Na śpiewach, tańcach, skakaniu przez ogniska i na poszukiwaniach kwiatu paproci upływała na Słowiańszczyźnie najkrótsza noc w roku (21/22 czerwca). Święto letniego przesilenia znane było pod różnymi nazwami – jako Noc Kupały, sobótka czy palinocka. Z nadejściem chrześcijaństwa próbowano pogodzić pogańskie obrzędy z nową wiarą. Kupałę zastąpiło huczne świętowanie późniejszej o dwa dni wigilii św. Jana. Mimo to pozostałości dawnych rytuałów przez stulecia były solą w oku moralistów związanych z Kościołem lub Cerkwią. Dla Marcina z Urzędowa, XVI-wiecznego kanonika i autora jednego z najstarszych polskich zielników, sobótki są zabobonną praktyką ku czci diabła.

Barokowy poeta Kaspar Twardowski pisał zaś, że w noc świętojańską mieszkańcy wsi w Rzeczypospolitej, przepasani jedynie bylicą, udają się na rozpustę. Wobec tendencyjności źródeł nie da się dziś dociec, czy rzeczywiście nocne tańce kończyły się orgiami. Materiał innego rodzaju każe przypuszczać, że dawni Słowianie wcale nie musieli być tak bezpruderyjni, jak się dzisiaj uważa. Księgi apokryficzne i opowieści zanotowane przez badaczy folkloru na Bałkanach od XIX w. przekazują szereg historii o cudownych poczęciach, które dokonały się... pozapłciowo.

OCZY "UROCZNE"

W kulturach słowiańskich oczy często kojarzone są z płodnością i siłą. Przez wieki bano się „urocznych” spojrzeń, oślepiano konkurentów do władzy i pilnowano, by ciężarne kobiety nie oglądały ludzi brzydkich ani zmarłych. Po dziś dzień w naszym języku funkcjonują wyrażenia „zakochać się od pierwszego wejrzenia” albo „wpaść komuś w oko”. Według dawnych przekonań za sprawą czyjegoś spojrzenia można było dosłownie „wpaść”. „Pouczenie o Panu naszym Jezusie Chrystusie” to wykładnia podstawowych dogmatów chrześcijańskich w formie pytań i odpowiedzi, skompilowana w Bułgarii na przełomie XII i XIII wieku. Na pytanie o pochodzenie prawowiernych narodów anonimowy autor odpowiada za pośrednictwem apokryficznej historii o wnukach Noego. Sem, ukochany syn budowniczego arki, miał ośmiu synów i tyle samo córek. Po potopie brakowało ludzi, więc bracia byli zmuszeni wziąć swoje siostry za żony. Uznali jednak, że współżycie z nimi będzie grzechem i powstrzymali się od zbliżania się z nimi.

Bóg, widząc ich wytrwałość, zesłał na dzieci Sema błogosławieństwo. Od tamtej pory mogli rozmnażać się w sposób bezcielesny – przez spojrzenia. Z ich potomstwa pochodzić miały wszystkie ludy chrześcijańskie. Według pewnej bułgarskiej legendy zapisanej w wielu wariantach w XIX wieku Bóg po stworzeniu człowieka polecił wszystkim świętym (ludowym autorom nie przeszkadzało, że człowiek dopiero został stworzony!), żeby ustalili, jak ludzie mają się rozmnażać. Święci postanowili, że poczęcie będzie się dokonywało przez wzajemne spojrzenia w oczy między małżonkami.

I zadowoleni z siebie, zasiedli do stołu, a święty Jan Chryzostom rozniósł zupę dla wszystkich. Ta jednak nie smakowała ucztującym i poprosili o dosolenie jej. Święty Jan wziął garść soli i, nie dosypując jej, machnął ręką nad miską. Święci ponownie spróbowali potrawy i ponownie poprosili o dosolenie. Dopiero za trzecim razem Jan dodał przyprawę do zupy. Spytał, czemu za pierwszym i za drugim razem zupa była niesłona. Święci odpowiedzieli, że nie wsypał soli. To jak dziecko może począć się tylko ze spojrzenia? – zakrzyknął święty Jan. Pozostali wzięli sobie jego słowa do serca i postanowiwszy, że odtąd ludzie będą musieli obcować ze sobą cieleśnie, wrócili do jedzenia. Tymczasem warto też uważać, co się spożywa...

 


PODEJRZANE ZIELSKO

W słynnym chorale „Dies irae” biblijny król Dawid i pogańska wieszczka Sybilla zostają przywołani, by dać świadectwo o nadchodzącym Sądzie Bożym. W średniowieczu często łączono te dwie postacie, a słowiańska redakcja „Słowa o Sybilli” czyni z Dawida ojca sławnej wieszczki. Jej przyjście na świat odbyło się jednak w sposób niecodzienny. Władca Izraela znany był ze swej chuci. W Starym Testamencie mowa o wielu jego żonach i nałożnicach.

Według dwunastowiecznego apokryfu król miał taki popęd, że jego nasienie stale upływało do podstawionego naczynia. Pewnego razu sługa oczyścił naczynie, wylewając jego zawartość na trawę. Pasąca się opodal gęś bardzo zasmakowała w tak doprawionej trawie. Niedługo złożyła jajo, z którego wykluło się niezwykle piękne dziecko o gęsich nóżkach. Dziewczynka nazwana Sybillą była mądrzejsza od królów, a gdy podrosła, została władczynią lasów. Pewnego dnia przepowiedziała zebranym wokół niej mędrcom narodziny Jezusa. Także sam Zbawiciel nie mógł urodzić się w normalny sposób. Większość kościołów chrześcijańskich uznaje dziewicze poczęcie Chrystusa. To, jak do tego doszło, jest jednak przedmiotem tajemnicy. Tymczasem bałkański folklor odpowiedział na to pytanie. Podanie zapisane w ubiegłym stuleciu w Macedonii mówi, że Bóg i Szatan byli rodzeństwem.

Pewnego razu postanowili podzielić między siebie świat. Bóg wziął pod swoją opiekę zmarłych, diabeł zaś żywych. Bóg szybko pożałował swojego wyboru i wysłał swojego syna na ziemię do walki ze stryjem.

Przedtem Jezus musiał jednak narodzić się z... kwiatu. Warunek został spełniony, gdyż Maryja poczęła dziecko, wąchając pewnego razu bazylię. Wybór rośliny nie jest przypadkowy, bazylia na Bałkanach często jest kojarzona z sakramentem chrztu. Przykładowo, w pewnej bułgarskiej legendzie mówi się, że prorok Eliasz ochrzcił cara, skrapiając go bazylią. Powiązanie z sakramentem tłumaczy jej wybór. Czemu jednak Jezus miałby narodzić się z kwiatu? Najwyraźniej dosłownie rozumiano starotestamentowe proroctwo: „Wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni” (Iz 11,1).

Współczesny przekład z hebrajskiego oryginału różni się od tłumaczeń, przez wieki będących w użyciu. Grecka Septuaginta i łacińska Wulgata mówią w tym miejscu wprost o kwiecie. Niekiedy w średniowieczu przedstawiano genealogię Jezusa w postaci drzewa wyrastającego z brzucha Jessego. Na gałęziach zamiast liści ukazywano ważne postaci ze Starego Testamentu, a na jego szczycie stawiano Matkę Boską z Dzieciątkiem lub samego Chrystusa. Znane są również przedstawienia, w których Jezus spoczywa na kwiecie. Czasem w ikonografii zamiast drzewa pojawia się winna latorośl. Wino ma z kolei swój udział w innym słowiańskim podaniu o cudownych narodzinach.

 

CIĘŻKA KOŚĆ DO ODRODZENIA

Święty Andrzej – według przodków dzisiejszych Chorwatów – był nieuczciwym szynkarzem. W prowadzonej przez siebie karczmie „chrzcił” wodą wino podawane gościom. Popełnił ten błąd, że pewnego razu spróbował oszukać samego Pana Boga, gdy ten przyszedł napić się ze świętym Piotrem. Stwórca przejrzał postęp i na oczach przerażonego karczmarza oddzielił wino od wody. Mimo próśb o przebaczenie Andrzej dostał niezwykle surową pokutę. Miał ściąć swoją winnicę, z wyciętych krzewów ułożyć stos i podpalić się na jego szczycie. Pokutujący oszust natychmiast zabrał się do pracy.

Przez chwilę zawahał się, czy skoczyć w ogień, ale uznał, że skoro sam Bóg mu tak kazał, to nie ma innego wyjścia. Rzucił się na stos i momentalnie spłonął. Matka Andrzeja nie miała o niczym pojęcia. Gdy nie wrócił na trzeci dzień do domu, poszła szukać syna. Przypadkiem spotkała pasterkę, która była świadkiem jego samospalenia. Dowiedziawszy się o wszystkim, zrozpaczona kobieta pobiegła na pogorzelisko. Przetrząsając popioły, znalazła jedną maleńką kostkę, która nie uległa spaleniu. Niewiele myśląc zjadła ją i z miejsca stała się brzemienna. W dniu rozwiązania przyszli do niej w gościnę Pan Bóg i święty Piotr. Gdy wybiła północ, dziecko przyszło na świat. Bóg ogłosił, że oto odrodził się Andrzej.

Powyższą historię zapisali XIX-wieczni badacze folkloru. Odbiega od prawosławnej czy katolickiej ortodoksji. Wydaje się, że jej pierwotnym źródłem mogła być któraś z dualistycznych średniowiecznych herezji z Bałkanów. Wiemy, że np. bogomiłom nieobca była idea reinkarnacji. Zdaniem niektórych badaczy, francuscy katarzy praktykowali rytualne samobójstwo. Samo łączenie ponownych narodzin z praktyką samospalenia sięga starożytności. Wystarczy przypomnieć mit o Feniksie, ptaku, który ginął w płomieniach, po czym odradzał się z popiołów.

Chrześcijaństwo bardzo wcześnie uznało Feniksa za symbol Chrystusa. Źródeł opowieści o świętym Andrzeju można szukać jeszcze gdzie indziej. W tradycji żydowskiej istniało przekonanie, że w dniu sądu Bóg odtworzy wszystkich zmarłych na podstawie kości zwanej Luz. Miała być jedyną częścią ciała nigdy niepodlegającą zniszczeniu lub rozkładowi. Za Luz uznawano niekiedy wystający krąg (siódmy i ostatni krąg szyi), kość ogonową albo którąś z kości u podstawy czaszki. Wiara w jej istnienie przeszła do islamu i była nieobca średniowiecznej Europie.

 

KLONOWANIE PO SŁOWIAŃSKU

Król Salomon miał mniej szczęścia niż św. Andrzej. Przez wieki biblijny monarcha był nie tylko wzorem mądrego władcy, ale także najpotężniejszym w historii magiem. Zgodnie z podaniem zapisanym w XIX w. w Macedonii, na starość władca nie chciał umrzeć i obmyślił sposób, jak odrodzić się na nowo. Przed śmiercią wręczył przyjacielowi butelkę z odrobiną własnej krwi. Polecił zakopać ją w stercie gnoju, a po 40 dniach wydobyć z niej zdrowego noworodka. Przyjaciel pomylił się jednak w liczeniu i wykopał butelkę po upływie zaledwie dwudziestu dni. Z przerażeniem zobaczył, że jest w niej nie całkiem rozwinięte dziecko. Natychmiast zakopał ją z powrotem. Gdy jednak ponownie wydobył butelkę z gnojówki po 20 dniach, znalazł w niej tylko poroniony płód. W świetle dawnej wiedzy pomysł Salomona nie był tak szalony, jak mogłoby się wydawać. Do dnia dzisiejszego w niektórych religiach łączy się krew z duszą.

Wyznawcy judaizmu i islamu wstrzymują się od spożywania mięsa z krwią. Jest uznane za nieczyste ze względu na obecność w nim duszy zabitego stworzenia. Bardzo długo wierzono w życiodajną moc gnojówki. Starożytni sądzili, że drobne organizmy rodzą się samorzutnie z brudu, błota, łajna czy zgnilizny. Pogląd ten, umocniony autorytetem Arystotelesa, powszechnie uznawano w średniowiecznej i nowożytnej Europie. Po raz pierwszy podważył go dopiero Francesco Redi, włoski uczony i poeta. W 1688 r. zaobserwował, że robaki nie powstają w gnijącym mięsie, o ile muchy uprzednio nie złożą w nim jaj. Działanie Salomona przypomina nietypowy „eksperyment”, jaki miano wykonać w jednej z antycznych szkół filozoficznych.

Pitagoras uznał bób za roślinę nieczystą i polecił uczniom wstrzymać się od jego spożywania. Jego późniejsi naśladowcy głowili się nad przyczyną tego zakazu. Porfiriusz z Tyru, filozof działający w III wieku n.e., tłumaczy w „Żywocie Pitagorasa”, że gdy powstawał świat, ludzie i bób zrodzili się z tej samej zgnilizny. Pokrewieństwa tego próbowano nawet dowodzić. Pogryziony i wystawiony na słońce bób miał pachnieć jak ludzka krew. Spożywanie tej rośliny było więc w pewien sposób aktem kanibalizmu. Porfiriusz dodaje, że jeśli kawałek brązowiejącego kwiatu bobu włoży się do glinianego naczynia i zakopie w ziemi na dziewięćdziesiąt dni, po wykopaniu ujrzy się głowę dziecka albo... kobiece narządy rozrodcze.

 


PRAWOSŁAWNE POGAŃSTWO?

Skąd ta niezwykła mieszanka wierzeń? W XIX w. pierwsi badacze sądzili, że „prosty lud” pod płaszczykiem chrześcijaństwa dalej czcił dawnych bogów. Cerkiew miała przez stulecia prowadzić walkę z zabobonami, które stale dochodziły do głosu w kulcie świętych czy w literaturze apokryficznej. Fiodor Buslaev, jeden z pierwszych paleoslawistów [badaczy zajmujących się powstaniem narodów słowiańskich – przyp. red.], stworzył chwytliwą koncepcję „dwuwiary”, która na długo ukierunkowała badania. Dziś wiemy, że to obraz uproszczony, ahistoryczny. Niektóre z apokryfów były wykorzystywane – bez niczyjego sprzeciwu – w liturgii (np. Ewangelia Nikodema, Wędrówka Matki Boskiej po miejscach męki, Słowo o Abrahamie), a więc przez duchownych!

Chrześcijaństwo, aby zdobyć wyznawców, nie mogło całkowicie wymazać tego, co ludzie mieli w głowach. W odróżnieniu od tej części Słowiańszczyzny, która przyjęła kulturę z łacińskiego Zachodu (a więc także Polski), pisano w języku zrozumiałym dla słuchaczy, odwołując się do ich wiedzy. Przekonania o tym, które rośliny i zwierzęta są dobre, a które złe, o tym, jak funkcjonują żywioły itp., były zazwyczaj wspólne dla kleru i zwykłych ludzi. Słowiańscy duchowni, rozwijając wątki ze Starego i Nowego Testamentu, nie mieli problemu z porozumieniem się ze świeckimi, gdyż podzielali ich wyobrażenia na temat funkcjonowania świata. Poglądy na ten temat często pochodziły z czasów przedchrześcijańskich, a zmiana religii nie miała na nie znaczącego wpływu. Funkcjonowały dalej – już jako elementy chrześcijańskiego wyobrażenia o świecie – choć nie zawsze zgodne z teologiczną ortodoksją.

Dawnych bogów zdegradowano do rangi demonów. Już starożytni ojcowie Kościoła nie negowali istnienia pogańskich bóstw, ale przekonywali wiernych, że są tak naprawdę złośliwymi duchami. We wspomnianym „Słowie o Sybilli” pogańska wieszczka zostaje wyobrażona jako samodiwa – kobieco-ptasi demon znany z bałkańskiego folkloru. Istoty te miały wodzić mężczyzn na pokuszenie, znać się na magii, ziołolecznictwie i przepowiadaniu przyszłości. Autor, niezaprzeczalnie chrześcijanin, mówiąc o Sybilli, wyobraził ją na kształt leśnych duchów, o których musiał od dziecka słyszeć.

Jednak do synkretyzmu należy podchodzić ostrożnie – np. dziś antropolodzy odchodzą od popularnej niegdyś tezy, jakoby jeszcze sto lat temu czczono Peruna (władcę gromu) pod przykrywką kultu Eliasza (który posłużył się piorunem, by pokonać kapłanów Baala). Mechanizmy i cele adaptacji pogańskich wątków do chrześcijańskich opowieści nie zawsze są dziś zrozumiałe. Ponadto warto pamiętać, że chrześcijaństwo i pogaństwo to nie jedyne składniki w „bałkańskim kotle”. W wierze Słowian widać również wpływy judaizmu i dualistycznych grup chrześcijańskich jak paulicjanie czy bogomili. Wraz z panowaniem tureckim rozpoczyna się konfrontacja z islamem, której ślady również można znaleźć w folklorze. Etnolodzy zapisali pokaźne cykle opowieści uderzających w Mahometa i jego wyznawców. Ale to już materiał na inną opowieść.