Przeczytaj także: "Umieranie z uśmiechem"

W średniowieczu, gdy maksyma „memento mori” była powszechnie znana, śmierć traktowano jako rzecz oczywistą. Należało się jednak do niej przygotować: przyjąć stosowne sakramenty, pożegnać się z rodziną i, co najważniejsze, umrzeć we własnym łóżku, czyli tam, gdzie przychodzi się na świat.

Natomiast prawdziwym lękiem napawała mors repentina, śmierć nagła. Dopiero w okresie reformacji ten sposób zakończenia ziemskiego życia stał się pożądany. Erazm z Rotterdamu, nękany przeróżnymi dolegliwościami, widział w nagłym zgonie wyzwolenie z fizycznych cierpień. To była „śmierć sprawiedliwych”, natomiast grzesznicy mieli umierać, wijąc się w konwulsjach. Nadal jednak ludzie mówili o niej spokojnie.

Francuski historyk Philippe Ariès, autor monumentalnego dzieła „Człowiek i śmierć”, zauważa, iż prawdziwy lęk przed końcem życia – przemieszany z niezdrową fascynacją – rodzi się na przełomie XVII i XVIII w. Pojawiają się doniesienia o nekrofilii, ale też kolejny obraz dobrej śmierci – w trakcie uprawiania miłości. Martwe ciało staje się cennym towarem dla anatomów, którzy potrzebują zwłok do przeprowadzania sekcji...

Taki był początek trwającego do dziś procesu, który Ariès nazwał zdziczeniem śmierci. Angielski antropolog Geoffrey Gorer idzie dalej i twierdzi, że nasze współczesne podejście do umierania przypomina pornografię. Popkultura jest przesycona obrazami śmierci, zwłok, wampirów czy żywych trupów, ale sam proces umierania traktujemy jak coś wstydliwego, o czym mówić nie wypada.

Kinga Puchowska