Skąd bierze się niezwykła stabilność niektórych jąder? Nowy model odsłania mechanizm

Nie wszystkie jądra atomowe są sobie równe. Część z nich zachowuje się tak, jakby miała w środku ukryty pancerz – jest wyraźnie stabilniejsza, trudniej je rozchwiać, rzadziej ucieka w stronę rozpadu. Fizycy od dekad opisują ten efekt pojęciem liczb magicznych, ale długo brakowało satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie: skąd one właściwie biorą się w samej fizyce oddziaływań proton–neutron, a nie tylko w sprytnym modelu?
...

Nowe podejście właśnie próbuje domknąć tę historię. I robi to w sposób, który może mieć znaczenie nie tylko dla podręczników, ale też dla polowania na najbardziej egzotyczne izotopy i granice tego, jak ciężkie jądra w ogóle mogą istnieć.

O co chodzi z liczbami magicznymi i dlaczego są „magiczne”?

W skrócie: liczby magiczne to takie wartości liczby protonów albo neutronów w jądrze, które odpowiadają zamkniętym powłokom – układ jest wtedy wyjątkowo stabilny. To trochę jak z pełnym rzędem miejsc w amfiteatrze: gdy poziom jest kompletny, całość jest trudniej zaburzyć niż wtedy, gdy kilka miejsc zostaje pustych.

Klasyczne liczby magiczne, które przewijają się w fizyce jądrowej od lat, to m.in. 2, 8, 20, 28, 50, 82 i 126 (dla protonów i/lub neutronów). Szczególnie efektowne są tzw. jądra podwójnie magiczne, gdzie domyka się i liczba protonów, i neutronów – taki duet stabilności potrafi być wręcz wzorcowy.

Tylko że w tym obrazie od dawna tkwił zgrzyt: model powłokowy świetnie przewiduje, kiedy stabilność skoczy w górę, ale gorzej tłumaczy, dlaczego energia w jądrze układa się w takie, a nie inne piętra. Innymi słowy: działa jak dobra mapa, ale bez wyjaśnienia geologii terenu.

Model powłokowy ma supermoc… i ślepą plamkę

Model powłokowy traktuje protony i neutrony trochę jak elektrony w atomie: są poziomy energetyczne, są przerwy między nimi, a przejścia kosztują energię. Kiedy poziom jest pełny, jądro jest spokojniejsze, stabilniejsze, bardziej zamknięte.

Problem w tym, że w jądrze gra toczy się o dużo twardszą stawkę niż w chmurze elektronowej. Protony odpychają się elektrycznie, a mimo to trzyma je razem silne oddziaływanie jądrowe – krótkiego zasięgu, potężne i… niewygodne do wbudowania w prosty obrazek poziomów. W praktyce przez lata powstawała przepaść między opisem skutecznym (fenomenologicznym), który działa, a opisem od podstaw, który powinien wynikać z realistycznych sił między nukleonami.

To trochę jak różnica między przepisem, który zawsze wychodzi, a chemią w garnku: oba prowadzą do obiadu, ale tylko jedno wyjaśnia, czemu sos nagle gęstnieje dokładnie w tej minucie.

Sztuczka z „rozdzielczością” oddziaływań: od spinu do pseudospinu

Nowy pomysł opiera się na czymś, co brzmi technicznie, ale intuicja jest zaskakująco ludzka: to samo zjawisko może wyglądać inaczej w zależności od tego, jak blisko mu się przyglądasz.

W fizyce jądrowej oznacza to zmianę rozdzielczości opisu oddziaływań proton–neutron, m.in. przez narzędzia typu renormalizacja. Badacze prześledzili, jak zmienia się struktura powłok, kiedy przechodzimy od wysokiej rozdzielczości realistycznych sił do bardziej wygładzonego, efektywnego opisu.

W tym procesie wyszło coś kluczowego: pojawia się przejście od tzw. symetrii spinowej do pseudospinowej, a wraz z nim – magiczne liczby zaczynają wyłaniać się naturalnie. To nie jest sztuczne włożenie magii do modelu. To raczej pokazanie, że magia była w oddziaływaniach od początku, tylko trzeba było dobrać właściwy sposób patrzenia.

Test na twardym jądrze: cyna-132 jako poligon stabilności

Żeby sprawdzić, czy to nie jest tylko piękna teoria, potrzebny był konkretny, charakterystyczny przypadek. Wybrano izotop cyny-132 – znany z wyjątkowej stabilności i tego, że jest klasycznym przykładem powłokowego porządku: ma 50 protonów i 82 neutrony, czyli zestaw wartości, które od dawna kojarzą się z silną stabilizacją.

I tu dzieje się rzecz najciekawsza: gdy spojrzeć na jądro przez pryzmat pełnej funkcji falowej, czyli opisu zbiorowego całego układu, a nie pojedynczych cząstek, a potem zjechać z rozdzielczością tak, by podkreślić kolektywny ruch i skorelowane oddziaływania, znajomy obraz powłok zaczyna sam się układać. Wzór poziomów energetycznych nie jest narzucony – on wypływa z interakcji proton–neutron.

To ważne, bo sugeruje, że model powłokowy nie musi być traktowany jak sprytna metafora. Może być efektywnym cieniem głębszej dynamiki.

Po co nam to w praktyce: egzotyczne izotopy, granice istnienia i astrofizyka

Jeśli da się lepiej uzasadnić, skąd biorą się liczby magiczne, to rośnie szansa, że trafniej przewidzimy zachowanie jąder daleko od stabilności – takich, których na Ziemi prawie nie ma, ale które powstają w ekstremalnych warunkach, np. w procesach syntezy pierwiastków w kosmosie. A to jest dziś jeden z najbardziej żywych frontów fizyki jądrowej: mapa jąder jest ogromna, a my znamy zaledwie część terytorium.

Druga kwestia to superciężkie jądra i kusząca idea wysp stabilności. Jeśli istnieją konfiguracje protonów i neutronów, które dają ponadprzeciętną trwałość nawet bardzo ciężkim pierwiastkom, to właśnie takie modele mogą pomóc zawęzić poszukiwania: gdzie w ogóle ma sens szukać, co syntetyzować, które izotopy mają szansę przeżyć dłużej niż ułamek sekundy.