Skazani na skansen

Ludom tubylczym w ramach rekompensaty za dziejowe krzywdy oddaje się ziemie, zwraca niezależność i prawo do życia po swojemu. Niestety, ta poprawność polityczna prowadzi do wynaturzeń i dramatów.

Cel był szlachetny. Pierwotni mieszkańcy ziem zagarniętych przez białych osadników mieli je odzyskać i wrócić do dawnego trybu życia. Przyznano im wiele przywilejów: od zwolnień podatkowych po wyłączenie spod przepisów dotyczących ochrony środowiska, handlu, polowań. Gdy w latach 60. XX wieku amerykański Sąd Najwyższy potwierdził ważność tzw. traktatów indiańskich, a dekadę później w Australii weszła w życie Ustawa o Ziemi Aborygenów, uznano to za akty dziejowej sprawiedliwości. Dziś po dawnym optymizmie nie ma już śladu. Nadzieje idealistów, że ktoś z własnej woli zamknie się w skansenie i zacznie żyć jak pradziadowie, okazały się koszmarną utopią.

Tańczący z żetonami

Do dwóch milionów Indian żyjących w rezerwatach należy dziś ponad 225 tys. km2 ziemi (dwie trzecie obszaru Polski!). Za prawo do jej posiadania nie płacą ani centa podatku. Mogą się na niej rządzić po swojemu, powoływać własne władze, prowadzić biznes i kultywować tradycje. Żadne z  550 oficjalnie uznanych amerykańskich plemion nie rozbiło jednak na prerii wigwamów i nie przesiadło się z samochodów na konie. Natomiast aż 200 zajęło się… hazardem. 

Trudno orzec, czy wodzowie sami wpadli na ten pomysł, czy podsunęli go im specjaliści z branży, których ograniczały przepisy federalnego prawa. W rezerwatach żadne restrykcje nie obowiązywały, o wszystkim samodzielnie decydowali indiańscy przywódcy, więc przed inwestorami otwierały się nieograniczone możliwości. 

Za prekursorów indiańskiego hazardu uchodzą Seminole z Florydy, którzy w 1976 r. uruchomili salon gry w bingo dla bogatych emerytów i turystów. Władze stanowe uznały ich działalność za sprzeczną z przepisami regulującymi hazardowy biznes, ale sądy orzekły, że na swoich ziemiach Indianie mogą prowadzić dowolną działalność gospodarczą. Lawina ruszyła. Największymi szczęściarzami okazały się plemiona, które odzyskały ziemie w pobliżu wielkich miast. Ich kasyna miały gwarancję, że klientów nigdy nie zabraknie.

Pomysł od początku budził wątpliwości, ale takie szczepy jak Oneida z Connecticut czy Choncktaw z Missisipi dopilnowały, by część dochodów z kasyna zainwestowano w muzeum, dom kultury i szkołę, uczącą dzieci języka przodków. Podobną troską wykazało się jednak nie więcej niż 20 plemion. W pozostałych zyski przechwytuje elita, a zwyczajni wojownicy i ich squaw żyją z zasiłków socjalnych i spekulacji. Korzystając z przywilejów podatkowych, Indianie nauczyli się handlować tanią benzyną i papierosami. 

Jeszcze większym sprytem wykazał się Richard Hayward, prawnuk dwóch ostatnich mieszkanek malutkiego rezerwatu między Bostonem i Nowym Jorkiem. Po śmierci kobiet rezerwat zamknięto, jednak Hayward udowodnił, że jest ich spadkobiercą i wywojował zwrot utraconych ziem. By uwiarygodnić swoje roszczenia, reaktywował plemię o nazwie Mashantucket Pequot liczące 300 członków. Była to przypadkowa zbieranina Metysów i Mulatów niemających pojęcia o przeszłości tego ludu, nieznająca nawet słowa w jego języku. Pragnienie wynagradzania krzywd mniejszościom było jednak tak silne, że Mashantucket Pequot dołączono do listy indiańskich plemion, co pozwoliło Haywardowi na wybudowanie kasyna. Uruchomił jeden z  największych tego typu obiektów na świecie. Jego Foxwood Casino przynosi 2–3 mln dol. zysku… dziennie.

Sukces finansowy garstki spryciarzy nie ma jednak żadnego wpływu na ogólną sytuację Indian, którzy pozostają najbardziej upośledzoną grupą społeczną w Stanach Zjednoczonych. Ziemia i przywileje prawne miały przyczynić się do odrodzenia ich kultury. Efekt okazał się dokładnie odwrotny, bo przecież nic nie jest bardziej odległe od indiańskich tradycji niż liczenie żetonów i puszczanie w ruch ruletki.

Niedźwiedzia przysługa 

W sąsiedniej Kanadzie nie eksperymentowano z hazardem. W ramach rekompensaty za lata dyskryminacji wypłaca się autochtonom świadczenia i pozwala na kultywowanie plemiennych obyczajów. Eskimosi, zwani też Inuitami, zachowali na przykład monopol w polowaniach na białe niedźwiedzie. „To jest część naszej kultury, naszego stylu życia. Gdyby zabrakło nam niedźwiedziego mięsa, tęsknilibyśmy za nim tak samo jak wy za stekiem z wołowiny” – tłumaczył Lootie Toomasie, szef Zrzeszenia Myśliwych i Traperów na Wyspie Baffina, podczas niedawnej konferencji prasowej. Zwołano ją po ogłoszeniu wyników badań, które wykazały, że zmniejsza się populacja niedźwiedzi polarnych – że co najmniej 120 zwierząt – przemierzających regularnie szlaki między północną Kanadą i Grenlandią, nagle zniknęło. „Dopóki Inuici polowali wyłącznie dla zdobycia pożywienia, problem nie istniał” – wyjaśnia Paul Watson z dziennika „The Star”. „Ustrzelenie zwierzęcia wymagało czasu, łowy nie zawsze kończyły się powodzeniem”.

Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Myśliwi zamienili psie zaprzęgi na sanie motorowe, strzelby – na karabiny z celownikami optycznymi. 

Niedźwiedź, który znajdzie się w ich zasięgu, nie ma szans. Mało tego. Spragnieni mocnych wrażeń bogacze z USA i Kanady płacą eskimoskim przewodnikom  25 tys. dolarów za wytropienie i wystawienie na strzał zwierzęcia. Teoretycznie wszystko odbywa się zgodnie z prawem, bo nawet Inuitom nie wolno zabijać tylu niedźwiedzi, ile zechcą, muszą zmieścić się w ustalonym limicie. Ale gdy zwietrzyli okazję do łatwego zarobku, zaczęli po prostu odstępować gościom część swojej puli.

Paul Watson szacuje, że już co trzecie zwierzę ginie nie dlatego, że tubylcy potrzebują jedzenia, lecz dlatego, że jakiś biały macho zapragnął myśliwskiego trofeum. Pokusa jest olbrzymia. Wystarczy obsłużyć dziesięciu przyjezdnych, by zamieszkana przez kilkanaście rodzin inuicka wioska wzbogaciła się o ćwierć miliona dolarów! A może i o więcej, gdy odstrzeli się parę zwierząt ponad normę.

 

Sytuacja stała się tak poważna, że w ubiegłym roku USA wprowadziły zakaz wwożenia do kraju produktów wykonanych ze skór czy kości niedźwiedzi polarnych, rząd Kanady podjął z kolei próbę zmniejszenia limitu odstrzałów. Wywołało to jednak protesty Inuitów, połączone z oskarżeniami o dyskryminację i niszczenie ich odwiecznej tradycji. Lootie Toomasie powiedział wprost, że jego rodacy nigdy nie zrezygnują z polowań, a jeśli władze wprowadzą zakaz, będą i tak robić swoje, tyle że potajemnie. 

Nie ma powodu wątpić w te groźby, bo przecież żadne służby nie upilnują bezkresnych lodowych przestrzeni przed ludźmi, którzy znają je lepiej niż wszyscy pozostali: Inuici nigdy już nie będą Eskimosami z opowieści pierwszych polarników, nie zrezygnują z nowoczesnej broni i sprzętu, nie przeprowadzą się do igloo. Przyznane im przywileje nie powstrzymały cywilizacyjnych zmian w ich życiu, mogą natomiast doprowadzić do nieodwracalnych strat w przyrodzie Arktyki.

Dramat w krainie kangurów   

Oddanie ziemi prawowitym właścicielom i skazanie ich na samodzielność przyniosło jeszcze bardziej opłakane skutki na antypodach. Aborygenom jak mało komu należała się zapłata za krzywdy – dopiero na początku XX wieku władze wykreśliły ich ze spisu lokalnej… fauny, gdzie figurowali obok kangurów i misiów koala. 

Zgodnie z przyjętym w 1977 roku prawem otrzymali niemal połowę obszaru Terytorium Północnego (1,25 mln km2). Chociaż pozostali w granicach Australii, zaczęto ich traktować jak mieszkańców niezależnego biednego państwa – przekazywano pomoc finansową i humanitarną, ale nie ingerowano w sprawy wewnętrzne. Po 20 latach sprawdzono, jak to „bardzo korzystne rozwiązanie” funkcjonuje w praktyce. Raport ekspertów ogłoszony w 1996 r. wywołał wstrząs. „Tylko ludziom z Zachodu może się wydawać, że przed przybyciem białych osadników życie Aborygenów było sielanką, do której teraz chcą wrócić” – pisze reporterka Chloe Hooper, autorka głośnej książki o australijskich tubylcach „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee”. „Ich pragnienia są takie same jak reszty społeczeństwa. Chcą lepszego życia i prawa do zachowania własnej kultury”. Dano im tylko to drugie, ale w epoce telewizji i wszechwładzy pieniądza powrót do czasów, gdy aborygeńskie życie regulowała plemienna moralność i  religia, był niemożliwy. Kiedyś nie potrzebowali kodeksów prawa, przepisów o równości płci, zakazie seksu z nieletnimi itp. – wystarczała kontrola lokalnej społeczności. Pozostawieni sami sobie zrezygnowali z ograniczeń narzuconych przez cywilizację. Dawnych więzi jednak nie odtworzyli. Efekty były przerażające.

Okazało się, że aborygeńskie kobiety były 50 razy bardziej narażone na przemoc i gwałt niż przeciętne Australijki. Nagminnie wykorzystywano seksualnie dzieci. Zszokowane władze wprowadziły całkowity zakaz sprzedaży alkoholu i rozpowszechniania pornografii na Terytorium Północnym. Nad jego przestrzeganiem miało czuwać tysiąc żołnierzy i policjantów, wszystkie dzieci w wieku poniżej 16 lat objęto okresowymi kontrolami lekarskimi dla sprawdzania, czy nie są molestowane.

Działania rządu wydawały się uzasadnione i konieczne, jednak radykalna lewica natychmiast podniosła alarm, ostrzegając przed powrotem dyskryminacji. „To próba ponownego przejęcia kontroli nad życiem Aborygenów i brutalne nadużycie władzy” – grzmiał prawnik Michael Mansell. „Odbierają nam wszystkie prawa, traktują jak dzieci, upokarzają i poniżają” – wykrzykiwali demonstranci na wiecu w Alice Springs. Poddany zmasowanej krytyce rząd zapowiedział, że restrykcyjne przepisy będą obowiązywały tylko przez sześć miesięcy, potem zwiększy pomoc socjalną. Słowa dotrzymał. W ubiegłym roku wysłał już nie policjantów, lecz pracowników opieki społecznej, by sprawdzili, czy sytuacja uległa poprawie. Skutkiem ich obserwacji był dramatyczny apel do Czerwonego Krzyża i organizacji humanitarnych o natychmiastową pomoc, gdyż dorośli przepijają zasiłki, zaś  pozbawione opieki dzieci głodują, chorują i włóczą się po wysypiskach, szukając jedzenia. 

Czy się stoi, czy się leży…

Kto potrafi odcinać  kupony od rachunków za krzywdy z przeszłości, może się jednak całkiem nieźle urządzić. 15 tys. mieszkańców niepodległego dziś państwa Palau znalazło się po II wojnie światowej pod panowaniem Amerykanów, którzy z ramienia ONZ sprawowali nad nimi tzw. powiernictwo. 

Tubylcy szybko odkryli, że nie muszą nic robić, a Waszyngton i tak ich utrzyma. Powołali więc rząd krajowy, z całą rzeszą ministrów i urzędników, oraz 16 rządów stanowych na niemal bezludnych wysepkach. „Jeszcze nigdy tak liczni nie rządzili tak nielicznymi” – żartowali po cichu, ale głośno prezentowali się jako lud wyzyskiwany przez kolonizatorów. W ONZ znaleźli rzeszę obrońców, gotowych do oskarżania Stanów o imperializm. W końcu Amerykanie mieli dość i niemal wymusili na Palauanach decyzję o ogłoszeniu niepodległości, którą w 1994 r. natychmiast uznali.

Tubylcy wiedzieli jednak, co mogą stracić, więc strasząc protektorów przyszłymi roszczeniami za doznane krzywdy, wynegocjowali traktat o stowarzyszeniu. Przewidywał utrzymanie amerykańskich dotacji w zamian za udostępnienie części terytorium Palau dla celów wojskowych. Dzięki temu, liczące dziś już 20 tys. obywateli państewko nadal może sobie pozwolić na posiadanie 17 ministerstw i armii urzędników. Amerykanie żadnych baz wojskowych tam nie mają, ale dla świętego spokoju pieniądze posyłają.

Podobnym sprytem nie wykazali się mieszkańcy innych minipaństw na Oceanie Spokojnym. Do ogłoszenia w 1968 r. niepodległości Nauru chlubiło się jednym z najwyższych w regionie wskaźników PKB. Zawdzięczało to nagromadzonym przez stulecia pokładom guana – ptasich odchodów służących do produkcji nawozów. Administrujący wyspą Australijczycy i Brytyjczycy pilnowali, by zasoby te nie uległy zbyt szybkiemu wyczerpaniu. 

Jednak po zrzuceniu  „kolonialnego jarzma” tubylcze rządy nie musiały już przestrzegać zasad narzuconych przez obcych. Bez opamiętania sprzedawały koncesje i po kilkunastu latach jedyne bogactwo wyspy zniknęło. Potem roztrwoniono jeszcze fundusz powierniczy, na który władze kolonialne odkładały dla przyszłych pokoleń część zysków z eksportu gunana i dziś Nauru należy do najbiedniejszych państw świata, z bezrobociem sięgającym 90 procent!

 

Rządy innych polinezyjskich republik w podobny sposób handlują koncesjami na wyrąb lasów. Gleba na ogołoconych z drzew wyspach ulega erozji, ziemia przestaje rodzić, tropikalne deszcze dopełniają zniszczenia. Polityczna poprawność nie pozwala jednak oskarżać tubylców o działanie na własną szkodę. Ich przywódcy kombinują więc dalej. Premier Sfederowanych Stanów Mikronezji wpadł niedawno na pomysł przekształcenia jednej z  wysp  w… składowisko odpadów nuklearnych.  

Nie ma powrotu do raju  

Nie spełniły się też nadzieje związane z Papuą-Nową Gwineą. Miała być sielankową enklawą dla ginących plemion, stała się jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc na Ziemi. 700 ludów wojowało tam ze sobą od zawsze i trudno oczekiwać, że nagle potulnie uznają nad sobą władzę jednego czy kilku wybrańców. A do tego przecież sprowadzała się decyzja o utworzeniu centralnego papuaskiego rządu. Od ogłoszenia niepodległości w 1975 roku liczba wojen plemiennych wzrosła dwukrotnie, poziom życia drastycznie się obniżył, dziś  40 proc. mieszkańców żyje za mniej niż dolara dziennie. Ale wodzowie kilku plemion, którzy podpisali intratne umowy o wyrębie lasów na swoim terytorium, opływają we wszelkie dobra. Otoczeni armią ochroniarzy rozbijają się limuzynami po stołecznym Port Moresby i bawią w enklawach luksusu. Do podległych im wiosek nie odważy się wejść żaden policjant. W liczącej ćwierć miliona mieszkańców stolicy odnotowuje się rocznie 150 morderstw – to tak, jakby w Warszawie codziennie ofiarą bandytów padały trzy osoby. 

Wykrywalność przestępstw jest minimalna, bo jedynym trwałym elementem plemiennej tradycji okazał się wantok – zasada łącząca mafijną omertę (zmowę milczenia) z handryczeniem się o wszystko, co może przynieść jakikolwiek zysk. Skłócone ludy i klany żądają pieniędzy za zgodę na wybudowanie szkoły, drogi, elektrowni, zapory. A ponieważ porozumienie jest praktycznie niemożliwe, nie robi się nic. Od 30 lat nie wyremontowano ani jednego szpitala, nie zmodernizowano żadnej fabryki. 

Równie ryzykowne  okazały się eksperymenty z  przekazywaniem „suwerennej” władzy tubylcom w Amazonii. Wódz jednego z plemion w brazylijskim stanie Pará dorobił się już dwóch samolotów, okazałej rezydencji i kont w kilku bankach – w zamian za zgodę na wycinkę lasów w jego rezerwacie. Takich historii się oczywiście nie nagłaśnia, gdyż odbiegają od stereotypu poczciwego Indianina i pazernego białego.

W latach 90. sporo pisano o losie ginącego plemienia Kaiowecha, z  pogranicza Brazylii i Paragwaju. Za główne przyczyny jego degeneracji słusznie uznano alkoholizm i konflikty podsycane przez rywalizujących ze sobą misjonarzy różnych wyznań. Władze zakazały więc budowy na terenie rezerwatu kościołów, sprowadziły szamanów i czarowników, mających przywrócić dawne dobre obyczaje. Stało się jednak coś, czego nikt nie przewidział – wśród nastolatków wybuchła plaga samobójstw. Liczącemu niespełna 6 tys. członków plemieniu dopiero wtedy zagroziło naprawdę szybkie wyginięcie. Socjolog Luiz de Paula, który udał się do Kaiowecha z misją ratunkową, odkrył, że dla młodych Indian powrót do „rajskiej przeszłości” był ostatecznym przekreśleniem nadziei na lepsze życie. Woleli umrzeć niż cofnąć się w czasie i wegetować w rezerwacie.

Jedna z powtarzanych do znudzenia zasad udzielania skutecznej pomocy głosi, że potrzebującym nie należy dawać ryby, lecz wędkę. Zwracając tubylcom ziemię, wolność i prawo decydowania o własnym losie, spełnia się ten postulat. Efekty są jednak dalekie od oczekiwań. Bo dyskryminowanych, prześladowanych przez dziesięciolecia ludzi trzeba jeszcze nauczyć łowienia ryb. I to niekoniecznie w tak mętnej wodzie jak amerykański biznes hazardowy czy światowy handel drewnem. 

Więcej:cywilizacje