Pokłóciłaś się z narzeczonym. Trzasnął drzwiami i powiedział, że już nie wróci. Zalana łzami siedzisz na kanapie i marzysz, żeby w telewizji nadawali właśnie film o Bridget Jones. Po półgodzinie trochę się uspokajasz. Patrzysz na telefon, myśląc: „Mam nadzieję, że niedługo zadzwoni”. Nie wyobrażasz sobie, że może być źle… Inny scenariusz. Zdajesz egzamin na rzeczoznawcę majątkowego. Nie miałeś czasu, żeby się przygotować – właśnie urodziło ci się dziecko, a w pracy szef nie dał urlopu. Inni koledzy uczyli się kilka miesięcy. Mimo to idziesz na egzamin. Więcej, nieśmiało myślisz sobie, że może będziesz miał farta i uda ci się odpowiedzieć na wymaganą liczbę pytań. 

Skąd w nas tyle ufności, że los szykuje dla nas łagodną wersję życiowego scenariusza? „80 proc. ludzi to optymiści. Przynajmniej jeśli chodzi o budowę mózgu. Po prostu najczęściej widzimy swoją przyszłość w jasnych barwach, wierzymy, że wszystko ułoży się po naszej myśli” – tłumaczy dr Tali Sharot, brytyjska neurobiolożka z University College London, której książka „Optimism Bias” („Skrzywienie optymistyczne”) bije rekordy sprzedaży w Wielkiej Brytanii i za oceanem.  

Miękkie lądowanie

Jak to się dzieje, że większość z nas nosi na co dzień „różowe okulary”? Dr Sharot udało się dojść do tego odkrycia zupełnie przypadkiem, podczas badań nad pamięcią. Pracowała wtedy w Stanach Zjednoczonych, badając wspomnienia ludzi, którzy przeżyli zamach terrorystyczny na World Trade Center w 2001 roku. Amerykanie to naród, który optymizm i wiarę w sukces uznaje za swoje cechy narodowe. Jednak po atakach z 11 września ich naturalne poczucie szczęścia i bezpieczeństwa znacznie się osłabiło. To wtedy psychologowie zaczęli się intensywniej przyglądać temu, jak tworzy się pamięć posttraumatyczna. Podczas jednego z badań zapisano wspomnienia uczestników tragedii z 11 września. Rok później poproszono ich o zrelacjonowanie tych wydarzeń ponownie. Mimo że upłynęło zaledwie dwanaście miesięcy, pierwszy zapis zgadzał się z drugim tylko w 63 proc. Brakowało ważnych detali, pojawiły się za to szczegóły, które wcale nie miały miejsca. Badacze doszli wtedy do wniosku, że pamięć człowieka to mieszanka tego, co było, z projekcją przyszłych wydarzeń, która tworzy się w naszym mózgu. A dokładniej – w odpowiadającym za emocje jądrze migdałowatym oraz w przednim zakręcie obręczy. 

„Ze zdumieniem pomyślałam, że układ nerwowy człowieka sam wymyśla wspomnienia, głównie po to, żeby przygotować nas na różne możliwe życiowe scenariusze” – tłumaczy dr Sharot. To dlatego niektóre wydarzenia wymazują się z naszej pamięci, a inne się w niej pojawiają, nawet jeśli nigdy się nam nie przytrafiły. 

Żeby dokładnie sprawdzić, jak tworzą się wspomnienia, dr Sharot postanowiła przyjrzeć się aktywności mózgu człowieka za pomocą rezonansu magnetycznego (fMRI). Badane osoby miały sobie wyobrazić jakieś przyszłe wydarzenia, a później przypomnieć sobie podobne historie, które kiedyś im się przytrafiły. Co się okazało? Wybiegając myślą w przyszłość, wszyscy badani koloryzowali rzeczywistość. Jedna uczestniczka miała wyobrazić sobie podróż samolotem. Myślała tak: żadnych turbulencji, pyszne jedzenie, widok na piękne chmury i miękkie lądowanie. 

Ktoś inny wizualizował sesję u fryzjera, obudowaną w detale niczym z hollywoodzkiego scenariusza: oddanie ściętych loków organizacji charytatywnej, kolacja z przyjaciółmi, a później szalona zabawa do rana. Wymyślając przyszłe scenariusze, ludzie najczęściej przedstawiali je w pozytywnym świetle, mimo że ich realne wspomnienia nie zawsze takie były. W realnym życiu loty często miały opóźnienia, kawa w samolocie była niesmaczna, a fryzury wymyślone przez fryzjera nietrafione. Brytyjska neurobiolog po raz pierwszy pomyślała wtedy, że architektura mózgu nie tylko sprawia, że szybko pozbywamy się negatywnych wspomnień, ale też że większość z nas wyobraża sobie przyszłość w kolorowych barwach. Czyli że zawsze szykujemy dla siebie miękkie lądowanie. 

Gen optymizmu

Brytyjscy komicy z serialu „Latający Cyrk Monty Pythona” niezmiennie powtarzali: „Zawsze patrz na jasną stronę życia!”. Dużo bardziej ironicznie o tej postawie pisał Wolter w powiastce filozoficznej „Kandyd”: „Co to takiego optymizm? – spytał Kakambo. – Ach – odparł Kandyd – to obłęd dowodzenia, że wszystko jest dobrze, kiedy nam się dzieje źle”. 

Po łacinie „optimum” oznacza „najlepiej”. Filozoficznym rodzeństwem pojęcia „optymizm” mogłyby być hedonizm i epikureizm, czyli takie życiowe strategie, które koncentrują się na przyjemności ciała i ducha. Do pewnego czasu afirmatywne podejście do życia przypisywano czynnikom biologicznym (np. poziomowi hormonów) i behawioralnym (m.in. wychowaniu i otoczeniu). Dopiero w ubiegłym roku naukowcom z University of California w Los Angeles udało się znaleźć gen odpowiedzialny za optymizm, pewność siebie i przekonanie, że potrafimy kierować własnym losem. Gen „różowych okularów” to gen receptorów oksytocyny (OXTR), znanej jako hormon przywiązania, bo sprzyja zakochaniu, stymuluje odczuwanie orgazmu, ma wpływ na zachowania społeczne, np. poczucie bliskości. „Przez lata szukałam genu optymizmu, ale myślałam, że znajdę go gdzie indziej!” – śmieje się Shelley E. Taylor, prof. psychologii z UCLA i współautorka tego odkrycia. Psycholożka tłumaczy, że brak tego specyficznego genu nie skazuje nas na wieczny smutek i depresję. „Wielu osobom zdaje się, że geny są jak przeznaczenie. Ale to nieprawda. To tylko jeden z czynników kształtujących nasze samopoczucie. Ważne są też pełne miłości dzieciństwo, zdrowe relacje z rodziną i przyjaciółmi czy inne sekwencje genów” – dodaje profesor.