia, pisarz Jan Parandowski, poeta Leopold Staff, reżyserzy i mistrzowie teatru Wilam Horzyca oraz Erwin Axer, nauczyciel i lider Związku Nauczycielstwa Polskiego Julian Smulikowski czy piosenkarz Zbigniew Kurtycz, znany z przeboju „Cicha woda brzegi rwie”. 

O tym ostatnim rzadziej wspomina się jako piłkarzu słynnej drużyny Pogoń Lwów, ale kto by o tym pamiętał? Dziś Lwów jest przecież za granicą. W istocie jednak wcale nie „na kresach” ani „ekstremalnie daleko”, bo z Warszawy do Leopolis jest tylko 400 km. Niewiele więcej niż do Wrocławia czy Krakowa. Dlatego warto zaryzykować wyprawę na niedaleki wschód. A jeśli być we Lwowie, Łyczakowa opuścić nie można. Podobnie jak Starych Powązek, gdy ktoś przyjeżdża do Warszawy.    


 
Narodowy Instytut Polskiego Dziedzictwa Kulturowego za Granicą POLONIKA został powołany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego 18 grudnia 2017 roku. Instytut realizuje swoje cele poprzez projekty naukowo-badawcze, konserwatorskie, informacyjne, edukacyjne i popularyzatorskie skupione w trzech programach strategicznych: BADANIA, OCHRONA i POPULARYZACJA. Więcej informacji na stronie https://polonika.pl/