Po wydarzeniach, jakie miały miejsce nocą z 8 na 9 sierpnia 1969 r., Ameryka straciła orientację, kto jest dobry, a kto zły. Pojawiły się głosy, że ofiary bandy Mansona – wśród nich ciężarna żona Romana Polańskiego Sharon Tate – same zasłużyły sobie na tragiczny los.

Dom Polańskiego i SharonTate na Cielo Drive, w którym zginęło pięć osób, to willa w dzielnicy hollywoodzkiego establishmentu, a oni sami to przedstawiciele elit. Z drugiej strony mordercy – żyjąca w komunie „rodzina” Mansona to twór zrodzony przez kontrkulturę, bękart, nowotwór, chwast. A jednak... Prasa nie rozróżniała ofiar od katów. Sugerowała, że posiadłość przy Cielo Drive stała się mrocznym, zaćpanym siedliskiem seksualnej perwersji i rozpusty. Wszak w domu znaleziono kasetę z nagraniem seksu Polańskiego i Tate. „Time” donosił, że ofiary mordu były nagie, Tate miała obcięte piersi, a mężczyźni zostali wykastrowani. „Newsweek” sugerował, jakoby zbrodnia była wynikiem odgrywania rytualnej egzekucji, a odurzeni narkotykami uczestnicy stracili kontrolę nad wydarzeniami. Bardziej dosadne okazały się brukowce: „Orgie, narkotyki, czarna magia – tak jak żyłeś, takie robiłeś filmy i taka pisana wam śmierć”.

Czołówki ówczesnych gazet to jedynie zwierciadło, odbijające krytyczne napięcie, jakie panowało w amerykańskim społeczeństwie już wówczas, w 1969 r. W 1977 roku, kiedy Polański znów trafi na czołówki gazet, tym razem pod zarzutem gwałtu na trzynastolatce, Ameryka będzie już skrajnie zmęczona, gotowa powiedzieć rewolucji obyczajowej „stop”. Zapragnie ponad wszystko spokoju. Nie będzie ani pobłażania, ani nawet zrozumienia dla seksualnych ekscesów Polańskiego. Stanie się czarną owcą kraju, który przecież uczynił z niego wielką gwiazdę. Trzy lata później prezydentem USA zostanie Ronald Reagan, były gubernator Kalifornii. Człowiek, który zasłynął wprowadzeniem Gwardii Narodowej na wiecujący uniwersytet Berkeley – centrum młodzieżowego buntu lat 60. Reagan wygra wybory, obiecując powrót kary śmierci, przywrócenie porządku na uniwersyteckich kampusach, wprowadzenie opcji zerowej w walce z narkotykami i ukrócenie swobody seksualnej.
 

HOTEL CALIFORNIA


W latach 60. Stany zalewa gigantyczny wyż demograficzny. W dorosłe życie wchodzą „baby boomers”. W 1966 r. aż 48 proc. Amerykanów miało mniej niż 26 lat. Po raz pierwszy w historii tego kraju reguły życia społecznego zaczęła dyktować młodzież. Kraj ich rodziców: patriarchalna Ameryka białych protestantów ze stateczną rodziną dwa plus dwa w domku z AGD i samochodem w garażu, przedstawiana jest im jako raj, ale oni chcą więcej. A przede wszystkim – inaczej. Na pierwszy plan wysuwają się wartości postmaterialne.

Osią konfliktu stają się programy nauczania, ekologia, prawa mniejszości etnicznych, kobiet, a nieco później mniejszości seksualnych. W efekcie pojawiają się kolejne rewolucyjne ustawy zmieniające Amerykę na zawsze: od desegregacji rasowej na ulicach Południa, w szkołach i na uniwersytetach, po legalizację aborcji. W niektórych stanach był to skok od razu do innej epoki. W wielu z nich do połowy lat 60. karano cudzołóstwo i zdradę małżeńską. Przestępstwem do 1970 r. był seks analny i homoseksualizm, zaszeregowany jako wykroczenie przeciwko „spokojowi i godności państwa”. Największe napięcie społeczne budzą jednak nie tyle wysuwane w latach 60. postulaty, ile przede wszystkim zupełnie nowy sposób walki o nie.

Dr Bogdan Szklarski, amerykanista z Uniwersytetu Warszawskiego, mówi: „Debata publiczna przeniosła się na ulicę, a Ameryka tego nie znosi, od tego ma sprawdzone instytucje: Kongres, Senat, Sąd Najwyższy itd. Kraj można zmieniać, ale w procesie ewolucyjnym, nie w ogniu rewolucji. Lata 60. to czas ulicznych protestów, wieców, palenia kart poborowych, narodowych flag a w końcu także zamachów terrorystycznych i zabójstw politycznych”. Radykalni hipisi – Watermeni w ciągu kilku lat zmieniają się w organizację terrorystyczną. Podobnie bojownicy o prawa kolorowych – „Czarne Pantery”. Ginie Martin Luther King, prezydent Kennedy i jego brat senator Robert.

Ale strzały karabinowe są na szczycie piramidy konfliktu. Jej podłoże stanowi nowy styl życia, manifestowany przez młodych w sposób nie do zaakceptowania dla konserwatywnej Ameryki, postrzegany jako agresywny, nieznośny. Stolicą tej rewolucji jest zaś Kalifornia. To stan specyficzny, najbogatszy, najludniejszy, trzeci co do wielkości. Unia wkroczyła tu późno, dopiero w 1850 r. po zwycięskiej wojnie z Meksykiem. Kalifornia od czasów gorączki złota była ziemią obiecaną. Amerykańska recepta na życie brzmi: dostosuj się, znajdź swoje miejsce, a jeśli nie umiesz – jedź do Kalifornii.

Polański przybywa akurat wtedy, gdy kształtuje się tu nowa, poszukująca wolności społeczność outsiderów. Rusza szalony kalifornijski karnawał kontestacji.

 

 

APOTEOZA ODLOTU


Dziś za jego narodziny uważa się 14 stycznia 1967 r. W San Francisco odbyło się tego dnia The World’s First Human Be-in (Pierwsze Światowe Połączenie Człowieka). Wyrzucony z Harwardu wykładowca Timothy Leary, przemawiając do młodzieży, ogłosił koniec amerykańskich bożków: pieniądza i pracy, a początek ery miłości. Zaproponowano hasła, które stały się symbolem ruchu: Make love not war, All people are one i Turn in turn on drop out (wczuj się, wyluzuj i odleć). Obok Leary’ego – także w białych hinduskich szatach, z okiem Opatrzności wymalowanym na czole – wystąpili: badacz religii Wschodu Allan Watts i guru beatników, poeta Allen Ginsberg, który zalecił tego dnia, by każdy, kto ukończył 14 lat, sięgnął po LSD. Z natychmiastową pomocą przychodzili „święci mikołajowie”, serwujący wśród tłumu narkotyk. Nadeszła era psychodeliczna. USA, a zwłaszcza zachodnie wybrzeże, zaroiło się od hinduskich guru w wymalowanych furgonetkach volkswagena, pełnych słodko dymiącej trawki, ciasteczek z haszyszem, magicznych grzybów, meskaliny i nowej muzyki.

W zasięgu „kultury odlotu” znalazła się prawie połowa młodzieży amerykańskiej. W latach 60. każdego roku policja zatrzymywała 300 tys. młodych ludzi za posiadanie narkotyków, a 90 tys. za włóczęgostwo. Prezydent Nixon uznał zaś LSD – nawet nie ukrywając, że z powodów politycznych – za narkotyk niebezpieczniejszy niż heroina. Leary, już po delegalizacji LSD, za jego propagowanie i rozpowszechnianie trafił na kilka lat do więzienia.

Zainspirowany LSD, 24-letni nieznany nikomu pisarz Ken Kesey, który jako jeden z pierwszych spróbował narkotyku, testowanego na ochotnikach przez armię USA, napisał „Lot nad kukułczym gniazdem”. Książka, a później film zrealizowany przez Milosza Formana, z historyczną rolą przyjaciela Polańskiego Jacka Nicholsona, poruszyły miliony. Przesłanie było politycznie niepoprawne, typowe dla kontrkultury lat 60. i nowej lewicy. Oto bowiem okazuje się, że wszyscy żyjemy w więzieniu zwanym państwem. To ono definiuje normy zachowań i jest w stanie w mechaniczny, bezduszny sposób manipulować postępowaniem jednostki i kontrolować prywatną sferę życia każdego z nas.

Narkotyki ruszyły na podbój Ameryki – od tłumów bawiących się na rockowych festiwalach typu Woodstock po elity, a nawet Biały Dom. Gdy Timothy’ego Leary wraz z jego współpracownikiem Richardem Alpertem wyrzucano z Harvardu, w radzie zarządu uniwersytetu zasiadał sam prezydent Kennedy, znany skądinąd ze swego tolerancyjnego stosunku do narkotyków. Mówiono, że palił marihuanę i eksperymentował z kokainą. Jego brat Robert jako minister sprawiedliwości zażywał LSD i psylocybinę. Swej fascynacji LSD nie skrywali założyciel opiniotwórczego magazynu „Time” Henry Luce oraz jego żona Claire.

O pracy z Nicholsonem, który dzięki roli w „Locie nad kukułczym gniazdem” i „Easy Riderze” stał się ulubieńcem generacji buntowników, Polański opowiadał: „Uwielbiał wychodzić wieczorami, nie kładł się nigdy przed świtem, słuchał muzyki i palił trawkę. Poranne zdjęcia były dla niego torturą jeszcze większa niż dla mnie, ale zawsze zjawiał się na planie, znając swój tekst”.

Sam Polański wspomina, że wziął LSD już na pierwszej randce z Sharon Tate, a później wielokrotnie powtarzali to doświadczenie. Z Sharon przedyskutował później wszystkie doznania, by wykorzystać je w scenie gwałtu Rosemary. Chciał uzyskać efekt halucynacji, przerażającej wizji. Guy przygotowuje do tego aktu żonę na oczach całego sabatu czarownic. Rosemary leży naga i związana, oszołomiona narkotykami, na całym ciele ma wymalowane okultystyczne symbole, a kiedy jest już gotowa, Guy dyskretnie się usuwa, by ustąpić miejsca diabłu. Wiedźmy skandują czarne psalmy, a szatan siada okrakiem na poniżonym ciele kochanki.

W założeniach scena miała być tajemnicza, mglista i somnambuliczna, a aktorzy musieli obowiązkowo zażyć przed jej kręceniem halucynogeny. Mia jednak nie wzięła i nagle zaczęła krzyczeć: „To się dzieje naprawdę!”. To był jeden z najbardziej dramatycznych momentów produkcji filmu i jednocześnie najbardziej szokujący dla publiczności. Kompletnie oszołomiona długo dochodziła do siebie i dopiero po pewnym czasie opowiedziała o tym, co zaszło na planie.

„Narkotyki w Hollywood ograniczała w tamtych czasach jedynie konieczność sprostania przemysłowemu charakterowi produkcji filmowej. Aktor Peter O’Tool miał np. kłopoty, bo przez jego narkotykowe ekscesy towarzystwa ubezpieczeniowe nie chciały asekurować produkcji, w których grał” – wspomina Krzysztof Zanussi, który pracował wówczas w Hollywood.

Co innego muzyka rockowa. Ritchie Fernandez, tour menedżer jednego z czołowych kalifornijskich zespołów The Eagles, wspomina w jednym z wywiadów: „Bycie naćpanym należało wręcz do obowiązków członków grupy. Narkotyki przelewały się wszędzie w takich ilościach, że czy tego chciałeś, czy nie, tygodniowo spałeś nie więcej niż trzy godziny”.

W finale albumu „Plastic Ono Band” John Lennon krzyczy: „Sen się skończył”. Był grudzień 1970 r. Beztroski narkotykowy miesiąc miodowy Ameryki przemija bezpowrotnie. Zdelegalizowane przez prezydenta Nixona LSD na zawsze wypiera kokaina i przywieziona z Wietnamu heroina, które jeszcze na przełomie dekad zaczynają zbierać swoje krwawe żniwo. Zabijają ikony kontrkultury: Jimiego Hendrixa, Janis Joplin, Jima Morrisona, Briana Jonesa, Allana Wilsona. Z uzależnieniem przez długie lata walczą muzycy The Rolling Stones, The Beatles, Beach Boys oraz Eric Clapton. W połowie lat 70. z powodu koki liderowi The Eagles w miejsce amputowanej przegrody nosowej lekarze wstawiają teflonową protezę.
 

ORŁY BUDZĄ SIĘ PÓŹNO


Hipisowska wolna miłość nie byłaby możliwa bez Enovidu – pierwszego skutecznego doustnego środka antykoncepcyjnego, dopuszczonego przez Federalny Urząd Żywności i Leków do użytku w 1960 r., ale przede wszystkim bez pigułki hormonalnej, która trafiła do aptek trzy lata później.

Wówczas większość kobiet, zwłaszcza w prowincjonalnych stanach, ciągle jeszcze nosi – na wypadek nieplanowanego kontaktu seksualnego – krążek dopochwowy zatknięty za pas do pończoch. Ale już w 1966 r. pigułkę regularnie zażywa 6 mln młodych Amerykanek. Na początku lat 70. – aż połowa. Równocześnie rodzi się kult nagości. „Czy jestem jedyną kobietą, która ma czasami ochotę iść do łóżka z mężczyzną po południu? Każda prawomyślna kobieta, jak uważano do niedawna, czeka z tym do zmroku. Ale jest mnóstwo dziewczyn, które nie chcą czekać. Ich symbolem są minispódniczki” – stwierdziła projektantka Mary Quant, która sprawiła, że dziewczęta odsłoniły nogi.

W Kalifornii projektant Rudi Gernreich zaczyna lansować „topless” i to nie tylko na plażach. W San Francisco w 1963 r. rozpoczyna działalność pierwszy bar, w którym kelnerki z nagimi piersiami obsługują gości. Z całych Stanów zjeżdżają się podekscytowane wycieczki farmerów, by popatrzeć na musicale „Hair” czy „Oh, Calcutta”, w których aktorzy występują nago. Głośna staje się sztuka „Dionysus In ’69” – tu aktorzy wciągają na scenę dziewczynę z widowni i na oczach publiczności uprawiają z nią seks. Hugh Hefner, twórca „Playboya”, który na przełomie lat 60. i 70. osiągnął milionowy nakład, tworzy kluby „Playboya”. „Times” – nazywając je „burdelami bez pięterka” – pisał: „przypominają one ustronne lokale z czasów prohibicji – tyle że tu sprzedaje się erotykę”.

Ritchie Fernandez, menedżer The Eagles, tak wspomina początek lat 70. w luksusowej siedzibie zespołu opodal Los Angeles w Laurel Canyon: „Skupisko gwiazd rocka jak magnez przyciągało najpiękniejsze i chętne do zawierania intymnych przyjaźni dziewczęta z LA. Orły budziły się ze snu po południu i rozpoczynały niekończącą się rundę picia, ćpania, gry w pokera i seksu. Tak doskonale odnaleźli się w nowej rzeczywistości, że poczuli się wyjętymi spod prawa kowbojami”.

I znów rozluźnienie obyczajów seksualnych sięga samych szczytów. Biograf prezydenta Kennedy’ego Thomas Reeves twierdzi, że JFK zaszywał się z dziewczynami w podziemnych tunelach pod Nowym Jorkiem nawet podczas ćwiczeń procedur wojny jądrowej, znikając agentowi z walizką nuklearną i kodami do odpalenia rakiet. Zaś na rozbieranych prezydenckich przyjęciach przy basenie w Białym Domu „pięciu facetów baraszkowało z tuzinem dziewczyn”. Bywała tam Marilyn Monroe oraz związany z mafią piosenkarz Frank Sinatra. Jego żona Mia Farrow grała wówczas u Polańskiego.

Media chroniły swojego ulubieńca przez cały okres prezydentury, więc konserwatywna Ameryka dowiedziała się o erotycznych wyczynach prezydenta dużo później. Jak wielki był jednak jej opór wobec rewolucji seksualnej, świadczy przykład literatury, która od dziesięcioleci toczyła zaciętą walkę z cenzurą obyczajową. „Zwrotnik Raka” Henry’ego Millera z 1934 r. przemycano do Stanów z Europy w podwójnych dnach walizek. Wydawca miał kłopoty z prokuratorem, kilka razy stawał przed sądem. Zakazano sprzedaży „Zwrotnika” w 19 dużych miastach amerykańskich, policja urządzała naloty na księgarnie, które odważyły się na jego sprzedaż, a zastraszeni księgarze zwrócili wydawcy aż 600 tys. egzemplarzy. W 1969 r. sprawa trafiła do Sądu Najwyższego, który ostatecznie uznał, że „Zwrotnik Raka” nie jest książką ani obsceniczną, ani pornograficzną.
 

 

 

KULT GWAŁTU


W takich realiach żyło i pracowało Hollywood lat 60. i 70. Roman Polański, Jack Nicholson, Denis Hopper czy Peter Fonda byli ulubieńcami rewolucji kulturalnej na zachodnim wybrzeżu.

Do głosu zaczęli dochodzić niezależni producenci, modne stało się kino przypominające nurt europejskiego kina aktorskiego i europejscy reżyserzy nowego pokolenia. Amerykańska kinematografia przestała się kojarzyć głównie z westernami. Jednak fabryka snów znajdowała się w stanie rozdarcia. „Jak w całym społeczeństwie: panowały jednocześnie ze sobą rewolucja seksualna, szaleństwo narkotykowe, ale i strach przed nimi. To było Hollywood w stanie ostrej schizofrenii” – pisze biograf Polańskiego John Padrer.

Zamęt panował w każdym studiu. Szansy na sukces szefowie upatrywali w coraz większej dosadności i dosłowności. Seks, narkotyki i przemoc traktowano już nie jako problemy do skomentowania, ale środki do wywołania zamierzonego efektu – podniecenia, strachu, szoku i ściągnięcia publiczności sprzed telewizorów z powrotem do kin. „Poparcie dla haseł politycznych i społecznych lat 60. było w Hollywood wybiórcze. Żadnego zrozumienia nie znajdywała krytyka konsumpcjonizmu. Panował skrajny kult pieniądza, a wyścig szczurów nawet się zaostrzał” – wspomina Zanussi.

Podobnie było z Polańskim. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po przybyciu do Kalifornii, było wynajęcie domu – to stanowiło towarzyski wymóg. Posiadłość ta należała niegdyś do Cary’ego Granta. Miała wszystkie atrybuty hollywoodzkiego zbytku: klatkę schodową ze wspaniałymi łukami, wystawne ozdoby, a w otoczonym murem ogrodzie basen. Szybko zaczął się zaliczać (wraz z Sharon) do kalifornijskich jetsetterów – to modne wówczas słowo oznaczało loty między kontynentami, czerwone ferrari i bogate życie towarzyskie. Ci, którzy znali Polańskiego z wcześniejszych lat, często go nie poznawali. Zofia Komedowa wspominała, że styl życia twórcy „Noża w wodzie” zmienił się na gorsze natychmiast po przybyciu do Kalifornii. „Był niemoralny, po prostu nie do przyjęcia” – mówiła.

Dziesięć lat później, w chwili gdy na Polańskiego pada oskarżenie o wykorzystanie seksualne trzynastolatki, jedyne, co w Hollywood zostało po kontrkulturze to, jak wspomina Zanussi: „Moda i dążenie do przekraczania wszelkich granic, przełamywania każdego tabu. Pamiętam, że po domach krążył wówczas film, który miał być dokumentalnym zapisem gwałtu na młodej dziewczynie i jej brutalnego zabójstwa. Przekazywany był z rak do rąk w atmosferze dokonywania jakiegoś ważnego wtajemniczenia, a obejrzenie go należało do dobrego tonu. Przełamanie tabu miłości i śmierci za jednym razem miało świadczyć o przynależności do wyzwolonej elity”.

Wokoło jednak rodzi się już inna Ameryka. Wahadło historii odchyla się na powrót w prawo. Bardzo mocno i na długie lata. Kraj szuka oparcia w zapomnianych wartościach. Ankieta przeprowadzona w 1977 r. wykazuje, że ponad 70 mln Amerykanów określa się jako „born again”, czyli ponownie narodzeni, a raczej odrodzeni w Chrystusie. Polański zaś wie, że dla niego nie ma już miejsca w tym kraju.
 

NAJDROŻSZY SEKS ŚWIATA


Roman Polański w 2002 r. znalazł się na szóstym miejscu listy Pięćdziesięciu Najważniejszych Reżyserów Wszech Czasów (za Charlie Chaplinem, Orsonem Wellsem, Stanleyem Kubrickiem, Ingmarem Bergmanem, Federico Fellinim). Nieźle. Za to bezdyskusyjnie zdobyłby pierwsze miejsce w księdze Guinnessa na „najdroższy... seks świata”. Gdy wiosną 1977 r. zaczęły się jego przygody, najpierw z 13-latką, a potem z amerykańskim wymiarem sprawiedliwości, był jednym z najbardziej cenionych reżyserów Hollywood, autorem wielkich hitów: „Dziecko Rosemary” i „Chinatown” (nominacja do Oscara w 11 kategoriach). Realizował wtedy na Tahiti wysokobudżetowy „Huragan”, będący remake’em filmu Johna Forda z 1937 r.

Skandal i umieszczenie Polańskiego na obserwacji psychiatrycznej sprawiły, ze producent Dino de Laurentis zerwał umowę z reżyserem i zlecił dokończenie obrazu komu innnemu. Odebrano też Polańskiemu planowaną realizację filmu „Pierwszy grzech śmiertelny”. Nie wiadomo dokładnie, ile wtedy stracił finansowo. Dziesięć lat później za reżyserię płacono mu 3,5 mln dolarów. Tę kwotę ujawnił John Travolta, który w 1996 r., po kłótni z Polańskim, uciekł z planu filmu „Sobowtór” i ogłosił, że z własnej kieszeni zapłaci honorarium reżysera w tej właśnie wysokości. W 1996 r. Polański był cenionym reżyserem, ale już nie tak jak dekadę wcześniej. Można więc przyjąć, że za „Huragan” i drugi film dostałby honorarium w maksymalnej wysokości, może nawet po 4–5 mln dol. Zdaniem prasy amerykańskiej, Polański w latach 90. zapłacił dorosłej już Samancie Geimer za to, aby nie wytaczała mu procesu cywilnego o zniesławienie jej w autobiografii „Roman”. Padają różne kwoty: 150, a nawet 500 tys. dol. Kosztowna była ta przygoda...