Sześcioosobowa załoga Wellingtona wracała 7 lipca 1941 roku z akcji nad Münster. Lot był spokojny, samolot mijał Holandię w drodze do Norfolk. Nic już nie zapowiadało komplikacji, gdy pilot zobaczył nagle atakującego Messerschmitta. Teraz wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie. Tylny strzelec angielskiego bombowca został raniony w nogę, zdołał jednak zestrzelić wroga. Mimo to sytuacja na pokładzie Wellingtona wyglądała dramatycznie. Okazało się, że płonie paliwo wyciekające z uszkodzonego przewodu wewnątrz jednego ze skrzydeł, ogień zaś szybko się rozprzestrzenia. Załoga zrobiła dziurę w kadłubie, przez którą usiłowała stłumić płomienie za pomocą gaśnic, a nawet – co świadczyło o desperacji – resztek kawy z termosów. Bez efektu. Bombowiec znalazł się w beznadziejnym położeniu, jedyne, co można było zrobić, to się ewakuować. Lecieli akurat nad Morzem Północnym. Wtedy 22-letni sierżant James Allen Ward oświadczył, że dostanie się na skrzydło i ugasi pożar. Odmówił nawet wzięcia spadochronu, ale to akurat koledzy szybko wybili mu z głowy. Bombowiec zredukował szybkość do mniej więcej 160 km/godz. Samolot leciał na wysokości prawie 4 tys. metrów, ryzyko wyjścia na zewnątrz było ogromne, zaś sam pomysł totalnie szalony. Przywiązany do kadłuba Ward wydostał się jednak na skrzydło i niemal oślepiony pędem wiatru, krok po kroku dotarł do miejsca tuż za silnikiem. Chciał zdusić ogień fragmentem brezentowej płachty, porwał ją jednak pęd powietrza. Mimo że żołnierz nie ugasił ognia, niebezpieczeństwo zostało zażegnane, bo teraz wyciekające paliwo wypalało się na zewnątrz, nie zagrażając konstrukcji skrzydła. Samolot bezpiecznie wylądował. Ward otrzymał za swój wyczyn Krzyż Wiktorii, najwyższe odznaczenie za odwagę w boju w angielskich siłach zbrojnych. Zginął zaledwie dwa miesiące później w akcji koło Hamburga.

Wyjście na skrzydło pędzącego przez chmury bombowca to nie lada wyczyn. Każdy, kto wychylał się kiedykolwiek ze śmigłowca lub małego samolotu, wie, jak silne są uderzenia powietrza. Aż trudno uwierzyć, że Ward przeżył. Jeszcze trudniej zrozumieć, dlaczego, kiedy rozpatrywano kandydaturę Warda do odznaczenia, pojawiły się głosy, że być może mu się ono nie należy. Wątpliwość budziło to, że działał wszak nie tylko dla dobra ojczyzny, lecz również w obronie własnej. Przez zupełny przypadek, właściwie z konieczności, nowozelandzki sierżant doprowadził jednak do szczytu możliwości sztukę, która na świecie pochłonęła już życie wielu śmiałków. Od roku 1918 publiczność, znacznie szersza niż późniejsza załoga bombowca, z niemym zachwytem śledziła bowiem wyczyny podniebnych akrobatów, którzy popisywali się, spacerując w locie po skrzydłach samolotów. Latające cyrki robiły wtedy prawdziwą karierę, a ich piloci stawali się bohaterami masowej wyobraźni. Mężczyźni nie mogli okiełznać zazdrości na widok dwupłatowców, kobiety zaś marzyły tylko o tym, żeby przystojni piloci zabrali je do nieba, bez względu na to, jaką to mogło mieć formę.

JAZDA NA SAMOLOCIE

 


Barbara Westertaklax, wesoła Szwedka, na co dzień pracuje jako kadrowa. Pozostały czas poświęca spacerom po skrzydłach samolotu. Samolot musi być dwupłatowcem i znajdować się oczywiście w powietrzu. Kate Morrow, jej angielska koleżanka, zatrudniona w sieci luksusowych hoteli jako kelnerka, twierdzi, że dzięki podniebnym spacerom ciągle się uśmiecha i ma niezachwiane poczucie szczęścia. Chodzenie po skrzydłach, czyli wingwalking, narodziło się prawie dziewięćdziesiąt lat temu. Jego przypadkowy wynalazca, podobnie jak sierżant Ward, nie dożył nawet trzydziestki.

Po I wojnie światowej Stany Zjednoczone zapełniły się młodymi pilotami. Oni już nie potrafili normalnie żyć bez adrenaliny, którą dawało latanie w trudnych warunkach. Kupowane z wojskowego demobilu Curtissy JN4 mogły lądować na łąkach czy polnych drogach, zamiast hangarów często wystarczyły im szopy. Piloci, nazywani „barnstormers” (wędrownymi aktorami), włóczyli się, a właściwie latali od miasta do miasta, zarabiając na życie zabieraniem na podniebne wycieczki każdego, kto tylko miał na to ochotę. Nie było to specjalnie dochodowe zajęcie, piloci spali często pod gołym niebem, sami zajmowali się sprzętem, naprawiali i usprawniali swoje maszyny. Popisywali się już od pierwszych minut przybycia do miasta, często, strasząc przechodniów, nadlatywali jak najniżej nad ulice. Jeden wpadł nawet na pomysł, żeby w czasie lotów zawrzeć układ z załogą ambulansu, która na sygnale dowoziła w ekspresowym tempie chętnych do lotów. Z czasem piloci łączyli się w grupy, latające cyrki, które oprócz powietrznych akrobacji proponowały chętnym krótkie wycieczki. Prawdziwy rekord pobił Latający Cyrk Ivana Gatesa, który podczas pokazów w Ohio obsłużył w ciągu jednego dnia 950 lotów. Za kurs płaciło się zaledwie dolara.

Prawdziwej rewolucji w tym światku miał jednak dokonać dwudziestosiedmioletni Ormer Loclear z Amerykańskich Sił Powietrznych. W 1918 roku musiał naprawić usterkę w dwupłatowym Curtissie JN4 i zrobił to w powietrzu. Po prostu wyszedł z kabiny i wszedł na niższe skrzydło. Inna, mniej dramatyczna wersja mówi, że Loclear brał udział w ćwiczeniach, polegających na rozpoznaniu rozłożonych na ziemi znaków. Młody porucznik nie zaliczyłby zadania, gdyby nie wyszedł na skrzydło, które zasłaniało mu widok. Bez względu na to, która wersja jest prawdziwa, Loclear wykazał się niesamowitą brawurą, a zachwyt przypadkowych widzów oraz podziw kolegów sprawiły, że postanowił zarabiać na pokazach.

Wkrótce każdy występ Locleara był wart trzy tysiące dolarów. Sam pilot jednak twierdził, że nie robi tego dla pieniędzy. Chciał pokazać, że niemożliwe jest możliwe, wingwalking działał poza tym jak narkotyk. Dziennikarze pisali, że Loclear korzysta z każdej możliwej okazji, żeby wyjść w powietrzu z kokpitu.

Szalony Ormer bez przerwy doskonalił swoje numery. Razem z Williamem Pickensem, który zajął się jego interesami, wykonywał w powietrzu prawdziwy taniec śmierci. To prawdopodobnie jeden z najtrudniejszych numerów jakie kiedykolwiek wymyślono. Dwa dwupłatowe samoloty zbliżały się do siebie tak blisko, że niemal dotykały się skrzydłami. Wtedy dwaj piloci blokowali na chwilę drążki, wyskakiwali z kabin, przebiegali po skrzydłach i zamieniali się miejscami. Z czasem jednak ten popisowy numer spowszedniał, podobno nawet zaczął nudzić publiczność, Loclear postanowił więc skakać nie z samolotu do samolotu, ale z samolotu do samochodu i na odwrót. Ponieważ od czasu do czasu zdarzały się stłuczki, Pickens wykorzystywał je medialnie z zadziwiającym sprytem. Nawet zadrapania kolegi potrafił obandażować tak, jakby Loclear miał śmiertelną ranę. W takiej charakteryzacji mógłby grać główną rolę w filmie „Mumia powraca”... Bandaże dodawały jednak popisom szczególnego dramatyzmu i przynosiły wymierny finansowy efekt. Loclear i Pickens, w przeciwieństwie do swoich kolegów, pławili się w luksusach. W końcu, w 1920 roku, zaczęli karierę filmową.

OŚLEPIAJĄCY BLASK SŁAWY


Loclear czuł się stworzony dla Hollywood. Stał się idolem, bywał w najlepszym towarzystwie, szalały za nim kobiety. Żył tak, jakby każdy dzień miał być ostatnim. Szybko zapomniał więc o zostawionej w Teksasie żonie i wdał się w romans z początkującą aktoreczką. Imponował brawurą, zawsze nalegał, aby akrobacje wyglądały jak najbardziej realistycznie. 2 sierpnia 1920 roku na planie filmu „Skywayman” miał symulować pożar samolotu. Wpadł w korkociąg i po sekundach roztrzaskał się na ziemi. Prawdopodobnie oślepiły go filmowe reflektory. Ormerowi Loclearowi zgotowano iście hollywoodzki pogrzeb: żona szła za trumną, kochanka płakała w limuzynie. Jego filmowa kariera trwała zaledwie 16 miesięcy. W tym czasie niebo zaczęły zaś zdobywać wyemancypowane damy, które z godną podziwu desperacją pchały się w ślady Mistrza. I tak jak on, jedna za drugą, ginęły.

Ethel Dare, zwana Królową Przestworzy lub Latającą Wiedźmą, najsławniejsza z kobiecych wingwalkers, wzbudzała nie mniejsze emocje niż sam Loclear. Ważny element budowanego przez nią image’u stanowiła jej uroda i drobna figura. Popisowym numerem Ethel – każdy go zresztą miał – był spacer na skrzydle, z którego nieoczekiwanie rzucała się w dół. Publiczność przyprawiało to o zawał serca – z dołu ludzie nie widzieli liny. Królowa lubiła także wisieć na linie pod skrzydłem Curtissa, trzymając się tylko... zębami. Zginęła, skacząc ze spadochronem ze swojego samolotu. Do historii wingwalkingu przeszła jako pierwsza kobieta, która w powietrzu przeskakiwała z jednego samolotu do drugiego. Jej koleżanka Gladys Roy chodziła po skrzydłach z zawiązanymi oczami. W 1927 r. wpadła na śmigło swojego przygotowywanego do lotu Curtissa. Lillian Boyer, kolejna Księżniczka Przestworzy, aż 143 razy przeszła z samolotu do samolotu w locie, kilkadziesiąt razy skakała też ze spadochronem. Przeżyła, bo w 1929 r. zabroniono tego typu pokazów. Stały się zbyt niebezpieczne, ponieważ ze względu na publiczność samoloty schodziły bardzo nisko. Zbyt nisko, żeby bez ryzyka skakać ze spadochronem.

PAN W KOKPICIE, PANI NA SKRZYDEŁKU


Wingwalking odżył po II wojnie światowej i ze zwariowanej zabawy stał się barwnym i mniej ryzykownym widowiskiem. Kiedy w 1950 roku jeden z akrobatów połamał sobie nogi w czasie manewrów, skonstruowano specjalny stelaż, który zapewnia bezpieczeństwo wingdriverowi, czyli temu, który nie chodzi, ale stoi w trakcie lotu na kadłubie samolotu. Najważniejsze w tej sztuce jest zgranie między pilotem a akrobatą, co chyba nie jest trudne, jako że tę dziedzinę zdominowały pary damsko-męskie. Tyle, że na ogół to on siedzi za sterami, a ona wędruje lub stoi na skrzydłach. „Kobiety są mniejsze i przez to powodują mniejszy opór powietrza” – tłumaczą piloci. Piękna Carol Pilon z Kanady jest nawet właścicielką i główną artystką we własnej firmie Third Strike Wingwalking. – Przyjaciółki mówią mi, że to, co robię, nie ma nic wspólnego z lataniem, że to po prostu szaleństwo – śmieje się. I zaraz dodaje, że jeśli ktoś naprawdę chce się zmierzyć z powietrzem, musi po prostu wyjść z kokpitu.

Wingwalking jest dziś szczególnie popularny w Wielkiej Brytanii, choć kilka grup działa również w Stanach Zjednoczonych, Norwegii, Brazylii, a nawet Rosji. Tradycją pozostały występy na dwupłatowcach, niektórzy używają do tego maszyn zaprojektowanych do prac rolniczych. W zależności od potrzeb, samolot może lecieć nawet z szybkością 240 km/godz. I choć większość pań to z pozoru kruche istoty, niezwykle ważna w tej zabawie okazuje się siła mięśni nóg i brzucha. Siła wiatru jest ogromna, samolot i akrobatka wspólnie tworzą żywy organizm, w którym każda część dokładnie słucha drugiej. Profesjonalizm i intuicja muszą iść tu w parze, jako że każdy ruch osoby na górze odczuwalny jest przez maszynę i na odwrót. I choć pokazy są bezpieczniejsze, widzowie ciągle zamierają w momencie, gdy jeden dwupłatowiec nadlatuje nad drugi, ten górny „przewraca się”, a stojące na obydwóch maszynach damy wyciągają ręce, żeby ta na dole mogła dotknąć tej lecącej właśnie do góry nogami.

– Nie robię tego, żeby ryzykować śmiercią – tłumaczył Ormer Loclear. – Robię to, żeby pokazać, co można osiągnąć. Ktoś musi pokazać drogę. Chcę robić rzeczy, które ludziom wydają się niemożliwe. Ja nie wierzę, że coś może być niewykonalne.

Kolega Locleara, słynny lotnik Charles „Daredevil” Hamilton przeżył 63 katastrofy po to tylko, aby w 1914 roku umrzeć we własnym łóżku na gruźlicę. Miał wtedy 28 lat.

Joanna Lamparska

Podróżniczka, dziennikarka, autorka książek o Dolnym Śląsku.