Właśnie zobaczyłem nowego Smarta i teraz nie wiem, dlaczego dopłaty do elektryków są tak głupie

Nie każdy samochód musi udawać rodzinnego SUV-a, mobilne biuro i luksusowy salon na kołach. Im dłużej patrzę na dzisiejszy rynek aut elektrycznych, tym bardziej mam wrażenie, że producenci często próbują rozwiązać problem miasta za pomocą samochodów, które same są częścią tego problemu. Są ciężkie, szerokie, drogie i coraz mniej pasują do miejsc, w których mają spędzać większość życia i dlatego właśnie nowy Smart ukradł moje serce.
Właśnie zobaczyłem nowego Smarta i teraz nie wiem, dlaczego dopłaty do elektryków są tak głupie

Smart #2 na pierwszy rzut oka wygląda jak koncept z jakiejś gry, ale akurat za tą stylistyczną przesadą stoi bardzo prosta myśl. Naprawdę. Tak prosta, że koncerny motoryzacyjne powinny siadać na tyłkach i się uczyć. Zasada jest bowiem prosta – auto miejskie powinno być przede wszystkim miejskie. Ma być krótkie, zwrotne, łatwe do zaparkowania, a przy tym po prostu wystarczające na codzienny rytm jazdy, bo spójrzmy prawdzie w oczy – elektryk do miasta nigdy nie powinien być projektowany pod hipotetyczny wyjazd przez pół kontynentu.

Smart #2 wraca do starego pomysłu, ale w nowej epoce

Smart #2 został pokazany jako koncept w Pekinie, czyli w kraju płynącym (w pewnych kwestiach) sensowną samochodową miejską mobilnością, a jego rola jest prosta – ma zapowiadać seryjny model, którego premiera odbędzie się w październiku 2026 roku w Paryżu. Wiemy, że docelowe auto ma korzystać z nowej platformy Electric Compact Architecture, a więc podstawy przygotowanej specjalnie pod małe elektryki. Za projekt odpowiada Mercedes, a za stronę inżynieryjną chiński Geely, co dobrze pokazuje dzisiejszą pozycję Smarta jako marki niemiecko-chińskiej, a nie tylko spadkobiercy dawnego Fortwo.

Czytaj też: Ten samochód nie powinien istnieć, a i tak możesz spotkać go na ulicy

Zaprezentowany koncept ma 2,79 metra długości, czyli jest o około 10 cm dłuższy od dawnego Fortwo, ale nadal wyraźnie krótszy od typowych aut miejskich. Przykładowo taki Fiat 500e ma 3,63 metra długości, a w mieście to nie byle szczegół. Zwłaszcza kiedy w grę wchodzą ciasne parkingi, ulice czy wymagający manewr parkowania równoległego. Jeśli zresztą o to manewrowanie chodzi, to cały jego sens podkreśla średnica zawracania rzędu poniżej 7 metrów. Mało? Jeszcze jak, ale taki właśnie powinien być elektryczny samochód do miasta, co tyczy się też sensownie dobranego poziomu mocy oraz zasięgu na jednym ładowaniu (300 km wedle WLTP).

Czytaj też: Każdy elektryk może dostać silnik spalinowy. Ten pomysł brzmi jak herezja, ale ma sens

Oczywiście koncept, jak to koncept – wygląda jak projekt wręcz szalony. Trójkątne reflektory, pływający dach, zaokrąglony tył, duże koła na krańcach nadwozia, cyfrowe detale i charakterystyczny przód, to coś, czym nie powinniśmy się aż tak zachwycać. Nie mogę bowiem wam obiecać, ile z tego wszystkiego zostanie w wersji produkcyjnej, bo wielkie koła, cyfrowe ozdobniki i część luksusowych detali prawdopodobnie zostaną złagodzone, ale sama bryła ma szansę przetrwać. Z mojej perspektywy najciekawsze w Smarcie #2 nie jest jednak to, że wygląda zabawnie i futurystycznie. Najciekawsze jest to, że po prostu jest mały, a popularyzacja takiej formy samochodów elektrycznych to klucz do sprawienia, że nasze miasta nie będą pełne wielkich bestii.

Hej rządzący, chcecie elektryków na ulicach i więcej miejsca w miastach? To słuchajcie

W dobie dyskryminujących pomysłów pokroju wprowadzania Stref Czystego Transportu musimy pamiętać, że elektryczny SUV nadal jest SUV-em, a to oznacza, że nadal potrzebuje miejsca, szerokiego pasa, większej przestrzeni do parkowania i większego akumulatora. Ba, bardziej szkodzi też środowisku podczas jazdy niż byle mały elektryk (nawet na styku opon z asfaltem), więc mam nawet szczerą nadzieję, że rządzący wreszcie spojrzą szerzej na ten problem z tej właśnie perspektywy i np. zaczną dopłacać więcej do elektryków, które nie są salonami na kołach “do pokazywania się na dzielni”, a ot po prostu narzędziami miejskimi do pokonywania drogi z punktu A do punktu B.

Samochód elektryczny – zdjęcie poglądowe /Fot. Unsplash

Tego typu podejście mogłoby zresztą zwalczyć aktualną patologię dopłat, które według oficjalnych badań w większości trafiają w ręce i tak zamożnych już ludzi. Filtr typu “dopłata na mały samochód” byłby ciekawą składową do walki z tym stanem rzeczy, bo umówmy się – małym samochodzikiem trudniej jest pokonywać krawężniki i wjeżdżać na chodnik dla pieszych. Innymi słowy, część bogoli parkujących prosto pod drzwiami nie będzie nimi zainteresowanych, bo jak tu strąbić przechodnia na chodniku, kiedy siedzi się w samochodziku-zabawce? Co innego w SUV-ie, kiedy patrzy się na świat dookoła “z góry” i czuje znacznie pewniej.

Czytaj też: Kupujesz nowe auto z salonu, a subskrypcji przybywa. Czy to koszmar nie do ominięcia?

Oczywiście jednak “elektryczna mobilność w miastach” to nie tylko samochody. To też ładowarki, bez których o powszechnych elektrykach na ulicach można tylko marzyć. Co mi bowiem z takiego małego Smarta, kiedy najbliższa publiczna ładowarka znajduje się kilka kilometrów dalej? Sam żyję w małym mieście, gdzie ładowarki można zliczyć na palcach jednej dłoni, więc z tego co widzę, łatwiej i wygodniej doładowałbym takiego elektryka, gdybym przejechał te kilka kilometrów do rodzinnej miejscowości i “podpiął” się w rodzinnym garażu. To dopiero absurd posiadania elektrycznego samochodu w mieście.

Źródła: Smart, EHU

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

Pisze od 2016 roku na przeróżne tematy - od gier, po nowe technologie i na najpotężniejszych systemach wojennych kończąc. Poza tym tworzy gry i jest autorem książki fantasy pod tytułem Powrót do Korzeni.