
Najnowsza analiza obserwacji z sondy Solar Orbiter sugeruje jednak, że to puszczenie rzadko przypomina pojedynczy wybuch. Bardziej pasuje tu obraz lawiny: drobne, pozornie niegroźne przestawienia pola magnetycznego narastają kaskadowo, aż w końcu energia uwalnia się skokowo i z rozmachem.
Rozbłysk nie jest jednym zdarzeniem, tylko serią zapalników
Kluczowym mechanizmem pozostaje rekoneksja magnetyczna: linie pola o przeciwnych zwrotach zbliżają się, pękają i łączą w nowej konfiguracji, a różnica energii idzie w grzanie plazmy oraz przyspieszanie cząstek. To tłumaczy, skąd bierze się potęga rozbłysków – ale długo brakowało dobrego ujęcia, jak dokładnie ten proces startuje i dlaczego potrafi w kilka minut wejść na tak wysokie obroty.
W tym nowym obrazie rozbłysk uruchamia się etapami. Najpierw pojawiają się niewielkie, lokalne reorganizacje pola magnetycznego, które same w sobie nie wyglądają na coś wielkiego. Dopiero ich kumulacja ma znaczenie: drobne zmiany destabilizują kolejne obszary, a te z kolei napędzają następne – aż układ przechodzi w tryb gwałtownego uwalniania energii. Badacze opisują to jako magnetyczną lawinę.
Solar Orbiter trafił w idealny moment i idealny kąt
Tę układankę udało się poskładać dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności i świetnie dobranej obserwacji. Rozbłysk (klasy M, konkretnie M7.7) zarejestrowano 30 września 2024 r., gdy Solar Orbiter był w pobliżu peryhelium – około 45 mln km od Słońca – i patrzył na zdarzenie przy krawędzi tarczy, co daje znakomitą perspektywę na to, co dzieje się nad powierzchnią.
Największą robotę zrobiła tu kamera EUI, bo pracowała jak sportowy aparat na meczu: zdjęcia co 2 sekundy i rozdzielczość rzędu kilkuset kilometrów (w materiałach misji pada około 210 km). Równolegle inne instrumenty dopełniły obraz: STIX i SPICE śledziły ewolucję plazmy i emisji, a PHI pokazał ślad rozbłysku na widocznej powierzchni Słońca, domykając całość w 3D.

Deszcz plazmowych kropel to nie efekt uboczny, tylko podpis procesu
Jeśli ktoś kojarzy rozbłysk jako krótki błysk i koniec historii, to te obserwacje wyprowadzają z błędu. Po głównej fazie zdarzenia widać było długotrwałą, dynamiczną ewolucję – między innymi strumienie świecących blobów plazmy opadających przez atmosferę słoneczną. Ten deszcz to nie dekoracja, tylko wskazówka: rekoneksja nie zachodzi gładko i jednorazowo, ale w serii szybkich, powtarzalnych epizodów, które potrafią produkować takie struktury.
Ważny jest też wątek cząstek wysokoenergetycznych. Wnioski z obserwacji sugerują, że lawinowy przebieg może wyjątkowo skutecznie pompować energię w przyspieszanie cząstek – czyli w to, co finalnie ma największe znaczenie dla oddziaływania rozbłysków poza samym Słońcem. I tu pojawia się niepokojąca myśl: jeśli małe zaburzenia, niepostrzeżenie przeradzają się w kaskadę, to prognozowanie nagłych skoków aktywności jest trudniejsze, niż chcielibyśmy przyznać.
Dlaczego to nie jest tylko ciekawostka dla astronomów?
Słoneczne rozbłyski i związane z nimi wyrzuty energii potrafią dokręcić śrubę ziemskiej infrastrukturze: od zakłóceń łączności radiowej, przez problemy satelitów, po ryzyko dla sieci energetycznych przy silniejszych burzach geomagnetycznych. Nawet jeśli konkretne zdarzenie z września 2024 r. nie było rekordowe, pokazuje mechanizm, który w bardziej ekstremalnych warunkach może przełożyć się na dużo poważniejsze skutki.

Do tego dochodzi timing. Jesteśmy w okresie wzmożonej aktywności Słońca związanej z maksimum cyklu, więc takich zdarzeń jest więcej, a ich statystyka ryzyka rośnie. Lepsze zrozumienie tego, jak rodzi się rozbłysk, jest więc nie tylko naukową ambicją, ale próbą uzyskania choć odrobiny przewagi informacyjnej – nawet jeśli mówimy o przewidywaniu zjawiska, które z natury jest gwałtowne i chaotyczne.
Słońce nie wybucha, ono się rozpędza
Rozbłysk może być procesem narastającym, a nie przypadkowym strzałem. To przesuwa akcent z pytania dlaczego w ogóle dochodzi do rekoneksji na pytanie: jak szybko i jak kaskadowo potrafi się ona rozkręcić. A to już brzmi jak problem z pogranicza fizyki plazmy i teorii niestabilności – gdzie diabeł siedzi w szczegółach, nie w efektownym finale.
Podoba mi się też, że nowoczesna heliosfera zaczyna wyglądać jak praca operacyjna, a nie romantyczna astronomia. Zdjęcia co 2 sekundy, wieloinstrumentowe zamknięcie zdarzenia, śledzenie śladu na powierzchni i w koronie jednocześnie – to trochę jak monitoring miejskiego blackoutu, tylko że miasto ma 1,4 mln km średnicy i jest z plazmy.
I wreszcie: jeśli magnetyczna lawina jest mechanizmem dość powszechnym, to w praktyce może oznaczać, że ciche fazy przed rozbłyskiem są cenniejsze, niż sądziliśmy. Nie dlatego, że dadzą stuprocentową prognozę, ale dlatego, że mogą podpowiedzieć, kiedy Słońce zaczyna się rozpędzać. A w świecie satelitów, GPS-u i energetyki każda dodatkowa godzina ostrzeżenia jest walutą.