Pod ciosami zamachowców zginęli Leszek Biały i Przemysł II, obfite żniwo zbierała też trucizna. Jej ofiarą padli Henryk IV Probus, książęta mazowieccy Ziemowit IV, Stanisław i Janusz. Na Kazimierza Jagiellończyka zasadzano się co najmniej siedem razy, Zygmunta Starego usiłował ustrzelić z rusznicy nigdy nie schwytany zamachowiec, Zygmunt III Waza ucierpiał od czekana Michała Piekarskiego. Podczas zaborów wielu fantastów usiłowało „pokonać” Wielką Rosję, wierząc naiwnie, że usunięcie tyrana rozwiąże sprawę polską. Ludwik Jaroszyński próbował wyeliminować wielkiego księcia Konstantego, Antoni Berezowski podjął próbę zamachu na cara Aleksandra II w Paryżu, Ludwik Ryll i Jan Rzońca usiłowali zabić margrabiego Wielopolskiego, Józef Łukaszewicz spiskował przeciwko carowi Aleksandrowi III. Udany zamach Ignacego Hryniewieckiego, który w samobójczym geście rzucił w Petersburgu bombę na powóz imperatora Aleksandra II, w niczym nie poprawił polskiej sytuacji.

Osobną klasę zamachowców stanowili działacze socjalistyczni i komunistyczni. Działalność ich wyolbrzymiana i wybielana w czasach PRL, dziś często bywa klasyfikowana jako pospolite zabójstwa. Tak było w przypadku Władysława Hibnera, który w lipcu 1925 r. razem z Władysławem Kniewskim i Henrykiem Rutkowskim, uciekając z miejsca zamachu na policyjnego agenta i ostrzeliwując się, pozbawili życia kilku przypadkowych przechodniów, w tym matkę z dzieckiem. Wzruszająca jest historia jedynej kobiety w tym gronie Faustyny Mokrzyckiej. Była związana z grupą socjalistycznych działaczy oświatowych, a następnie przyłączyła się do Organizacji Bojowej PPS-Frakcji Rewolucyjnej. Mimo że przeszła specjalny kurs rzucania bombą, podjęty przez nią zamach na generała Uthoffa (zaufanego współpracownika warszawskiego generał gubernatora Skałona) był kompletnym fiaskiem. Nikt z oficjeli nie ucierpiał, za to – tak jak w przypadku Hibnera i spółki – zginęły osoby postronne. Rok później dręczona wyrzutami sumienia Mokrzycka zażyła cyjanek potasu.

Leszek Biały, książę Polski

Gąsawa 24 listopada 1227 roku, woj. kujawsko-pomorskie, pow. Żniński
Zamachowcy: książę wielkopolski Władysław Odonic i książę pomorski Świętopełk ze swoimi wojskami
Cel zamachu: uniezależnienie ziem wielkopolskiej i pomorskiej od władzy senioralnej

W Marcinkowie Górnym (2 km na południe od Gąsawy) znajduje się biały pomnik, przedstawiający jeźdźca przebitego strzałą. Po raz pierwszy stanął tu w 1927 r. – autorem projektu był rzeźbiarz i żołnierz Legionów Jakub Juszczyk. Zniszczony podczas II wojny światowej pomnik został odrestaurowany i ponownie odsłonięty w 1973 r. Jest listopadowy wieczór 1227 roku. W gąsawskim zamku zebrali się najpotężniejsi ludzie w Polsce. Oprócz 42-letniego Leszka Białego są tam również książę śląski Henryk Brodaty oraz książę mazowiecki Konrad. Nie ma tylko dwóch najważniejszych bohaterów spotkania: księcia wielkopolskiego Władysława Laskonogiego i jego bratanka księcia Władysława Odonica. To właśnie z ich powodu zwołano zjazd.

Odonic od wielu lat prowadzi ze stryjem wojnę – w jej wyniku udało mu się zająć niemal całą Wielkopolskę. Co gorsza, jego sojusznikiem jest książę pomorski Świętopełk, który wyraźnie nie akceptuje zwierzchnictwa Leszka Białego nad swoim terytorium. Zjazd ma doprowadzić do ustabilizowania sytuacji, która grozi rozpadem kraju. Jednak książęta są zdziwieni. Laskonogi nie przyjedzie: przysłał w zastępstwie dwóch duchownych, którzy mają reprezentować jego interesy. Jeszcze bardziej zaskakujący jest powód nieobecności jego bratanka. Niedawny sojusznik (i jednocześnie szwagier) Świętopełk zajął należące do Odonica Nakło i teraz jest oblegany przez niego w tamtejszym zamku. W rzeczywistości jest to podstęp. W nocy z 23 na 24 listopada Odonic odstępuje od oblężenia i połączone oddziały spiskowców ruszają wspólnie w stronę Gąsawy. Ich celem jest zabicie książąt Leszka Białego i Władysława Laskonogiego. Wpadają do gąsawskiego zamku wczesnym rankiem. Pierwszy celem ataku staje się Henryk Brodaty. W ciemnościach zamachowcy biorą go zapewne za Władysława Laskonogiego. Ciężko rannego księcia śląskiego ratuje przed śmiercią rycerz Peregrin z Wissenburga, który zasłania go własnym ciałem. Natomiast Leszek Biały, mimo wczesnej pory, jest już w zamkowej łaźni. Słysząc, co się dzieje, półnagi wyskakuje na dziedziniec, dopada konia i próbuje umknąć zamachowcom. Na próżno – kilka kilometrów dalej dopadają go i mordują ludzie Świętopełka. Pomorski książę najbardziej skorzystał na „zbrodni gąsawskiej”. Uwolniony od zwierzchnika, doprowadził swoją dzielnicę do niebywałego rozkwitu. Pamiątką po jego rządach jest m.in. słynny Jarmark Dominikański – impreza plenerowa ustanowiona w 1260 roku na wniosek zakonu dominikanów, który Świętopełk sprowadził na Pomorze.

Książę, nazwany później przez ziomków Świętopełkiem II Wielkim, został pochowany w katedrze oliwskiej. Ironia historii sprawiła, że jedyna pamiątka po nim, odnaleziony w 1885 roku złoty sygnet z odwróconą kotwicą – symbolem Kaszubów – można oglądać dziś w Muzeum Narodowym w… Krakowie. Nie zachował się natomiast grobowiec pochowanego na Wawelu Leszka Białego. Uległ zniszczeniu 1 listopada 1305 roku w wyniku wielkiego pożaru. Po księciu krakowskim pozostało jednak słynne zdanie, którym odmówił papieżowi udziału w wyprawie krzyżowej. Brzmi: „W Palestynie piwa nie ma i żyć przeto tam nie można”.

Przemysł II, król Polski

Rogoźno 8 lutego 1296 roku, woj. wielkopolskie, pow. obornicki
Zamachowcy: oddział zabójców wysłany przez niemieckich władców Brandenburgii
Cel zamachu: niedopuszczenie do zjednoczenia ziem polskich

 

Zabójstwo Przemysła II było tym dla ówczesnych, czym zamach na prezydenta Kennedy’ego w XX wieku. Powszechnie podziwiany władca, pierwszy od 219 lat, który koronował się na króla Polski, został zamordowany w wyniku spisku margrabiów Brandenburgii i polskiego rodu Zarembów. Sprawców nigdy nie ujęto. 7 lutego, ostatni dzień karnawału 1296 roku. Koronowany zaledwie 8 miesięcy wcześniej na króla Polski 39-letni Przemysł II bawi się na turniejach i ucztach w nieobwarowanym Rogoźnie nad Wełną. Bawiące się tu towarzystwo jest już mocno zmęczone. Czujność straży słabnie. Na ten moment czeka w oddalonej o 30 kilometrów Brzezinie oddział brandenburskich rycerzy pod dowództwem Jakuba Gutensberga. Ich zadanie – porwać króla Polski i dostarczyć go do margrabiów, którzy w zamian za wolność zmuszą go do rezygnacji z planów zjednoczenia Polski. Kilkudziesięcioosobowy oddział nocą przeprawia się przez zamarzniętą Noteć i rusza w kierunku Rogoźna. Atak następuje w Środę Popielcową o świcie. Straż przyboczna króla ginie zaskoczona we śnie, ale sam Przemysł, doskonały wojownik, szybko organizuje obronę. Mimo że napastnicy mają przewagę, król walczy do końca. Nie pozwoli wziąć się żywcem. W końcu Brandenburczykom udaje się pochwycić ciężko rannego władcę. Przywiązują go do siodła i ruszają w kierunku granicy ze Śląskiem. Chcą zmylić pogoń, ale Jakub Gutensberg wie już, że nie uda mu się wykonać zadania i dowieźć jeńca żywego. Ranny opóźnia ucieczkę, więc dowódca – z obawy o życie własne i swoich żołnierzy – schodzi z konia i dobija króla. Ciało pozostawiają  przy drodze, 6,5 kilometra na południowy wschód od Rogoźna, w okolicach wsi Marlewo.

Koło Marlewa rośnie dąb „Przemysł”, pod którym zgodnie z legendą król miał dokonać żywota. Co roku pod dębem odbywają się spotkania historyczne, podczas których w formie inscenizacji jest odtwarzana ta dramatyczna dla historii Polski scena. Przemysł II został pochowany w kaplicy królewskiej katedry poznańskiej.

Król Zygmunt III Waza

Warszawa 15 listopada 1620 roku, okolice kolegiaty św. Jana
Zamachowcy: Michał Piekarski
Cel zamachu: zemsta za pozbawienie rodzinnej wsi Bieńkowice

Słynny zamach na Zygmunta III Wazę zapisał się w kanonie powiedzeń: „Pleciesz jak Piekarski na mękach”. I nie chodzi o to, jak zachował się Piekarski w czasie tortur, ale o to, co działo się wcześniej. Wcześniej zaś Piekarskiemu ukazał się anioł i nakazał zamordować króla. 15 listopada 1620 roku Zygmunt III Waza raczył udać się na mszę do warszawskiej kolegiaty św. Jana. Tuż przed wejściem do świątyni nieoczekiwanie zaatakował władcę Michał Piekarski herbu Topór, polski szlachcic z województwa sandomierskiego. Zamachowiec walił czekanem, udało mu się jednak zadać tylko nieszkodliwe ciosy w plecy i głowę króla. Łukasz Opaliński, marszałek nadworny koronny, wytrącił Piekarskiemu broń, królewicz Władysław lekko zranił szalonego szlachcica, zaś Jan Kaliński, żołnierz na służbie biskupa krakowskiego, podniósł króla i osłonił własnym ciałem. Po krótkiej szarpaninie straż marszałkowska zatrzymała napastnika. Po Warszawie rozniosła się plotka, że był to zamach tatarski, król musiał więc pokazać się kilkakrotnie publicznie, aby dowieść, że jest cały i zdrowy. Kiedy władca w dobrej kondycji stawał w oknie warszawskiego zamku, Piekarski zeznawał, najpierw z dobrej woli, a potem pod wpływem argumentów kata, co następuje: anioł, którego ujrzał podczas postu wypełnionego modlitwami, rozkazał, aby zabił Zygmunta III.

Aniołowie raczej nie zachęcają do zbrodni osób stabilnych psychicznie, ale gdy jest inaczej, złych podszeptów słucha się łatwiej. Piekarski zaś już wcześniej miewał „odloty”, różne wizje, uważano go za dziwaka i wyjątkowego furiata. Odsiedział swoje za zabójstwo kucharza Jana Płazy, wielkorządcy zamku krakowskiego. Czyn szalonego szlachcica miał być zemstą za pozbawienie go rodzinnej wsi Bieńkowice i ustanowienie nad nim kurateli sądowej. I choć sędziowie zdawali sobie sprawę, że niedoszły królobójca jest chory umysłowo, po krótkim pobycie w areszcie zalecono, aby „ciało zbrodniarza jako narzędzie takowego zamachu jak najsroższym mękom było poddane”. Ogłoszono, że skazaniec „obwożony będzie przez Rynek i ulice miasta. W miejscach wyznaczonych obnażonego czterema rozpalonymi szczypcami oprawcy ciało szarpać będą. (...) Po czym czterema końmi ciało na cztery części roztargane, a obrzydłe trupa ćwierci na proch na stosie owym spalone zostaną. Na koniec proch w działo nabity, wystrzał po powietrzu rozproszy”. Tak też się stało. 27 listopada 1620 roku odbyła się egzekucja, podczas której Piekarski zachowywał się podobno dość mężnie. Historycy do dziś spierają się o miejsce kaźni, jedni twierdzą, że wyrok został wykonany na Rynku Nowego Miasta, inni – że pod murami Starej Warszawy.
  
Katedra, przed którą rozegrał się dramat, mieści się w Warszawie przy ul. Świętojerskiej. Jej początki sięgają XIII wieku, kiedy powstał w tym miejscu pierwszy, prawdopodobnie drewniany, kościółek parafialny książąt mazowieckich. Później postawiono tam murowany budynek, a w 1406 roku podniesiono go do rangi kolegiaty. Po przeniesieniu stolicy do Warszawy kościół został połączony gankiem z Zamkiem Królewskim.

Fiodor Fiodorowicz Berg, namiestnik Królestwa Polskiego

Warszawa 19 września 1863 roku, ulica Nowy Świat 69
Zamachowcy: Paweł Landowski, Ryszard Rutkowski, Julian Karwowski, Dominik Krasuski, Feliks Krasuski, Wojciech Kunke, Bronisław Jaskólski i Władysław Wnętowski
Cel zamachu: osłabienie rosyjskiej administracji w czasie powstania styczniowego

Wieczorem 19 września 1863 roku namiestnik Królestwa Polskiego 73-letni generał Fiodor Berg, wraca powozem do swojej siedziby w Zamku Królewskim. Za chwilę będzie mijał Dom Interesów Andrzeja Zamoyskiego, czynszową kamienicę przy ul. Nowy Świat 69. Na jej poddaszu czeka już grupa spiskowców. Kiedy powóz mija budynek, zamachowcy otwierają okna. Uzbrojony w dubeltówkę Julian Karwowski celuje w Berga, jednak potrąca go rzucający pierwszą bombę i butelkę z łatwopalnym płynem Dominik Krasuski. Strzał jest niecelny – pocisk wbija się w burtę powozu namiestnika. Potem bombę i butelkę rzuca jeszcze brat Krasuskiego Feliks. Płomienie i dym zasłaniają cel i Karwowski musi zrezygnować z kolejnego strzału. Następne trzy ładunki rzucają w stronę powozu Rutkowski, Kunke i Wnętowski. Na dole szaleją płomienie, nie są więc w stanie ocenić skutków zamachu. W zamieszaniu udaje się im niepostrzeżenie opuścić kamienicę.

Generał Berg jest ogłuszony, ale żyje. Bomby okazały się zbyt słabe. Ochrona namiestnika i wezwani żołnierze natychmiast przystępują do przeszukania kamienicy. Nie znajdują zamachowców, aresztują więc właściciela domu, hrabiego Andrzeja Zamoyskiego. Żołnierze wpadają też do apartamentów na trzecim piętrze, gdzie mieszka Izabella Barcińska, siostra Fryderyka Chopina. W mieszkaniu jest mnóstwo pamiątek po kompozytorze, w tym fortepian, na którym grał w dzieciństwie. Wściekli żołdacy wyrzucają go przez okno na bruk, a rozbite szczątki palą. Następnego dnia rozpoczyna pracę komisja śledcza. Dzięki przesłuchaniu zarządców ustala, że mieszkanie wynajął Rutkowski. Udaje mu się jednak uciec za granicę. Także szef zamachowców Paweł Landowski opuścił Warszawę i został dowódcą oddziału partyzanckiego na Podlasiu, ale wkrótce wpada w ręce policji. Trzech spiskowców zostaje skazanych na karę śmierci, pozostali dostają wyroki od 8 do 20 lat ciężkich robót.

Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

Warszawa 16 grudnia 1922 roku, Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych, plac Stanisława Małachowskiego 3
Zamachowiec: Eligiusz Niewiadomski
Cel zamachu: usunięcie prezydenta, uważanego przez prawicę za reprezentanta interesów lewicy i mniejszości narodowych

 

Pięć dni po zaprzysiężeniu i dwa dni po przekazaniu władzy przez naczelnika Józefa Piłsudskiego 57-letni Gabriel Narutowicz ma wreszcie chwilę wolną od politycznych obowiązków. Decyduje, że skorzysta z zaproszenia i weźmie udział w otwarciu corocznego salonu malarskiego w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych. Mimo że Warszawa wciąż kipi po rozruchach między zwolennikami prawicy i lewicy, prezydent rezygnuje z ochrony. Do galerii przyjeżdża o 12.10 w towarzystwie zaledwie kilku współpracowników. Nie wie, że czterdzieści minut wcześniej do Zachęty wszedł Eligiusz Niewiadomski, 53-letni malarz i zwolennik prawicy, z rewolwerem ukrytym w kieszeni marynarki. O 12.12 Narutowicz wchodzi do sali wystawowej nr 1 i zatrzymuje się przed obrazem Teodora Ziomka „Szron”. Wtedy podchodzi do niego Niewiadomski i z bliskiej odległości strzela mu trzykrotnie w plecy. Zamachowiec nie próbuje uciekać, bez sprzeciwu oddaje broń wiceprezesowi Zachęty Edwardowi Okuniowi. Ciężko ranny prezydent leży na podłodze galerii. Tam umiera: kule trafiły w serce i kręgosłup.

Następnego dnia zabalsamowane ciało Gabriela Narutowicza zostaje wystawione w sali audiencyjnej Belwederu, a potem uroczyście przewiezione na Zamek Królewski. 22 grudnia trumna z ciałem prezydenta spoczęła w podziemnej krypcie katedry św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Osiem dni później Eligiusz Niewiadomski został skazany na karę śmierci przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano 31 stycznia 1923 r. o godzinie 6.30 rano na warszawskiej Cytadeli. W nocy z 5 na 6 lutego rodzina zabrała ciało i pochowała w kwaterze nr 285 na Cmentarzu Powązkowskim. Pomimo nietypowej pory w pogrzebie zamachowca uczestniczyło prawie 10 tysięcy ludzi.

Franz Kutschera, dowódca SS i policji dystryktu warszawskiego

Warszawa 1 lutego 1944 roku, Aleje Ujazdowskie
Zamachowcy: 12-osobowa grupa oddziału „Pegaz” Armii Krajowej
Cel zamachu: odwet za masowe egzekucje uliczne wprowadzone przez Kutscherę i ostrzeżenie dla jego następców

Wykonanie wyroku śmierci na znienawidzonym „kacie Warszawy” zostało powierzone oddziałom Kedywu. Kilka tygodni trwała obserwacja terenu wokół budynku dowództwa SS i policji. Jeden z członków oddziału AK rozpoznał Kutscherę, gdy ten podjechał pod gmach. Dalsza obserwacja pozwoliła na ustalenie, że generał mieszka w domu przy alei Róż 2. Odtąd, przez następny miesiąc wywiadowczynie z oddziału „Pegaz” obserwowały każdy ruch esesmana. Dowództwo Armii Krajowej poznało jego rozkład dnia i trasy przejazdów. 1 lutego 1944 r. o godzinie 8.55 samochód, którym Kutschera wyjechał ze swojego domu przy alei Róż, skręcił w Aleje Ujazdowskie. Auto prowadził adiutant. Za nimi, w samochodzie eskorty jechało czterech gestapowców. Spacerująca po ulicy Anna Szarzyńska-Rewska „Hanka” wyciągnęła chusteczkę do nosa. Był to sygnał dla uczestników zamachu. Część z nich stała po drugiej stronie ulicy. Dwóch czekało w samochodzie. Na sygnał „Hanki” samochód kierowany przez „Lota” wyjechał wprost pod koła auta Kutschery i zagrodził mu drogę.

Gdy samochody znalazły się tuż obok siebie, „Lot” rzucił pod zatrzymane auto granat amatorskiej konstrukcji, tzw. filipinkę. W tym czasie „Sokół” i „Juno” kilkoma seriami z broni maszynowej rozprawili się z eskortą. Porucznik Pietraszkiewicz „Lot”, wraz z towarzyszem wywlekli z wozu i zabili ogłuszonych wybuchem Niemców. Tadeusz Bór-Komorowski w książce „Armia Podziemna” pisał: „Ze wszystkich stron gnali już Niemcy, strzelając do naszych żołnierzy”. Choć sama akcja nie trwała dłużej niż półtorej minuty, Niemcom udało się ranić „Lota”, „Cichego”, „Olbrzyma” i „Misia”. „Lot” uważał, że zgodnie z otrzymanym rozkazem musi odnaleźć dokumenty Kutschery i to opóźniło zakończenie akcji i ewakuację zamachowców. Operacja kosztowała życie czterech żołnierzy, od ran umarli: dowódca akcji Bronisław Pietraszkiewicz „Lot” i Marian Senger „Cichy”. Kazimierza Sotta „Sokoła” i Zbigniewa Gęsickiego „Juno” Niemcy zastrzelili podczas ucieczki.

Sami dowódcy niemieccy byli pod wrażeniem odwagi zamachowców. Jeden z nich, SS-Obergruppenführer Wilhelm Koppe, powiedział: „Członkowie nacjonalistycznego ruchu oporu przygotowali ten zamach tak precyzyjnie, że można by go nazwać koronkową robotą!”. Ciało generała zostało wystawione w pałacu Brühla – gdzie odbyła się makabryczna uroczystość zaślubin jego narzeczonej z trupem – a potem wysłane do Berlina. Po dwóch przeprowadzonych w odwecie za śmierć Kutschery egzekucjach ulicznych Niemcy zrezygnowali w końcu z tej formy terroru.

Więcej mogą przeczytać Państwo w najnowszym Focusie Ekstra " Przewodnik po Polsce bitewnej"